GALA: Masz własny program, dziecko, oryginalny życiorys, niezależność finansową, sukces zawodowy, fajnych rodziców... Jest coś, czego nie masz?

MARTYNA WOJCIECHOWSKA: (milczenie) Tak brzmi cisza, gdyby ktoś się pytał... (śmiech). Myślę, że jest kilka rzeczy, których nie mam i – powiem szczerze – trochę mi tego żal. Z drugiej strony wiem, że grzeszę, mówiąc coś takiego, i sama się za tę myśl ganię. Że jednak czasem mi czegoś brak, że o czymś marzę, że coś bym chciała... Byłam w tak wielu miejscach na świecie, poznałam tak dramatyczne ludzkie historie, że po powrocie do domu mogę sobie tylko powiedzieć: „Martyna, nie masz żadnego prawa, żeby jeszcze czegokolwiek chcieć! Masz dach nad głową, szczęśliwe i zdrowe dziecko!”. Kiedy porównuję siebie do walczącej cholity Carmen Rojas, zapaśniczki z Boliwii, jednej z bohaterek mojego programu „Kobieta na krańcu świata”, jest mi naprawdę wstyd, że mam śmiałość czegoś pragnąć. Ale prawda jest taka...

GALA: ...że nie masz wszystkiego.

MARTYNA WOJCIECHOWSKA: Przede wszystkim nie udało mi się stworzyć normalnej rodziny. A niemal dla każdego z nas, niezależnie od szerokości geograficznej czy kultury, ważne jest, żeby mieć ostoję, znaleźć takiego człowieka, przy którym czujesz się po prostu bezpiecznie. Pytanie: czy można to wszystko mieć, żyjąc tak niezależnie, jak żyję, i będąc tak wolną osobą, jaką jestem? Dokonałam pewnego wyboru drogi życiowej i muszę ponieść tego konsekwencje. Więc może trochę mam tak na własne życzenie?

GALA: Zdefiniuj Twoją wolność.

MARTYNA WOJCIECHOWSKA: Przez 34 lata budziłam się codziennie rano i mogłam robić ze swoim życiem dokładnie to, co chciałam. Jechałam na dwa miesiące na wyprawę i jedynymi osobami, które tak naprawdę to interesowało, byli moi rodzice. Ilekroć ktoś próbował wkraczać na moje terytorium, od razu jasno stawiałam granicę. Dziecko to był dla mnie pierwszy krok, który sprawił, że dobrowolnie pozbyłam się pełnej wolności. Ale nadal została mi niezależność myślowa – nie umiem znaleźć lepszego słowa – która wiąże się z tym, że nie narzucam sobie ograniczeń związanych z miejscem, w którym żyję, z kulturą, z moją płcią i wieloma innymi rzeczami. Moje życie uległo jednak ogromnej zmianie, pojawił się w nim ktoś, kto przewartościował wszystko i sprawił, że już zawsze, cokolwiek zrobię, będę najpierw myśleć o mojej córce. Ona jest najważniejsza i dla niej potrafię z wielu rzeczy zrezygnować.

GALA: Najboleśniejszy kompromis dla kobiety wolnej?

MARTYNA WOJCIECHOWSKA: Pamiętam taki moment, kiedy Marysia była maleńka. Usiadłam na łóżku i dotarło do mnie, że pewien etap mojego życia definitywnie się skończył i nigdy już nie wróci. Zrozumiałam, że narodziny dziecka to sytuacja nieodwracalna. Nie da się ,,spróbować” być matką, a potem wrócić do poprzedniego życia, jak ci się nie spodoba. W Polsce nie jest popularne przyznawanie się do tego, że macierzyństwo, szczególnie jego początki, to trudny etap w życiu kobiety. Nie rozmawiamy głośno o depresji, zmęczeniu, wściekłości. O tym, że nasze ciało ulega drastycznej zmianie, że czujemy się nieatrakcyjne, że jesteśmy wiecznie zmęczone. Zawsze byłam dumna, że codziennie rano biegam i trenuję przed wyprawami. A teraz nie mam siły zwlec się z łóżka… Trzeba mówić, że jest cudownie, że jestem szczęśliwa, że „tonę w oceanie miłości” i w ogóle nic mi nie przychodzi z trudem. Wstaję cała szczęśliwa siedem razy w ciągu nocy, ale życie matki jest piękne, wow!!! Proszę mnie dobrze zrozumieć – nie jest moją intencją dyskredytowanie macierzyństwa, ale nie ukrywajmy, że ta droga nie jest usłana wyłącznie różami!

