Gala: Pani Marylo, ma Pani za sobą trudny rok...

Maryla Rodowicz: Śmierć mamy. Odejście męża. Od tego momentu minęło już właściwie półtora roku, mąż zostawił mnie w maju...

Jak Pani sobie z tym radzi? Podobno, kiedy mąż odszedł, wpadła Pani w histerię.

Tak było, byłam zupełnie rozbita... Kompletnie się tego nie spodziewałam.

To Pani zawsze była tą, która odchodziła. Po raz pierwszy  sytuacja się odwróciła.

To są słowa mojego męża – że pierwszy raz zostałam porzucona.

Domyślała się Pani, że tak się stanie?

Zauważyłam zmianę w zachowaniu męża. Kiedy pytałam, czy nie stoi za tym jakaś kobieta, mąż tłumaczył się, że jest przemęczony,  że musiał jadać na mieście, że ma dużo pracy i tak dalej. Pomyślałam: „Ja tu z pretensjami, a może faktycznie tak jest, że ma dużo pracy...”. Aż pewnego dnia usłyszałam: „Przeczytaj mail”. Otworzyłam więc laptop, a tam w skrzynce pocztowej wiadomość: „Kupiłem mieszkanie, chcę się wyprowadzić”. To był szok, bo jeżeli kupił mieszkanie, to znaczy, że przygotowywał się do tego od dłuższego czasu! Tego się nie spodziewałam. Nie było wcześniej żadnych rozmów na ten temat. Owszem, trzy lata temu, kiedy ukazała się moja biografia „Wariatka tańczy”, była awantura na cztery fajerki.

O co?

Chodziło przede wszystkim o to, że ciągle wracam do przeszłości,  do lat 70. Miał pretensje, że opowiadam o swoich byłych miłościach. Mówił, że to go boli i dotyka. Że skoro  o tym wspominam, nadal jest to dla mnie ważne. Nie przedstawiłam męża  w swojej biografii w niekorzystnym świetle. Ale zarzucił mi, że skoro ciągle wracam do byłych miłości, to chyba  wyszłam za niego wyłącznie z powodów ekonomicznych, ponieważ był w stanie  zapewnić mi komfortowe życie. Wy- obrażał sobie, że jak jest się w związku, to trzeba być wobec siebie lojalnym  i nie opisywać byłych partnerów.

Nie zgadza się Pani z tym?

Przecież moje wspomnienia dotyczyły lat 70., czyli czasów tak odległych jak  bitwa pod Grunwaldem! Jak mógł powiedzieć, że związałam się z nim tylko  z powodu wygodnego życia…? To było dla mnie bardzo przykre.

Bardzo go kochałam, dbałam o dom, urodziłam mu syna, byliśmy razem od 85 roku. Trzydzieści lat to połowa życia. Zarzucił mi, że nie dbam o siebie, że nie chodzę do siłowni.

To, że wylewałam siódme poty na kortach tenisowych, się nie liczyło. Zwłaszcza że byłam po operacji stawu biodrowego. Nawet nie wiedziałam, czy będę mogła biegać, a grając w tenisa, nie da się stać w miejscu. Cały czas jest w prawo, w lewo. W domu czułam się ciągle kontrolowana i krytykowana... Mąż zarzucał mi, że nie noszę szpilek, że nie staram się w domu dla niego. A gdzie ja miałam te szpilki wkładać? W kuchni?

Chodziło o to, że się Pani nie stara mu podobać?

Że się w ogóle nie staram! A ja na to: „Jak mam się starać, skoro ty  od półtora roku nigdzie mnie nie zaprosiłeś?”. Wszystkie wspólne wyjścia były odwoływane.

Czułam, że stoi za tym inna kobieta. Damska intuicja.

Jakie towarzyszyły temu myśli?

Czułam się strasznie. To było dobijające. Pojawił się lęk przed samotnością. Czy sobie poradzę, czy nie stracę radości życia? Zastanawiam się, co będzie, gdy nadejdzie zima i spadnie śnieg, zrobi się ciemno  i ponuro… Na szczęście do końca stycznia gram trasę koncertową. Co będzie potem? Nie wiem. Nie wiem również dlatego, że nie mam stałego źródła dochodu. W moim zawodzie albo koncerty są, albo ich nie ma. Wszystko zależy od rynku. Ale na szczęście Andrzej  nadal utrzymuje dom i ponosi koszty z nim związane.

Straciła Pani poczucie bezpieczeństwa?

