GALA: Jakim byłabyś mężczyzną?

MARTA ŻMUDA-TRZEBIATOWSKA: Hmmm… Nigdy się nad tym nie zastanawiałam…. ale najlepiej – silnym i dominującym oraz bardzo ambitnym.

GALA: Jak byś wyglądała... Przepraszam – wyglądał?

MARTA ŻMUDA-TRZEBIATOWSKA: Biorąc pod uwagę to, jakich mężczyzn sama lubię – nie do końca ładnych zewnętrznie, dalekich od ideałów z plakatów czy reklam, tylko facetów napiętnowanych znakiem czasu, mających charakter – to w stylu francuskiego aktora Vincenta Cassela...

GALA: …stwórzmy portret Żmudy Trzebiatowskiego. Imię?

MARTA ŻMUDA-TRZEBIATOWSKA: Imię wybierają zwykle rodzice, ale chciałabym, by wyrażało charakter i było wyraziste.

GALA: Kolor włosów?

MARTA ŻMUDA-TRZEBIATOWSKA: Brunet.

GALA: Oczu?

MARTA ŻMUDA-TRZEBIATOWSKA: Niebieski lub zielony.

GALA: Zarost?

MARTA ŻMUDA-TRZEBIATOWSKA: Zdecydowanie tak, ale bez wąsów. I tatuaż.

GALA: Jakiś konkretny? Duży?

MARTA ŻMUDA-TRZEBIATOWSKA: Nie, dyskretny, ale na pewno niosący przesłanie.

GALA: Zmarszczki?

MARTA ŻMUDA-TRZEBIATOWSKA: Tak! Czemu nie?

GALA: Z owłosioną klatką piersiową?

MARTA ŻMUDA-TRZEBIATOWSKA: Tak!

GALA: Prosto z siłowni?

MARTA ŻMUDA-TRZEBIATOWSKA: Nie! Bez przesady z tą siłownią. Powiedzmy, że uprawiałby poranny jogging.

GALA: Schodzimy niżej. Do przyrodzenia. Duże czy małe?

MARTA ŻMUDA-TRZEBIATOWSKA: Odpowiednie (śmiech).

GALA: Żeby nie miał kompleksów...

MARTA ŻMUDA-TRZEBIATOWSKA: Oczywiście.

GALA: Owłosione nogi?

MARTA ŻMUDA-TRZEBIATOWSKA: Tak! A jak inaczej? Depilacja?

GALA: Najsilniejsze cechy charakteru?

MARTA ŻMUDA-TRZEBIATOWSKA: Inteligencja i poczucie humoru. Sama ich zawsze poszukuję u facetów.

GALA: A jakie kobiety by mu się podobały?

MARTA ŻMUDA-TRZEBIATOWSKA: Osobowościowo inne niż on, bo przeciwieństwa się przyciągają.

GALA: Byłby aktorem?

MARTA ŻMUDA-TRZEBIATOWSKA: Nie sądzę. Kiedy kręciliśmy „Śluby panieńskie”, reżyser Filip Bajon trafnie to określił – powiedział, że kobieta aktorka to więcej niż kobieta, a facet aktor to mniej niż facet. I coś w tym jest. Nie chciałabym, żeby był aktorem. Mógłby się zrealizować w tym, co ja porzuciłam na rzecz aktorstwa, czyli jednak umysł ścisły.

GALA: Miałby rodzinę?

MARTA ŻMUDA-TRZEBIATOWSKA: Oczywiście. Siła wewnętrzna nie oznacza chłodu, wręcz przeciwnie.

GALA: Maciej Dejczer, Krzysztof Zanussi, Janusz Gajos, Filip Bajon – to ważni mężczyźni, mężczyźni z osobowością, których spotkałaś na swojej drodze. Jak wpłynęli na Ciebie? Co z tych spotkań wyniosłaś?