GALA: I bywa brutalna.

MARTYNA WOJCIECHOWSKA: Sama jesteś matką, wywiad będzie czytało wiele matek i wszystkie wiemy, co TAK NAPRAWDĘ ZNACZY wstać kilka razy w nocy do płaczącego dziecka. Po czym pójść rano do pracy, zostawiając dziecko z opiekunką, i mieć z tego powodu wyrzuty sumienia. Cały dzień ciężko pracować i wrócić do domu z nową energią! Potem bawić się z dzieckiem, wykąpać je, poczytać mu, położyć je spać... Dopiero wtedy możesz usiąść i zrobić parę rzeczy, na które nie miałaś czasu. Ja, od kiedy Marysia jest na świecie, napisałam dwie książki i było to cholernie trudne zadanie. Potem jeszcze w nocy muszę włączyć pranie, ogarnąć dom i trochę się przespać, żeby za godzinę wstać do płaczącego dziecka. Moja córka jest akurat „wysokoobsługowa” – jak zwykłam ją nazywać (śmiech). Teraz Marysia ma już półtora roku i nasze życie wygląda trochę inaczej, ale początki były trudnym doświadczeniem. Uff… I o tych sprawach nie mówi się głośno, to temat tabu. A przecież to jest prawdziwe życie matki, pełne wyrzeczeń i poświęceń. I tak naprawdę dopiero wtedy odczuwamy życie w 100 procentach! Sama tego doświadczyłam. Wcześniej żyłam, świadomie użyję kolokwializmu, „lightowo”. Teraz przyszedł czas na inny etap. Więc nie wiem, czy to był najbardziej bolesny kompromis. Najtrudniejszy i najważniejszy – może tak bym go raczej nazwała.

GALA: Kiedy zostawiłaś kilkumiesięczną Marysię i pojechałaś zdobywać Masyw Vinsona na Antarktydzie, zaliczany do Korony Ziemi, wywołałaś ,,święte oburzenie” – jak tak można, co z Ciebie za matka. Najbardziej krytykowały Cię... inne kobiety.

 

MARTYNA WOJCIECHOWSKA: Zaskoczyło mnie to. W ogóle tego nie rozumiem. Przecież naprawdę mamy trudniejsze życie niż mężczyźni. Wszędzie na świecie kobieta to matka, żona, kochanka, przyjaciółka, pracownik fizyczny… Musimy odgrywać te role naraz i jeszcze do tego świetnie wyglądać. Kto ma na to siłę?! W tej sytuacji kobiety powinny mieć dla siebie zdecydowanie więcej tolerancji. Nie musimy do końca się rozumieć. Czasem nie jesteśmy w stanie dotrzeć do źródła naszych decyzji, ale możemy się wspierać. Tymczasem ja wyjeżdżam na wyprawy, mając, owszem, małe dziecko, ale na tym także polega moja praca. Tak między innymi zarabiam na życie i utrzymanie rodziny. Nikt nie krytykuje piosenkarki, która rusza w trasę koncertową. Tylko dlatego, że jej zajęcie jest bardziej bezpieczne? Podczas realizacji programu poznałam kobiety z oddziału saperów w Kambodży. Zostawiają dzieci pod opieką rodziny, nie widzą ich po parę miesięcy, a same ciężko pracują od rana do nocy na polu minowym, ryzykując życie za 200 dolarów. Ale te pieniądze pozwolą opłacić naukę i utrzymanie dzieci. Carmen Rojas z Boliwii co tydzień wychodzi na ring i daje się bić, żeby utrzymać rodzinę. Każda kobieta żyje najlepiej, jak umie, walczy i dba o lepszy byt dla swoich dzieci, ja też – i przykro mi, że inne kobiety nie potrafią tego zrozumieć. Poza tym „szczęśliwa matka to szczęśliwe dziecko”. Czy macierzyństwo musi oznaczać koniec naszej zawodowej kariery, koniec marzeń? Nie przyszło mi do głowy, że wywołam taką straszną burzę i usłyszę od kobiet, że nie mogę, nie powinnam wyjeżdżać, nie mam prawa. Naiwnie wydawało mi się, że jeśli tak postąpię, to właśnie kobiety mnie wesprą, bo będę dla niektórych źródłem inspiracji. Powiedzą: ,,Dobrze, że pojechała. Pokaże, że można, że to fajnie, że warto...”.

GALA: ... że może ja też gdzieś pojadę, zrobię coś tylko dla siebie?