Zdecydowanie. Straciłam także poczucie równowagi. Spadło też moje poczucie własnej wartości, ponieważ mąż ostatnio cały czas mnie krytykował.

Czy wcześniej Pani poczucie własnej wartości było wysokie? Pamiętam, że przyznała Pani kiedyś publicznie, że ma kompleksy. Każda z nas ma jakieś kompleksy.

Kobietom jednak łatwiej zamaskować swoje niedostatki. Ja na ogół wiedziałam, jak się dobrze ubrać i umalować, żeby lepiej wyglądać.

ZOBACZ TEŻ WYWIAD WIDEO. Maryla Rodowicz: Gdy mąż odszedł, wpadłam w histerię!>>

Ma Pani sobie coś do zarzucenia  jako żonie?

W moim przekonaniu dbałam o dom,  o to, żeby zawsze lodówka była pełna, całkiem nieźle gotowałam. Często, wracając po całym dniu pracy, robiłam zakupy, żeby w domu niczego nie brakowało. Po koncertach w innych miastach wracałam do domu nawet o czwartej nad ranem, żeby zjeść z mężem śniadanie. Kiedy wychodziliśmy dokądś razem, zwykle byłam nieźle ubrana.

Ma Pani do siebie o coś żal?

Bardzo mnie zabolało, kiedy mąż powiedział, że lata 90. to były  najgorsze lata w jego życiu. Kiedy mieszkaliśmy na Bemowie i kiedy dorastały dzieci Jasińskie, Kasia i Jasiek, moje dzieci z poprzedniego związku.  A czas w nowym domu w Konstancinie też był fatalny, bo rzekomo grałam gwiazdę. A ja nie wiem, co musiałabym robić, by grać gwiazdę.

Jakie relacje miał Pani mąż z Kasią  i Jaśkiem?

Czasami poprawne, ale nie było kolorowo. Mąż próbował ich wychowywać,  ja rzucałam się Rejtanem, bo wydawało mi się, że je krzywdzi, że jest niesprawiedliwy. Nikomu nie było łatwo – ani mężowi, ani mnie, ani dzieciom. W końcu, jak tylko mogły, wyprowadziły się  do Krakowa i tam studiowały.

Jak dzieci odebrały Pani rozstanie  z mężem?

Wiedziały, że potrzebuję wsparcia,  rozmów.

A jak odnosi się do tego Wasz wspólny syn, Jędrek?

Poprosił, by go w to nie mieszać. Bardzo cierpi. Bardzo go to dotyka.

Czy dzieci są teraz dla Pani oparciem?

Tak. Bardzo!

Jakie ma Pani dzisiaj relacje z córką?

Dobre. Po tym, jak uciekła z domu i ostatecznie zamieszkała w Krakowie, gdzie ojciec wynajął jej pokój, zdała maturę prawie na samych szóstkach. Zaczęła studia w Akademii Rolniczej, ale po trzech latach niestety okazało się, że cierpi na depresję. Uratował ją dwumiesięczny wyjazd w Góry Skaliste. Tam, w Kolorado, uczyła się, jak zaklinać konie. I to one tak naprawdę pomogły jej wyjść z depresji.

A jak Kasia teraz sobie radzi?

Ma chłopaka, który jest gitarzystą. Poza tym świetnie gotuje. Jeździ po stajniach, na przykład w Bieszczady, pod Warszawę, do Wrocławia czy Łodzi, prowadzi tam kursy i wykłady z psychologii koni. Ma swoich uczniów. Właśnie otworzyła własną stajnię pod Krakowem.

Jesteście zaprzyjaźnione?

Myślę, że tak, w końcu to moje dziecko. To może nie jest przyjaźń,  to jest kochanie...

Dzwonicie do siebie codziennie?

Jak tylko mogę, to do niej dzwonię, ale zawsze ja jestem tą, która pierwsza łapie za telefon. Ze wszystkimi dziećmi tak jest, to ja  do nich dzwonię.

Czy jako matka ma Pani z jakiegoś powodu  wyrzuty sumienia?