MARTA ŻMUDA-TRZEBIATOWSKA: Do tych nazwisk, które wymieniłeś, dorzuciłabym jeszcze jednego mężczyznę – aktora, dzięki któremu odzyskałam wiarę w siebie. Jerzy Radziwiłowicz, mój profesor z Akademii Teatralnej, który udowodnił mi coś, w co zwątpiłam, będąc na studiach. W szkole teatralnej dużą wagę przywiązywałam do przedmiotów teoretycznych, takich jak historia dramatu, literatury, historia teatru czy malarstwa. Wydawało mi się, że jeżeli będę dużo czytała, oglądała, to dzięki temu posiądę wiedzę, dzięki której poszerzę horyzonty, co wpłynie na moją wyobraźnię i kreatywność na etapie pracy nad rolą. Po pierwszym roku nauki trochę w to zwątpiłam. Może dlatego, że pracowaliśmy wtedy głównie na współczesnym repertuarze? Na drugim roku profesor Radziwiłowicz przygotowywał z nami „Sen srebrny Salomei” Juliusza Słowackiego. Bardzo mile wspominam ten czas, a zwłaszcza długie dyskusje na temat kontekstu historycznego, wątków mistycznych i narodowo-wyzwoleńczych. Te rozmowy zbudowały mi obraz całości. To spotkanie było dla mnie bardzo twórcze i dlatego zachowałam je w pamięci.

GALA: Po pracy z Januszem Gajosem na planie ,,Wygranego” powiedziałaś mi, że zadawałaś mu wciąż mnóstwo pytań, bo wreszcie była ku temu okazja. O co pytałaś?

MARTA ŻMUDA-TRZEBIATOWSKA: Kiedy Wiesław Saniewski zaproponował mi rolę Kornelii w swoim najnowszym filmie „Wygrany”, ucieszyłam się z możliwości spotkania z wybitnym reżyserem i scenarzystą. A kiedy dowiedziałam się, że rolę Franka, byłego profesora matematyki, zapalonego gracza na wyścigach konnych, zagra Janusz Gajos, byłam zachwycona, ponieważ od dawna podziwiałam jego kunszt aktorski. Oczywiście starałam się nie narzucać i nie przeszkadzać w pracy. Ale kiedy tylko znalazła się ku temu stosowna okazja, nie omieszkałam zadać kilku pytań. Pytałam głównie o warsztat, rzeczy elementarne. Staram się z każdego takiego zawodowego spotkania wynieść coś dla siebie. Wiem, że muszę wciąż nad sobą pracować i wiem, że muszę jeszcze popełnić wiele błędów, aby móc wyciągnąć wnioski. Janusz Gajos był dla mnie bardzo życzliwy. Widziałam, że szuka odpowiednich słów, żeby jak najlepiej mi coś przekazać. Kiedyś zostaliśmy we dwoje po skończonym ujęciu i siedzieliśmy jakiś czas, a on mi tłumaczył coś tak, żebym mogła przyjąć jak najpełniej jego lekcję i zachować ją na długo, zapamiętać. Fascynujące spotkanie, za które jestem bardzo wdzięczna!

GALA: Pytająca i poszukująca. Taka jesteś teraz? A kiedyś?

MARTA ŻMUDA-TRZEBIATOWSKA: Wcześniej również chciałam zapytać o mnóstwo rzeczy, ale nie potrafiłam sformułować myśli, nie wiedziałam do końca, czego chcę się dowiedzieć. Poza tym kiedyś nie miałam tej śmiałości, nie potrafiłam wydusić z siebie słowa. Teraz zaczynam formułować pytania, mam ich coraz więcej. Zaczął się mój czas na szukanie odpowiedzi.

GALA: Jako dziecko też zadawałaś dużo pytań?

 

MARTA ŻMUDA-TRZEBIATOWSKA: Wszystko mnie interesowało. Do tego stopnia, że nie starczało mi czasu na rozwijanie moich pasji. Chciałam grać na gitarze, być matematykiem, aktorką, wygrać jakiś konkurs fizyczny. Wszystko naraz. Kiedy zdecydowałam się na aktorstwo, to dalej nie mogłam się tylko na nim skupić. Wciąż wymyślałam alternatywy, na przykład, żeby zdawać na kierunki ścisłe, jak fizyka, matematyka, a nawet architektura. Byłam uparta i wytrwała, pamiętam, że potrafiłam siedzieć do rana, aż sama nie znalazłam rozwiązania jakiegoś zadania.

GALA: I tak Ci zostało. Sama wymyśliłaś, jak będzie wyglądała Twoja bohaterka z ,,Och Karol 2”, Paulinka. Nawet czkawka, której dostaje po weselnej balandze, jest Twoim pomysłem.

