Niczego się nie boi, nigdy się nie poddaje i twierdzi, że niemożliwe nie istnieje. Przynajmniej tak sądziła do tej pory. Życie pokazało, że była w błędzie. W lutym br. w wieku 46 lat zmarł Jerzy Błaszczyk, były partner Martyny i ojciec jej ośmioletniej córki Marysi. Obydwie musiały się zmierzyć z najbardziej bolesną sytuacją w życiu. Martyna była zmuszona zmienić swoje podejście do wielu spraw i zdać egzamin z matczynej miłości.

Czym jest dla Ciebie miłość?

Wierzę, że prawdziwa miłość opiera się na dalece idącej bezinteresowności, umiejętności przedłożenia dobra osoby, którą kochamy, nad swoje własne. To jest dla mnie wyznacznik prawdziwej, czystej miłości, którą przewartościowałam po urodzeniu Marysi. Nie znałam tego uczucia, choć wiele razy używałam słowa „miłość”. Kiedy to zrozumiałam, zupełnie inaczej zaczęły się układać moje relacje z ludźmi. Gdybym nie doświadczyła macierzyństwa, nie zrobiłabym też programu „Kobieta na krańcu świata”. Chyba nie umiałabym prowadzić tak intymnych czasem rozmów z kobietami, zrozumieć ich wyborów. Bo choć różni nas miejsce, w którym się urodziłyśmy, wiara czy kolor skóry, to związek matki z dzieckiem jest doświadczeniem uniwersalnym i ponadkulturowym.

Jak uczysz miłości Marysię?

Dla mnie miłość to troska, uważność, bycie tu i teraz. Bardzo dużo rozmawiamy. Lekcje życia odbywają się przecież przy śniadaniu, w drodze do szkoły, podczas kąpieli. Spisałyśmy też wspólnie listę zasad obowiązujących w naszym domu: jak się traktujemy, jak do siebie odnosimy, że się słuchamy, często przytulamy. Ostatnio dopisałyśmy jeszcze jeden punkt: kiedy jesteśmy razem, to jesteśmy razem, a nie w telefonie (śmiech). Marysia przez chwilę uległa magii nowych technologii, a ja od zawsze wyznaję zasadę, że kiedy jestem w domu, nie używam telefonu, dopóki Marysia nie pójdzie spać. A jeśli już, to mówię: „Time out, słuchaj, muszę teraz coś zrobić, napisać”. Pilnuję się, żeby nie siedzieć w dwóch równoległych rzeczywistościach. Jest czas nasz i jest czas zawodowy. Podobnie rano: śniadanie to świętość – jemy je razem, rozmawiamy o tym, co nas czeka. A drugi taki czas przychodzi wtedy, gdy Marysia leży wieczorem w łóżku. To najlepszy moment na rozmowę o życiu, wtedy też padają najważniejsze pytania.

Masz poczucie, że jesteś dobrą matką?

Chyba każda z nas ma wątpliwości, czy nią jest – czy poświęca dziecku wystarczająco dużo czasu albo czy nie powinna jednak bardziej się rozwijać zawodowo. Kiedyś Heather Swan, rekordzistka świata w skokach spadochronowych z Australii, powiedziała mi, że dla niej ważniejsze niż gotowanie i bycie zawsze obecną w domu, gdy dziecko wraca ze szkoły, jest inspirowanie go do poznawania świata i dawanie przykładu. Było w tym dużo racji. Ostatnio Marysia napisała w punktach, co po mnie odziedziczyła. „Odwaga, pisanie książek, podróżnictwo, szaleństwo, pamiętanie o wszystkim i przeciwnie czasami” – myślę, że to całkiem niezła lista (śmiech). Łapię się na tym, że jadąc w sobotę do pracy, myślę: „Taki piękny dzień, powinnyśmy się bawić w parku”. Z drugiej strony jednak pokazuję w ten sposób Marysi, że życie składa się z wyborów. Przecież wybrałam taką pracę, uwielbiam ją i to są konsekwencje tej decyzji. Ale przyznaję: czasem mam wyrzuty sumienia. Ważne, by się nie obwiniać. Mieć tego świadomość i zmieniać tylko to, co zmienić możemy.

Często mówisz Marysi, że ją kochasz?