Co ja bym mogła zrobić inaczej? Jeżeli chodzi  o Kasię, w liceum była wielką fanką Teatru Buffo. Kochała się w Milowiczu, ponieważ tak naprawdę zawsze kochała Presleya. Jeździła codziennie do tego teatru. Zresztą ona teraz, w Krakowie, jest prawie codziennie w Teatrze STU u ojca. Potrafi obejrzeć „Hamleta” kilkadziesiąt razy. Kiedy proponuję jej wyjazd na zakupy do Londynu, ona jedzie tylko po to, żeby pójść tam do teatru szekspirowskiego Globe na przedstawienie, które trwa cztery czy pięć godzin. Sklepy jej nie interesują. Mówię: „Kasiu, kupimy jakieś superciuchy”. A ona mi na to: „Ale ja się podobam koniom w tym, w czym przychodzę  do stajni”. No i taka jest rozmowa.

Jesteście po prostu inne...

Zupełnie.

A starszy syn, Jasiek?

Jasiek nie ma żadnych wymagań, co jest tak denerwujące… Ostatnio, kiedy wyjeżdżałam do Stanów, chciałam, żeby wszystkie dzieci ze mną pojechały, ale powiedziały, że ich to nie interesuje. Tylko Jędrek pojechał. Starszemu synowi kupiliśmy parę swetrów w jego ulubionych kolorach ziemi, ponieważ sam ma kłopot  z wyborem. A uwielbia chodzić po górach  i ciągle marznie.

Czym się zajmuje w życiu?

Przez siedem lat studiował filozofię  w Krakowie, na Uniwersytecie Jagiellońskim. Czternaście lat chodził do szkoły  muzycznej. Dwa lata temu razem z kolegami otworzyli bar w Krakowie, który padł, niestety. No i to jest Jasiek właśnie. Minimalistyczny, jeżeli chodzi o życie. Pojechał ze mną ostatnio na mecz do Armenii, zgodził się łaskawie, bo jest wielkim fanem  piłki nożnej. No, to była superprzygoda!  W dodatku na lotnisku w Erywaniu poznały mnie kobiety z obsługi, a grałam tam koncerty w latach 80. Były wspólne zdjęcia, byłam dumna i blada.

ZOBACZ TEŻ: Doda w Opolu śpiewa "Niech Żyje Bal" Maryli Rodowicz. WOW!>>

Dzieci są z Pani dumne?

Myślę, że tak.

Mówią to Pani?

Kasia zna mój repertuar od podszewki! Wszystkie teksty, wszystkie utwory. Zresztą dzieci są moimi pierwszymi odbiorcami.

A Jędrek? Z nim Pani jest chyba najbliżej?

Jędrek? Ma dużą wiedzę muzyczną. I tak zwanego czuja muzycznego. Właściwie każde z moich dzieci pasjonuje się muzyką. Na Boże Narodzenie kupiłam im dobry sprzęt – adaptery, ponieważ do łask wróciły płyty winylowe. Jędrek pracuje z ojcem, rozwijają wspólnie firmę. Bardzo się wciągnął w nowy dla niego biznes nieruchomościowy.

Starsze dzieci mają dobry kontakt z ojcem?

Oczywiście. Jeżdżą do niego często na Mazury. No i wiedzą, że zawsze mogą na mnie liczyć. Dopóki żyję, każde z nich będę wspierać.

Rozpieszcza je Pani?

Staram się, ale to nie jest łatwe.

Nie dają się rozpieszczać?

Niestety nie… Ostatnio Jędrek pojechał ze mną na tournée do Stanów. To była dla mnie radość, że mogę mu sprawić przyjemność.

Ma Pani prawdziwych przyjaciół? Kogoś, kogo się Pani radzi, komu się Pani zwierza?

Mam, sąsiadów. To jest stałe, niewielkie grono. I ponieważ bardzo ich lubię, organizuję wspólne kolacyjki.

Pytam o przyjaciół dlatego, że jest o nich w życiu bardzo trudno, a w show-biznesie jeszcze trudniej. Są przy Pani  oddani przyjaciele, którzy trwają przy niej niezmiennie?

Myślę, że tak. To znaczy nie robię żadnych testów, żeby ich sprawdzać. Oni znają moją sytuację, znają też męża. Jeszcze z poprzedniego życia, kiedy bywali u nas w domu. Teraz bardzo mnie wspierają. Dzwonią, mówią, że w każdej chwili mogę do nich przyjść, gdybym potrzebowała porozmawiać czy się wyżalić. Jest kilka takich osób.

Obchodzi Pani w tym roku 50-lecie pracy na scenie. Gdyby  to sparafrazować słowami Pani piosenki: „Kiedy patrzę hen za siebie, w tamte lata, co minęły”…

„Co wyliczę, to wyliczę, ale (...) najbardziej mi żal”…

No właśnie, czego?