MARTA ŻMUDA-TRZEBIATOWSKA: Zależało mi na tym, aby Paulinka pod płaszczykiem słodkiej idiotki była bystrą i cwaną osóbką. Jeśli chodzi o czkawkę – to prawda. W scenariuszu „Och Karol 2” mnóstwo scen zapisanych było ogólnie, np. „dziewczyny budzą się na kacu”. Kiedy wszystkie spotkałyśmy się na planie – Małgorzata Foremniak, Katarzyna Zielińska i Małgorzata Socha – poczułam taką bardzo twórczą mobilizację. Uznałam, że teraz trzeba wymyślić coś oryginalnego, coś co Paulinkę odróżni od pozostałych postaci. Do trzeciej nad ranem zastanawiałam się, co na kacu powinna robić taka dziewczyna. Czkawka okazała się strzałem w dziesiątkę, nikt na to nie wpadł!

GALA: Ćwiczyłaś ją?

MARTA ŻMUDA-TRZEBIATOWSKA: Tak i zademonstrowałam reżyserowi kilka wariantów czkania, a on wybrał jeden, według niego najlepszy.

GALA: Tamten upór z dzieciństwa – matematyka do świtu, samodzielność – zahartowały Cię. To pomaga dorosłej Marcie?

MARTA ŻMUDA-TRZEBIATOWSKA: Kiedy przyjechałam do Warszawy, nie znałam nikogo. Było i jest ciężko, wiele osób – szczególnie w naszym zawodzie – lubi nas sprawdzać. Gra na emocjach to norma. Są ludzie, którzy chcą koniecznie wiedzieć, ile jesteś w stanie wytrzymać. Nie zawsze jest słodko i przyjemnie. Sprawdzają, czy się popłaczesz, gdzie jest twoja granica. Mierzą twoją odporność. Kiedy wracam do domu, to wyskakuję z kostiumu do swojego życia, do siebie. To miejsce, gdzie odpoczywam i łapię równowagę.

GALA: Nie płaczesz?

MARTA ŻMUDA-TRZEBIATOWSKA: Oczywiście, że płaczę, ale zawsze bez świadków, w ukryciu.

GALA: Dzisiaj zazwyczaj dostajesz role czy jeszcze musisz o nie walczyć?  

MARTA ŻMUDA-TRZEBIATOWSKA: Pytasz mnie o to, czy chodzę na castingi? Tak, oczywiście. To jest wpisane w nasz zawód. Teraz jestem zapraszana na tzw. finałowy etap, w którym – powiedzmy – spotyka się pięć aktorek. Ale bardzo dobrze pamiętam czasy, kiedy byłam jedną z 200 kandydatek do roli. Nie zawsze się wtedy udawało, teraz też nie… Jedno jest pewne – nigdy nie potrafiłam walczyć o rolę, idąc do celu po trupach. Gra nie fair nie jest w moim stylu.

GALA: Nie potrafisz teraz, a kiedy przestaną Cię obsadzać, to się szybko nauczysz.

MARTA ŻMUDA-TRZEBIATOWSKA: Nie boję się momentu, kiedy telefon zamilknie, mam teatr, który jest moim domem, bazą wyjściową i zawsze, kiedy nie będzie propozycji filmowych czy serialowych, jest scena. Janusz Gajos, o którym wcześniej mówiłam, również pracował w „Kwadracie”. Powiedział mi, że to świetna decyzja, bo nauczę się grać komedię, a nie ma nic trudniejszego w tej pracy.

GALA: Zostajemy w Twoim teatrze, dokładnie w aktorskiej garderobie. Słyszałem, że na wszystkich innych stolikach panuje bałagan nie do opisania, za to tam, gdzie ty siedzisz, porządek bije po oczach.

MARTA ŻMUDA-TRZEBIATOWSKA: Lepiej zapytaj charakteryzatorki filmowe o to, co wyprawiam z ich pędzlami, pudrami, itd... (śmiech). Kiedy siedzę u nich w przyczepie na planie, one mnie malują i rozrzucają wszystko wokół, a ja im układam pędzelki od największego do najmniejszego.

GALA: Na ich miejscu dostałbym furii!

MARTA ŻMUDA-TRZEBIATOWSKA: Tak? One mówią, że jestem kochana, bo zawsze wiedzą, gdzie jest który pędzelek. Posiadam taką cechę charakteru, rodzaj natręctwa, że lubię wszystko wokół porządkować. To mnie odpręża. Ostatniego sylwestra spędziliśmy w naszym mieszkaniu, z przyjaciółmi. Kiedy o godzinie 7 rano goście już wychodzili i długo się żegnali, ja zdążyłam wszystko schować do zmywarki, pościerać blaty, jeszcze pożegnać gości. Wstałam po południu, w Nowy Rok, a wszystko było czyściutkie, sprzątnięte. Kiedy wokół panuje porządek, w środku czuję się lepiej.