MARTYNA WOJCIECHOWSKA: Chodzi o to, żeby odważyć się zrobić COŚ. Co nie jest może do końca standardowe, ale jest twoją pasją. To może być szydełkowanie, wspinanie się w wysokich górach, pisanie książki, bieganie albo kurs gotowania. Moja mama na przykład fenomenalnie gotuje. Daje jej to dużo satysfakcji i szczęścia. Jest gospodynią domową i jest z tego dumna! Nigdy nie słyszałam słowa narzekania, ile to ona ma roboty, że nas wszystkich musi nakarmić, oprać i po nas posprzątać. Czuje się spełnioną, szczęśliwą kobietą i to jest w niej cudowne. Daphne Sheldrick, o której opowiadam w jednym z odcinków programu „Kobiety na krańcu świata”, poświęciła życie ratowaniu słoni i spędziła z nimi więcej czasu niż ze swoimi córkami. Młodziutka Edith z Argentyny postanowiła zostać kobietą- kowbojem i w ogóle nie zakładać rodziny, bo praca jest jej pasją i nie ma już miejsca na mężczyznę. W moim programie chciałam pokazać, jak różne jesteśmy, jak różne jest nasze życie, nasze pasje, priorytety. Nie oceniam żadnej bohaterki, nie dyskredytuję wyborów, staram się tylko zrozumieć… Ta różnorodność pozwala wysnuć jeden wniosek: niech każda z nas, kobiet, podejmuje takie decyzje, jakie chce. Dajmy sobie do tego prawo!

GALA: Dlaczego my, kobiety, tak naprawdę się nie wspieramy?

MARTYNA WOJCIECHOWSKA: Kierują nami atawistyczne, proste popędy, do czego nie chcemy się przyznać. Pamiętajmy o tym, że kobiety w niektórych rejonach świata stanowią 2/3 populacji, a to oznacza zdwojoną walkę o partnera. Dlatego jedne kobiety przekłuwają sobie dolną wargę i wkładają w nią gliniane krążki, drugie naciągają szyję, jak kobiety-żyrafy w Birmie, albo robią sobie silikonowe biusty, jak moje bohaterki z Wenezueli. Mauretanki pasą się, żeby być grube, bo to jest oznaką dostatku, inne jedzą wyłącznie sałatę, żeby ważyć 40 kilo i wyglądać jak szczypiorek, albo bandażują stopy, żeby były maleńkie na przepisowe 7 cm… I to kobiety kultywują taką tradycję, to matki w Wenezueli prowadzą swoje piętnastoletnie córki na operację powiększenia biustu. My, kobiety, stałyśmy się zakładniczkami własnej próżności – każda z nas chce się podobać. Robimy te zabiegi po to, żeby wydać się atrakcyjną dla płci przeciwnej. Żeby przyciągnąć uwagę mężczyzny i docelowo, choć może nie ma w tym żadnego wyrachowania, zbudować związek i założyć rodzinę. U mężczyzn z kolei podobają nam się szerokie ramiona, siła, inteligencja i władza, jaką posiadają. Tacy cieszą się największym zainteresowaniem. W plemionach pierwotnych potrafili iść na polowanie, zawalczyć i przytargać do domu zwierzę, żeby nakarmić rodzinę. Dzisiaj nie oczekujemy, że nasi panowie będą biegać po Polach Mokotowskich i strzelać do zajęcy, ale chcemy, żeby na przykład zapewnili nam odpowiednią ilość podstawowej jednostki nabywczej współczesnego świata, czyli pieniędzy. Nie twierdzę, że uczucia nie są ważne, chcę tylko powiedzieć, że gdzieś głęboko kierują nami proste, banalne pierwotne popędy.

GALA: Wysnuwam z tego wniosek...

MARTYNA WOJCIECHOWSKA: ...że kobiety w pewnym sensie nieustannie rywalizują o mężczyznę.

GALA: Więc kiedy zachowujesz się niestandardowo, wyglądasz oryginalnie, mówisz coś odważnie, możesz okazać się atrakcyjniejsza dla mężczyzn. Instynktownie w Twojej obecności inne kobiety zaczynają czuć się zagrożone?

MARTYNA WOJCIECHOWSKA: Uspokoję wszystkie panie – nie jestem atrakcyjna. Dziewczyny, wyluzujcie! Wasi panowie nie chcą mieć takiej żony jak ja. Jestem starą panną z dzieckiem i prawdę mówiąc, nie wiem, czy to się kiedyś zmieni, dlatego że mężczyźni...