100 razy dziennie! Mówię, piszę liściki, przytulam. I Marysia robi to samo. Ostatnio napisała mi: „Wiesz, mamo, nigdy nie miałam lepszej mamy. A mama jest po to, żeby przy Tobie była i Cię kochała. Dziękuję bardzo! Twój Pyszczek”. Czy można sobie wyobrazić piękniejsze wyznanie miłości? Ale czasem największym jej dowodem są przecież proste, codzienne sprawy. Kiedy Marysia była mała, miała książeczkę o księżniczce Arielce. Historie księżniczek, które całe życie czekają na królewicza na białym koniu, to nie jest mój klimat i nie chciałabym takiego modelu wkładać dziecku do głowy. Ale moja córka uwielbiała tę bajkę, więc księżniczka Arielka była dla mnie największym koszmarem w okresie dorastania mojego dziecka... Kiedy cierpliwie czytałam po raz tysięczny tę samą historię o Arielce, myślałam sobie, że to jest przecież niezwykły dowód miłości z mojej strony!

Aż takie to było poświęcenie?

Wiesz, ja miałam wizję, że będę mojemu dziecku czytać o słoniach afrykańskich, o wielkich wyprawach, a tu? Księżniczka Arielka! Musiałam szybko zrewidować swoje poglądy na temat macierzyństwa (śmiech).

Dostosować się do potrzeb dziecka, a nie do swoich?

Kiedy zaszłam w ciążę, założyłam w komputerze folder „Projekt dziecko”. Zapisywałam w nim różne rzeczy: od wyprawki począwszy, po różne mądre rady... Jestem poukładana, pilna i na wszystko chciałam mieć plan, nawet na to, jaką będę matką. Nadal mam ten folder w komputerze, ale dzisiaj uważam, że jest śmieszny. Kiedy rozmawiałyśmy rok temu, powiedziałam Ci w wywiadzie, że wychowywanie dziecka jest dla mnie fascynującą podróżą, w dodatku bez mapy. Najtrudniejszą z tych, które można odbyć. A co do planowania... Powiedziałam Marysi ostatnio: „Przeanalizujmy, co będzie, jeśli...”. Włączyła się moja potrzeba opracowywania scenariuszy A, B, C i wszystkich możliwych rozwiązań. Mania spojrzała na mnie i  powiedziała: „Mamo, dlaczego przejmujesz się rzeczami, które mogą się zdarzyć, ale wcale nie muszą?”. I pomyślałam wtedy, że tworzenie scenariuszy niszczy naszą radość z życia. Jedyne, co jest pewne, to chwila obecna i to, że się kochamy jak dwa wariaty.

Mówisz, że uczysz się żyć tu i teraz. Pogodziłaś się z przemijaniem?

Żyjemy w kulturze, w której nie akceptuje się przemijania. Robimy wszystko, żeby zatrzymać czas. I nie potrafimy się pogodzić z odchodzeniem ludzi.

Martyna, pytam o Ciebie...

To trudna lekcja. Wciąż ją odrabiam.

Bardzo przeżyłaś śmierć Taty Marysi?

Razem z córką przyszło nam się zmierzyć z ogromną stratą, której w żaden sposób nie da się wytłumaczyć. Podstawą mojego wychowywania dziecka jest mówienie mu prawdy. Oczywiście dostosowuję formę do wieku. Nie kłamię – ani w sprawach błahych, ani ważnych. Do rozmowy z Marysią na temat śmierci taty musiałam się przygotować. Kąpałam ją, myłam jej włosy, była taka radosna i wtedy pojawiła się we mnie myśl, że właśnie przeżywa ostatnie beztroskie chwile swojego dzieciństwa. Wiedziałam, że za chwilę wszystko się zmieni. Uważam, że nie należy dzieciom mówić o śmierci w metaforyczny sposób. Trzeba nazwać rzecz po imieniu. Użyć słów, które opisują ten stan. Bo przemijanie i odchodzenie są nieodłączną częścią życia.

Nawet dorosłym trudno zrozumieć tajemnicę śmierci.

No właśnie, czy my, dorośli, jesteśmy w stanie odpowiedzieć sobie na wszystkie pytania? Nie wiem. Z czasem nabrałam odwagi, żeby do mojego dziecka powiedzieć po prostu: „Nie wiem”. Zawsze chciałam być superwoman, zawsze radziłam sobie z panowaniem nad emocjami. Ale wtedy to był pierwszy raz, kiedy płakałam przy Marysi jak nigdy wcześniej.