GALA: Trudno żyć z perfekcjonistką.

MARTA ŻMUDA-TRZEBIATOWSKA: Dążenie do perfekcji? Nie mam takiej ambicji. Nikt nie jest perfekcyjny. Ideałem nie jestem, mam mnóstwo wad, a perfekcja bywa uciążliwa. Jestem za to estetką, a z tym wiąże się to zamiłowanie do porządku. To trudna cecha charakteru, zdaję sobie z tego sprawę. Ale co poradzić – mam ją od dziecka.

GALA: Bo zazwyczaj w życiu jest odwrotnie.

MARTA ŻMUDA-TRZEBIATOWSKA: Pracuję nad tym i dziś łatwiej akceptuję to, na co nie mam wpływu i czego nie mogę zmienić.

GALA: Potrafisz się kiedykolwiek wyluzować, zrzucić gorset ,,perfect housewife”? Biegasz po domu nago?

MARTA ŻMUDA-TRZEBIATOWSKA: Tak. A najbardziej odprężam się na wakacjach. Uwielbiam hotele, w których można nabałaganić, bo wiem, że ktoś i tak przyjdzie, posprząta. Raj!

GALA: Porządkujesz rzeczywistość, która Cię otacza, a ludzi?

MARTA ŻMUDA-TRZEBIATOWSKA: Tak było, ale się tego oduczyłam, bo zauważyłam, że jeśli się z kimś przyjaźnię czy go kocham, to znaczy, że spodobał mi się takim, jakim go poznałam. Nauczyłam się już, że jeżeli kogoś zmieniam na swoją modłę, to on przestaje mi się podobać, bo traci to coś, co mi się spodobało. Lubię, gdy ktoś rozwala czasami ten mój ład i porządek. Oczywiście cholernie mnie to denerwuje, ale przepadam za tym, bo znowu mam co porządkować.

 

GALA: Paulina z „Och Karol 2” – trochę naiwna, ale wrażliwa, kochająca dziewczyna. Kornelia z „Wygranego” – samotnie wychowująca syna i czekająca na miłość kobieta po przejściach. Wreszcie Joanna z serialu „Chichot losu” – współczesna, nowoczesna dziewczyna, której życie przewraca się do góry nogami, bo nagle musi otoczyć miłością dwoje obcych dzieci. To role dla dojrzałej, świadomej kobiety, aktorki profesjonalistki. Za taką się dzisiaj uważasz?

MARTA ŻMUDA-TRZEBIATOWSKA: Pojawiły się, kiedy byłam na nie gotowa i wiedziałam, co z nimi zrobić. Paulinka w ,,Och Karol 2” jest charakterystyczna. Wymyśliłam ją od A do Z, łącznie z fryzurą, kolorowymi paznokciami, kostiumem, jej roztrzepaniem, pluszowymi maskotkami. Dla Pauliny zmieniłam nawet styl mówienia, zbudowałam ją od podstaw. W „Wygranym” jestem Kornelią. To mniejsza rola, ale dała możliwość pracy m.in. z Pawłem Szajdą.

GALA: Z którym grasz jedną z Twoich najodważniejszych rozbieranych scen miłosnych.  

MARTA ŻMUDA-TRZEBIATOWSKA: Bardzo dużo kosztowało nas stworzenie odpowiedniego klimatu i relacji. Najdłużej obcowałam z serialową Joanną w serialu „Chichot losu”, który kręciliśmy przez cztery miesiące. Jestem tam współczesną dziewczyną – dobrze ustawioną, ambitną, która macierzyństwo odkłada na potem. Myślę, że to serial dla wielu współczesnych kobiet, które przesuwają ten moment na lepszy czas, nie zdając sobie sprawy, że kiedy już będą gotowe, może być za późno.

GALA: Wspólne dla Joanny, Pauliny i Kornelii jest macierzyństwo – albo myślenie o nim, albo bycie mamą. Gdyby teraz Ciebie doświadczyło? Jutro okazuje się, że jesteś w ciąży...