GALA: ...boją się Ciebie?

MARTYNA WOJCIECHOWSKA: Wiele bliskich mi kobiet mówi, że jestem za silna i mężczyźni się mnie boją. Ale to jest chyba zbyt powierzchowne sformułowanie. Sama do końca nie wiem, na czym to polega. Może na tym, że są kobiety, przy których mężczyzna czuje, że musi stanąć na palcach, musi się bardziej postarać? A może wcale nie musi, tylko JEMU tak się wydaje? Jeżeli ja się wspinam i weszłam na Mount Everest, to gdzie on, do cholery, ma wejść, żeby się wdrapać jeszcze wyżej niż ja?! Jak na złość nie ma już większej góry na świecie. To jest błędne myślenie, nie o to w ogóle chodzi. Poza tym na co dzień kto by wytrzymał z taką kobietą? Ciągłe podróże, praca i intensywny tryb życia. Mężczyźni lubią mieć przystań, a ja jestem żeglującym okrętem. Mogą przeżyć chwilową fascynację, ale uwierzcie mi, drogie panie, żyć z kobietą jak ja żaden z panów by nie chciał… Serio!

GALA: Weszłaś na Elbrus w trzecim miesiącu ciąży, na McKinley, Mount Everest... Łatwiej jest zdobyć górę, czy zbudować związek z mężczyzną?

MARTYNA WOJCIECHOWSKA: To pytanie to jakiś żart? Chyba widać?! Zdobyć górę, zdecydowanie.

GALA: Dlaczego?

 

MARTYNA WOJCIECHOWSKA: Zdobywanie góry ma określony czas. Jest początek wyprawy i jej koniec. Jakikolwiek będzie jej finał, to jest KONIEC. Wiesz, że każdy największy ból fizyczny, największy wysiłek, brak snu, jedzenia, nieustający marsz – to wszystko się kiedyś skończy. Pewnego dnia, w pewnym określonym momencie. Pozostanie ci tylko smak zwycięstwa albo gorycz porażki. Jedyny czynnik nieprzewidywalny, który jest w stanie kompletnie cię zaskoczyć i wszystko rozwalić, to pogoda. Natomiast z mężczyznami... hmm. W ogóle budowanie relacji z ludźmi jest trudne. Człowiek, jego reakcje, uczucia, myśli to są czynniki absolutnie nieprzewidywalne, bardziej niż pogoda. Pogodę można przecież określić po pewnych symptomach, jak chmury, fronty, temperatura, możesz je zanalizować i wysnuć jakieś wnioski. Reakcji drugiego człowieka nie da się przewidzieć.

GALA: Masz poczucie krzywdy?

MARTYNA WOJCIECHOWSKA: Może trochę dlatego, że ocenia się mnie jednostronnie? Ludziom się wydaje, że jestem kobieta-przecinak: twarda, odważna, ze skórą słonia. Lara Croft po prostu! I ja to w pewnym sensie rozumiem, bo ludzie widzą, że mi się wszystko udaje. Opowiadam o sukcesach, dzielę się z ludźmi receptą, jak je osiągnąć. Ale tak naprawdę nikt nie chce słuchać czegoś innego. Przecież nie opowiem o górach, których nie zdobyłam, o programach, o których marzyłam, a ich nigdy nie zrealizowałam, ani o książkach, które leżą u mnie w szufladzie, bo zwyczajnie nie nadają się do druku. W moim życiu jest mnóstwo zawodów, niepowodzeń, porażek. I mnie to bardzo dużo kosztuje. Tyle że nikt o tym nie myśli.

GALA: Powiedziałaś kiedyś, że mdli Cię, kiedy czytasz, jak ludzie się kochaja, jak miłość kwitnie, bo zapala Ci się wtedy czerwone światło.

MARTYNA WOJCIECHOWSKA: To tak samo jak z macierzyństwem. Ludzie rozpływają się, opowiadając o tym, że znaleźli miłość życia i jest cudownie. A przecież każdy wie, że „motyle w brzuchu” mijają, zaczyna się ciężka praca nad związkiem, żeby przetrwać, dotrzeć się, nauczyć się siebie i nie pozwolić tym motylom ulecieć w siną dal… To nie znaczy, że jestem osobą, która na wszelki wypadek się nie zakocha, nie wejdzie w żadną relację. Po prostu nie lubię o tym opowiadać w mediach. A nawet jak widzę to mrugające czerwone światło to… lecę. Czasami jak ćma, mając świadomość, że to kompletnie bez sensu i przyszłości. Prywatnie i zawodowo podejmuję takie decyzje, bo głęboko wierzę, że życie jest sumą doświadczeń i wspomnień, które warto zbierać.