Pozwoliłaś sobie na słabość.

Pozwoliłam sobie na absolutną słabość i myślę, że Marysia była w równym stopniu zaskoczona, co zafascynowana moją reakcją. Zobaczyła mamę w takiej wersji po raz pierwszy. Uświadomiłam sobie, że to dla niej ważna lekcja, że nie można cały czas trzymać fasonu przed ludźmi, że mamy prawo do słabości. To była też nauka dla mnie. Dotąd uważałam, że wyrazem mojej troski jest nieokazywanie tego rodzaju emocji, bo w ten sposób chronię moją córkę.

Jak Marysia radzi sobie z odejściem Taty?

Kiedy przechodziłyśmy przez ten najtrudniejszy dla nas czas, zastanawiałam się, jak ułożyć na nowo nasze życie. I pomyślałam, że wielowymiarowe uczestnictwo Marysi w moim życiu to dla nas dobra droga. Ale też była taka wola z jej strony. Zadawała coraz więcej pytań o świat, o to, dlaczego dzieci w Syrii umierają, dlaczego jest głód... W związku z nowo zaistniałą sytuacją pomyślałam więc: „Okej, może nadszedł czas, abyśmy razem pojechały na plan zdjęciowy”. I tak zrobiłam. Marysia tak naprawdę zawsze towarzyszyła mi w pracy. W pewnym sensie wychowała się w redakcji „National Geographic”. Nawet kiedy była dużo młodsza, zawsze konsultowałam z nią wszystkie okładki „National Geographic” i „Travelera”. Uważałam, że z jednej strony jest to wyrabianie gustu w dziecku, a z drugiej – chciałam, żeby miała poczucie, że liczę się z jej zdaniem w ważnych dla mnie sprawach. I Marysia niejednokrotnie miała bardzo celne spostrzeżenia.

Czy Twoje podejście do życia w kontekście tego, że jesteś już jedyną najbliższą osobą dla Marysi, się przewartościowało?

Marysia ma dziadków, kochającą babcię, ale oczywiście kiedy wiesz, że pozostajesz jedynym rodzicem, masz inny stosunek do ponoszenia dodatkowego ryzyka. Nie można też jednak popaść w skrajność, że życie jest niebezpieczne. Nie chcę być trywialna, jednak wychodząc rano do pracy, nie wiemy przecież, czy z niej wrócimy. Dlatego tak ważne jest to, co zawsze powtarzała mi moja mama: „Kończ każdy dzień tak, jakby miał być twoim ostatnim. Załatw wszystkie sprawy, które miałaś załatwić, ludziom, których kochasz, powiedz że ich kochasz, a tym, którzy zrobili ci coś złego – wybacz”. Nie mam jednak zamiaru żyć w ciągłym lęku, bo oznaczałoby to, że boję się życia. I nie chcę takiego lęku przekazać mojemu dziecku.

Czy Marysia się o Ciebie boi?

Nie, po prostu czasem jest nam obu smutno, że nie będziemy się widziały przez kilka dni. Ale Marysia wie też, że jeżdżenie po świecie jest czymś, czego nie chcę po zbawić ani siebie, ani jej. Kiedyś zapytałam, czy chciałaby, żebym miała inną pracę, żebym nie podróżowała, nie robiła filmów dokumentalnych i nie pisała książek, bo to przecież bardzo czasochłonne. Odpowiedziała, że nie wyobraża sobie innej mamy i że po prostu chce częściej jeździć ze mną, więc teraz realizujemy to jej marzenie. Od zawsze wyjeżdżałyśmy zresztą razem w góry – najpierw wnosiłam Marysię w nosidełku na szczyt, teraz wspinamy się razem, nurkujemy, w tym roku pierwszy raz wyjechałyśmy razem na plan ósmego sezonu programu „Kobieta na krańcu świata” na Florydę. Zaczęłyśmy nowy etap naszego wspólnego podróżowania.

Kim Marysia chciałaby zostać? Czy w ogóle chce być taka jak Ty?