MARTA ŻMUDA-TRZEBIATOWSKA: Do tego zazwyczaj potrzebna jest druga połowa…

GALA: Naprawdę?

MARTA ŻMUDA-TRZEBIATOWSKA: Nie wiedziałeś?

GALA: Ty przecież masz drugą połowę?

MARTA ŻMUDA-TRZEBIATOWSKA: Zapewniam Cię, że na wszystko przyjdzie czas i pora.

GALA: Jaką mamą byś była?

MARTA ŻMUDA-TRZEBIATOWSKA: Wzorem są dla mnie moi rodzice, a przede wszystkim moja mama, która dała mnie i mojemu bratu wszystko, co jest nam potrzebne w dorosłym życiu. Obdarzyła przyjaźnią i bezwarunkową miłością. Jest dla mnie autorytetem i przyjaciółką. Stawiam pierwsze kroki w kuchni i kiedy zaczynam gotować, to wiszę z nią na telefonie, bo zupa czy pieczeń, które akurat przygotowuję, muszą smakować tak jak z jej kuchni.

GALA: Powroty do smaków z dzieciństwa to też dowód na to, że było Ci wtedy dobrze. Co wyniosłaś z tamtego świata?

MARTA ŻMUDA-TRZEBIATOWSKA: Kręgosłup moralny. Dzięki niemu wiem, kim jestem. Moja najlepsza przyjaciółka, która była ze mną ostatnio na premierze w teatrze i z boku obserwowała, jak reaguję na dziesiątki błyskających w moim kierunku fleszy, mówi: „Jak ty sobie radzisz, ja bym już dawno się potknęła i przewróciła, obcasy połamała”. Ona dokładnie pamięta moment, kiedy weszłam do tego świata wraz z filmem „Nie kłam kochanie”. Ona była ze mną tego wieczoru, trzy lata temu, na premierze filmu w warszawskim Multikinie. Ostatnio przypomniałyśmy sobie ten wieczór. Byłam wtedy zagubiona, nie miałam pojęcia, co i jak, nie wiedziałam, jak sobie z tym wszystkim poradzić... Dziś to się zmieniło. Ona jest świadkiem mojej drogi niemal od początku, bo urodziłyśmy się w tym samym szpitalu, dwa dni po sobie. Jest starsza zaledwie o 48 godzin… Później razem w szkole podstawowej, liceum. Dopiero studia nas rozdzieliły. Ale przyjaźń jest nie do zdarcia i jest miarą tego, jaka jestem. Czy mi nie odbiła palma.

GALA: Odbiła?

MARTA ŻMUDA-TRZEBIATOWSKA: Od niej wiem, że nie. Bliscy – szczególnie ci z moich rodzinnych stron – by na to nie pozwolili.

GALA: Powiedziałaś, że lubisz pytać, szczególnie innych. A o co pytasz siebie?

MARTA ŻMUDA-TRZEBIATOWSKA: Czytam teraz książkę „Sztuka doczesnej mądrości”, która uczy hartować niewinność gołębicy przemyślnością węża i kierować się przy tym świadomością, jacy są ludzie, a nie jacy się wydają czy jacy chcieliby być. Wciąż za bardzo przeżywam to, co wokół się dzieje. Chyba za bardzo się przejmuję, za bardzo rozpamiętuję. Staram się to teraz odrzucać. Zastanawiam się, co przede mną. Przeżyłam i przetrwałam już ten pierwszy szok – medialny, wynikający z popularności. Wtedy byłam przerażona, bo wszystko spadło na mnie nagle, byłam jak dziecko we mgle, działałam intuicyjnie i wiele rzeczy pewnie wyszło nie tak, jak powinno. Wyciągnęłam po tym wszystkim wnioski, obrałam inny kurs. Dzisiaj jestem dojrzalsza, bardziej asertywna, świadoma. Wiem już, czego potrzebuję, jak chcę się rozwijać.

GALA: Kiedy zaczynałaś grać, zapytano Cię o najważniejsze życiowe wartości. Odpowiedziałaś wtedy: wierność, uczciwość i wytrwałość. Aktualne? W tej samej kolejności?

MARTA ŻMUDA-TRZEBIATOWSKA: Tak, nawet teraz wydaje mi się to bardziej aktualne niż kiedykolwiek. Wierność swoim ideałom, ludziom. Uczciwość wobec ludzi i siebie samego. Nie oszukuję siebie. Wytrwałość – jej wciąż się uczę.