GALA: Masz 35 lat. To dużo doświadczeń, przeżyć, emocji. Najsilniejsze uczucie?...

MARTYNA WOJCIECHOWSKA: Myślę, że nie ma silniejszego uczucia niż miłość matki do dziecka. To uczucie bezwarunkowe i o tym przekonałam się nie tylko na własnej skórze, ale także poznając losy bohaterek mojego programu. Kobiety – poza patologicznymi przypadkami – dla dziecka są w stanie zrobić wszystko. I czasami robią rzeczy zadziwiające. W związku z tym tolerancja rośnie niewspółmiernie do tego, co jest dla ciebie, jako kobiety, na co dzień do przyjęcia. Jako matka jesteś skłonna pójść na dużo większy kompromis niż jako kobieta bez dziecka. A ja w ogóle jestem typem kobiety, która musi mieć za plecami wyjście awaryjne. Zawsze mam plan B. To moja obsesja.

GALA: Skąd to masz? Zgubiłaś się kiedyś w dzieciństwie?

MARTYNA WOJCIECHOWSKA: Często o tym myślę i nie wiem, skąd mi się to wzięło. Rodzice dali mi poczucie bezpieczeństwa, a w mojej głowie cały czas pojawiają się różne scenariusze. Analizuję każdą sytuację, zastanawiam się, co będzie, jeśli...?! Jestem zapobiegliwa i dlatego na przykład ciągle oszczędzam pieniądze. Nie chcę zależeć od łaski bądź niełaski mężczyzny czy losu. Nauczyłam się, że tych wyjść awaryjnych mogę mieć multum, więc nawet jak byłam w związku z mężczyzną, nie stanowiło dla mnie wielkiego problemu, by pewnego dnia wstać i powiedzieć: ,,Słuchaj, to chyba się skończyło. Już się nie starajmy”. I wyjść. Dzisiaj myślę, że czasami mi to przychodziło zbyt lekko, że nie zawalczyłam o coś, a po fakcie okazało się, że było to dla mnie ważne. W przypadku kiedy jest dziecko, wszystko się zmienia i te drzwi awaryjne, owszem, gdzieś są, ale na horyzoncie. Tak się skupiasz na swoim dziecku, że już nie opracowujesz ścieżek wyjścia.

GALA: Co Ci daje większą siłę: niezależność finansowa czy świadomość, że gdzieś za plecami są rodzice?

MARTYNA WOJCIECHOWSKA: Zdecydowanie rodzice. Bo ta niezależność finansowa dziś jest, a jutro może jej nie być. Nie ma monopolu na Wojciechowską w mediach, a od mediów i humorów wielu osób oraz widzów zależę. Media to trudna kochanka. A rodzina to prawdziwa i pewna baza. Zawsze cię wesprze i pomoże ci wszystko budować. I to jest bezcenne. Mam nadzieję, że dla mojej córki też będę bezpieczną przystanią.

GALA: Matka może nauczyć się czegoś od własnego dziecka?

MARTYNA WOJCIECHOWSKA: Na pewno tolerancji, a to trudna lekcja. Dziecko jest naszym lustrem. Zaczynasz wyraźnie dostrzegać swoje wady, ponieważ dziecko naśladuje wszystko, co robisz, mówisz, pokazujesz. Zaczynasz to analizować i od razu cenzurujesz swoje zachowania. Począwszy od prostych rzeczy. Jeżeli nie chcę, żeby moja córka kiedyś wierciła się przy stole czy gadała przez telefon w czasie obiadu, to tego samego muszę wymagać od siebie. I wymagam. Proste rzeczy, codzienne, życiowe, ale fundamentalne. Akceptacja i tolerancja to jest wystawianie na największą próbę. Przynajmniej w moim przypadku.

GALA: Kobieta, której historia zwaliła Cię z nóg, złapała za gardło, śni się po nocach?