Ma artystyczną duszę, przepięknie maluje i rozwija ten talent. Robi ilustracje do naszych wspólnych książek. Prawdopodobnie pójdzie inną drogą, ale na razie powtarza, że chciałaby robić filmy dokumentalne i podróżować po świecie. Nasza wspólna praca nad nowymi książkami z serii „Zwierzaki świata” była dla nas wspaniałym doświadczeniem. Każda opisana w nich historia odnosi się do przemyśleń i problemów mojej córki: zwierzęcy bohaterowie zmagają się z obgadywaniem przez kolegów, denerwują się, że mama zwraca im uwagę albo doświadczają rozstania rodziców. Całymi dniami rozmawiałyśmy o tym, co jest ciekawe dla dzieciaków i co warto dopisać, a kiedy Mania przysypiała podczas czytania gotowych już fragmentów, to był dla mnie znak, że muszę zdynamizować akcję (śmiech). Cieszę się, że znowu mogłam spojrzeć na świat oczami dziecka!

Marysia jest podobno bardzo wrażliwa.

Jest bardzo empatyczna. Czasami muszę jej tłumaczyć, że nie da się przeżyć całego życia, nie mówiąc nikomu niczego przykrego. Ale z drugiej strony przecież ta empatia to piękna cecha. Marysia samodzielnie organizuje wśród koleżanek kiermasze, podczas których zbiera pieniądze. Na jej prośbę wpłacam je potem na edukację Kabuli, dziewczynki z Tanzanii chorej na albinizm. W czasach, kiedy dzieci głównie marzą o coraz nowszych gadżetach, taka postawa jest bezcenna.

A strach? Czego boi się Marysia?

Nie szczurów, pająków i wysokości – ma to po mnie (śmiech). Ale obawia się porażki. Brak lęku przed porażką jest moim zdaniem najwyższym stopniem wtajemniczenia, mało kto to potrafi. Ja też się jej boję, ale mimo to podejmuję różne wyzwania. Nie pozwalam, żeby to słabość decydowała o ważnych rzeczach w moim życiu. Chciałabym, aby moja córka miała taką samą odwagę podejmowania wyzwań.

Jak spędzacie czas, kiedy nie wyjeżdżasz i nie pracujesz?

Gdy mam wolny dzień, śpię dłużej. Marysia już jest w takim wieku, że nie wskakuje mi wtedy na głowę, tylko idzie poczytać książkę, a potem szykuje mi – tak jak umie – śniadanie i jakiś liścik. To jest dla mnie oznaka czułości. Okazujemy jej sobie bardzo dużo, potrzebujemy fizycznej bliskości, Marysia często mówi: „Mamo, chcę wielkiego całusa i przytulenia! Teraz!”. W tygodniu nastawiam nawet wcześniej budzik, abyśmy miały jeszcze czas się poprzytulać przed szkołą. Są też obowiązkowe sesje miziania wieczorem. Sama zostałam wychowana w ogromnej czułości i tego też uczę Marysię.

Jakie dzisiaj masz marzenia?

Kiedyś często powtarzałam, że nie mam marzeń, tylko plany: przejechać rajd Dakar, zdobyć Koronę Ziemi. I nawet byłam dumna z tego, że jestem taka konkretna i wszystkie plany wprowadzam w życie. Przy Marysi nauczyłam się marzyć bardziej abstrakcyjnie i uniwersalnie. Dzisiaj moim największym marzeniem jest to, by przygotować córkę do spotkania ze światem. Wychować na mądrą, silną, niezależną, ale też wrażliwą kobietę. Wiem, że sobie poradzę, chociaż to dopiero wyzwanie! Zdobycie Mount Everestu wydaje mi się przy tym nudną przechadzką.

A o czym marzy Marysia?

O kocie. „Mamo, to jest największe marzenie mojego życia, będę najszczęśliwsza już zawsze, jeśli tylko będę miała kota!”. Jesteśmy na etapie robienia testów alergicznych, żeby się nie okazało, że z kotem nam będzie nie po drodze.

Macie też wspólne marzenia?

Właśnie w trakcie pisania rozdziału książki „Zwierzaki świata” o przygodach małej lwicy z Kenii ustaliłyśmy, że naszym wspólnym marzeniem i najbliższym planem, który chcemy zrealizować, jest wyjazd do sierocińca dla zwierząt w Afryce. Marysia chciałaby z bliska zobaczyć lwa, a ja – zabrać ją w miejsce, które zrobiło na mnie ogromne wrażenie.