Rozpadu mojego małżeństwa. Uważam to za największą porażkę. Mam poczucie straty.

A gdyby mogła Pani cofnąć czas, zrobiłaby coś inaczej?

Uważam, że byłam dobrą żoną, a zostałam sama. Zostawił mnie mąż, który był ze mną 30 lat. I tego się nie spodziewałam. To było najgorsze, dostałam jak obuchem w głowę. W pierwszym momencie zaczęłam rozpaczać.

Próbowała Pani jakoś ratować  ten związek, walczyć o męża?

Decyzja o rozstaniu została podjęta  bez mojego udziału. Niestety.

A gdyby mąż powiedział, że chce  wrócić?

Za bardzo jestem dotknięta sposobem  jego odejścia.

Ma Pani energię 30-latki, wygląda na dużo młodszą, niż wskazuje metryka. Jak Pani to robi?

Fakt, energii mam dużo. A co do wyglądu – zawsze ważyłam kilka kilogramów  za dużo. Kiedyś mój mąż uważał nawet, że to ma wdzięk.

Skąd czerpie Pani siłę, żeby się nie  załamywać, tylko iść dalej?

Taką mam naturę. Najpierw wpadam  w czarną rozpacz, ale szybko się podnoszę. Uważam, że jeżeli znajdziemy się w sytuacji bez wyjścia, trzeba polubić swoje nowe życie. Stało się i się nie odstanie. Nie warto żyć przeszłością. Ważne jest tu i teraz. Ważny jest uśmiech i spokój. Trochę udaję chojraka, ale czasem mam chwile zwątpienia. Kiedy pod koniec maja zmarła moja mama, miałam koncerty plenerowe, zakontraktowane półtora roku wcześniej, i musiałam wyjść na scenę. Przykrywałam wtedy emocje nadmiarem energii – biegałam  po scenie jak szalona.

Kto Panią wspierał, kiedy mama odeszła?

Dzieci. Mama umarła 19 maja, w dzień swoich urodzin. Pamiętam, że Jędrek był wtedy ze mną. Trochę popłakaliśmy sobie. Przeczytaliśmy wtedy w internecie, że Kayah protestuje przeciwko cenzurze  i nie weźmie udziału w koncercie w Opolu. Chwilę później to samo zrobiła Kasia Nosowska, więc naradziliśmy się z synem – że jest  dobry powód, żeby się wycofać. I potem to lawinowo poszło, bo się kilkadziesiąt osób wycofało. W krótkim czasie, w ciągu paru godzin, było wiadomo, że Opole upadnie.

Było mi żal, bo nad moim koncertem pracował sztab ludzi. Aranżacje, skład, dobór gości, młodzi  artyści, którzy uczyli się moich piosenek…

Jak Pani myśli, na czym polega ten fenomen, że jako artystka trafia Pani do każdego?

Staram się dbać o wysoki poziom. Śpiewam też dobre teksty, napisane przez dobrych autorów. Z ostatniej płyty „Ach świecie” jestem dumna, również jeśli chodzi o jej stronę muzyczną. Mam bardzo  dobrych muzyków. Świetnie to brzmi. Do tego piękne, prawdziwe teksty. Cel był taki, by nagrać tę płytę dla siebie. Nie oglądać się  na to, czy te piosenki zechcą puszczać stacje radiowe. Pozwoliliśmy sobie na długie solówki instrumentalne. Wyszło pięknie.

Jaki jest Pani przepis na sukces? Przez tyle lat być na scenie  i wciąż być artystką pożądaną?

Przede wszystkim staram się bardzo starannie przygotowywać  do każdego koncertu. Polega to na tym, że muszę być na miejscu  co najmniej trzy godziny przed koncertem. Długo się rozśpiewuję. Jednym z najbardziej wymagających utworów jest na przykład „Małgośka” – tam są bardzo wysokie dźwięki. Ale nie tylko „Małgośka”. Więc się rozśpiewuję długo, długo, z gitarą, aż czuję, że jestem gotowa. Wtedy mogę wejść na scenę i „biorę” każdy dźwięk. Bardzo też dbam o stronę wizualną, to znaczy o kostiumy…

Kto Pani je wymyśla? Są bardzo oryginalne.

Oczywiście mam i krawcową, i stylistkę Anię Zeman – kapryśną,  ale bardzo zdolną. (śmiech)

Wciąż miewa Pani tremę przed  występem?

O tak, coraz większą. Mam wielką tremę w momencie wyjścia na scenę, ale po paru minutach wszystko mija.