 

MARTYNA WOJCIECHOWSKA: Carmen Rojas, boliwijska zapaśniczka, która w tradycyjnym stroju indiańskim wychodzi co tydzień na ring i walczy za 10 dolarów. Z kobietami i z mężczyznami, przelewając krew i ryzykując zdrowie. Mąż bił jej dzieci, ją katował, zmasakrował jej nos tak, że została z niego miazga, połamał żebra, złamał rękę... Ale ona trwała przy nim, nie potrafiła odejść. W Ameryce Południowej, głównie w Boliwii, panuje takie przeświadczenie wśród kobiet, że jeśli mąż cię kocha, to bije. Musi tłuc, bo to znaczy, że mu się podobasz, że jest zazdrosny i walczy o ciebie. Kobiety naprawdę w to wierzą! I Carmen też tak przez wiele lat uważała. W końcu, zdradzana, bita, poniżana, zdecydowała się odejść. Zabiera dzieci, żyje w skrajnej nędzy. Nie ma na gaz, więc gotuje na palenisku z kamieni. Własnymi rękami buduje lepiankę przyklejoną do domu swojej mamy. Ma klepisko zamiast podłogi, maleńki klaustrofobiczny pokoiczek i jedno łóżko, gdzie śpi razem z dwójką dzieci. Uśmiecha się do mnie i mówi, że siłę czerpie z miłości do nich. Z miłości do tych dzieci decyduje się podjąć pracę, która polega na tym, że kobieta, która była bita i poniżana przez całe życie, będzie bita i poniżana, tym razem za pieniądze.

GALA: Nie umie walczyć? Nie może?

MARTYNA WOJCIECHOWSKA: Umie walczyć! Trenuje. Czasami nawet wygrywa, ale najczęściej jest ofiarą. Na moich oczach wybito jej ząb, z łuku brwiowego lała się krew. Dramatyczny był finał tej historii. Zakrwawiona, pobita, ale ciągle z siłą do dalszej walki, w pewnym momencie się zmienia. Dzieje się z nią coś dziwnego. Jej przeciwnik rzuca się na nią, uderza raz, drugi, coraz mocniej. Wali w nią krzesłem, a w jej duszy coś pęka. Nagle z wojowniczki zamienia się w bezbronną osobę, ofiarę, która zamiast odpowiadać na ciosy, kuli się w sobie i się poddaje... Miała siłę, ale zabrakło jej woli walki.

GALA: Żeby go powalić?

MARTYNA WOJCIECHOWSKA: Tak. Żeby podjąć walkę jeszcze raz i mu przywalić. Wiem, że było ją na to stać. Powiem ci, że po tych wielu, wielu godzinach rozmów z Carmen, kiedy nagle zobaczyłam ją na tym ringu, bitą za 10 dolarów, to było dla mnie ogromne przeżycie. Nie mogę tego zrozumieć. Dlaczego ona to robi? Właściwie nawet nie powinnam próbować tego zrozumieć, bo w pewnym sensie nie mam do tego prawa. Myślę sobie: „Cóż my, ludzie Zachodu, możemy, do cholery, wiedzieć o wyborach tej kobiety?”. Nic. Nie jestem w stanie, mimo najszerszych chęci, postawić się na jej miejscu i spróbować wyobrazić sobie, że żyję jej życiem. Więc zwyczajnie ją podziwiam i mam ją cały czas przed oczami.

GALA: Toczysz ze sobą jakąś swoją prywatną walkę?

MARTYNA WOJCIECHOWSKA: Tak, na przykład z niejedzeniem. Walczę z tym nieustannie (śmiech). Mam wiele wad i jestem ich w pełni świadoma. Lepiej, żebym nie była, bo to jeszcze gorsze. Łatwiej chyba żyć w poczuciu własnej świetności, ale ja nigdy nie czułam się ani wyjątkowa, ani piękna, ani szczególnie mądra. To, co mam, zawdzięczam raczej ciężkiej pracy, a nie jakiemuś talentowi czy zrządzeniu losu. Natomiast walczę bardzo o ocalenie w sobie dziecka. Walczę o to, żeby mieć trochę więcej niefrasobliwości i dystansu. Kiedy tracę dystans, tracę zdolność do ustawiania priorytetów i się gubię. A poza tym chciałabym lepiej umieć wyłączać głowę. Bo ona ciągle pracuje, nie przestaje myśleć, nawet w nocy. Budzę się, mam kartki koło łóżka, coś notuję, chodzę, lunatykuję prawie, piszę. Może dlatego kocham podróżować, bo to zawieszenie w czasie i przestrzeni sprawia, że mogę do woli czytać, myśleć, patrzeć przez okno. Choć sądzę, że gdyby ktoś mnie pozbawił możliwości pisania, mówienia, redagowania, tworzenia, moich pasji, tobym umarła. Uschła w krótkim czasie… Nawet już raz próbowałam dać się „zresocjalizować”, ale skończyło się fiaskiem. Ale ja to uwielbiam.