Kiedy schodzi Pani ze sceny, ma  potrzebę, by do kogoś zadzwonić,  zapytać, jak poszło?

Zawsze dzwoniłam do mamy. Ona była bardzo krytyczna. Pod każdym względem. Któregoś razu na przykład, gdy udzielałam wywiadu w „Dzień Dobry TVN”, dostało mi się za bluzkę z rękawkami imitującymi tatuaże. „Nie możesz wyglądać jak taka panienka portowa!” Mówiłam: „Mamo, przecież to zabawa”. „Jaka zabawa! Powinnaś nosić rzeczy bardziej stonowane”. Mama była plastyczką, więc myślę jednak, że może moje szalone pomysły doceniała.

Brakuje mi też telefonów od męża, który dzwonił i pytał: gdzie jesteście? Wracałam z koncertów do domu  i często mąż na mnie czekał.

Był ktoś w Pani życiu, kto się nią zawsze zachwycał i w nią wierzył?

Największą moją fanką była babcia, która wycinała wszystkie  artykuły na mój temat oraz zdjęcia i wspólnie z mamą wklejały je  do albumów. Mam ich chyba siedem, oprawionych u introligatora.

Kto teraz będzie Pani tak kibicował?

Myślę, że nikt. No poza dziećmi.

Najmłodszy syn?

Kiedy pytam dzieci: „Oglądałyście?”, słyszę: „Mama, nie. Film oglądaliśmy”. Może to i dobrze, bo ja na przykład nie cierpię oglądania siebie na ekranie.

Boi się Pani samotności? Dzieci są dorosłe, męża już nie ma.…

Sama się nad tym zastanawiam.

Siedzę wieczorami i czytam,  i na razie mi to nie przeszkadza. A siedzę już półtora roku sama.  W maju miną dwa lata. Trochę boję się przyszłości.

Uważa się Pani za osobę rozrzutną?

Jeżeli chodzi o ubrania, to tak. Uwielbiam chodzić po sklepach.  Aczkolwiek przychodzi moment, że grzebanie w tych regałach,  aby znaleźć jakiś wystrzałowy ciuch, przestaje bawić.

Ale scena i występy na szczęście cały czas jeszcze Panią bawią?

O tak! Ciągle jestem głodna sukcesów i w ogóle mi nie przeszkadza, że śpiewam po raz tysięczny „Małgośkę”. Absolutnie. Dla mnie  patentem, żeby się nie znudzić, jest znalezienie w sobie takiej świeżości, by śpiewać tę piosenkę z taką samą energią jak 20 czy 30 lat temu. I to działa.

Pani wciąż się chce.

Muzyka mnie niesie. I moja publiczność. To, że mam bardzo dobrych muzyków, że gram na gitarze, że sama to wykonuję. Śpiewając „Niech żyje bal”, często się wzruszam. Kiedy rzeczywiście wczuję się w ten tekst, śpiewam emocjonalnie, to mnie samą zatyka. Po prostu zatyka… Do tego stopnia, że boję się, że się skompromituję, i zawsze sobie powtarzam: „Masz być profesjonalna na scenie. To publiczność ma się wzruszać, a nie ty”.

Pani Marylo, czego mogę Pani życzyć z okazji zbliżającego się Nowego Roku?

Żeby już nie było gorzej.

A jest aż tak źle?

Tyle się wydarzyło, że chyba nie może być gorzej.

Dopuszcza Pani myśl, żeby jeszcze kogoś poznać, z kimś  zamieszkać?

Nie, nie.

Kategorycznie nie?

Musiałby być przyjazny światu, życzliwy, z poczuciem humoru.  Musiałby być partnerem.

Czyli tak całkowicie nie zamyka się Pani na to?

Nie myślę o tym.

A może by już Pani wolała zajmować się wnukami?

No namawiam dzieci, ale one są takie… niechętne. Kasi powtarzam, że już najwyższy czas zaczynać „produkcję”. Kiedyś wspominała  o czterech synach. Jasiek z kolei mówi, że musi najpierw uporządkować swoje życie, żeby się w ogóle kimś zająć, ale i tak ma grono zakochanych w nim kobiet. Jędrka też namawiam. Mówię: „Synek, zrób sobie dziecko”. A on na to: „Wiesz co, może to jest dobry pomysł?”. Ale na tym się kończy.

 

Więcej wywiadów z gwiazdami znajdziecie w nowej "Gali"