Na rozmowy z reguły się nie zgadza. Telefonów nie odbiera. Nic dziwnego, w wywiadzie dla „Filmu” zapowiedział: „Szkoda mi życia na słodkie pierdzenie w świetle jupiterów, towarzyski brandzel. Mam apetyt na kino, ale bez pędu do sławy czy forsy. Wolę mieszkać kątem u znajomych i zapierdalać na rowerku, niż na dzień dobry zeszmacić się w »Tańcu z cipami«. Znam ten proces. Najpierw chodzi o mieszkanie, potem o samochód. To prawie nic nie kosztuje. Zatańczę, zaśpiewam, »zaszczycę obecnością«. Mijają dwa lata – codziennie idziesz do serialu, uprawiasz mielonkę aktorską. Nie rozwijasz się, nie inwestujesz w zawód, w końcu się przyzwyczajasz. Tyle wystarczy. Jest kasa, jest luz. A ja nie chcę luzu, chcę walki – o sens”. Mocno powiedziane, z młodzieńczym ogniem.

Nie interesują go „celebryckie dancingi” ani „slalom po kolorówkach”. Szanuję takie stanowisko. Ale prowadzimy negocjacje. I nagle wiadomość: zgodził się! Wymieniamy SMS-y, żeby ustalić szczegóły. Kościukiewicz stawia warunek: nie będzie sesji fotograficznej. Zgoda – są przecież kadry z filmów. Ale wkrótce zmiana: wywiadu nie będzie. Aktor udzieli go natomiast wysokonakładowemu kobiecemu miesięcznikowi, który obiecał zrobić mu piękną sesję! Wzruszająca przemiana: buntownik jednak wkracza na salony.

Miłość, gniew, honor

Jeszcze nie zdążył skończyć krakowskiej PWST, a już o nim głośno. Dwie główne role i od razu prestiżowe nagrody: Orzeł w kategorii odkrycie roku, Nagroda im. Zbyszka Cybulskiego za rolę w „Matce Teresie od kotów”, najlepsza rola męska na festiwalu filmowym w Karlovych Varach. Jeszcze student, a już obecny w aktorskim panteonie.

„To jego czas!” – donoszą media. Ale też zaraz opisują udział Kościukiewicza w fuksówce w krakowskiej szkole teatralnej zakończony wezwaniem policji i noclegiem w izbie wytrzeźwień. A koledzy z uczelni mówią, że ich lekceważy i woda sodowa uderzyła mu do głowy.

Anna Próchniak, Irmina w „Bez wstydu”, dziś studentka ostatniego roku łódzkiej filmówki, poznała Mateusza w krakowskiej szkole: „Słyszałam o nim różne rzeczy, dobre i złe, ale nasz kontakt zawsze był bardzo pozytywny. Lubiliśmy się i tak zostało. Znaliśmy się z korytarza, ale on już rzadko bywał w szkole”.

„To prawda, tak się o nim mówiło – potwierdza reżyser „Bez wstydu” Filip Marczewski. – Osobiście nigdy tej sodówki u niego nie dostrzegłem”. Kościukiewicz w mediach zaprzecza, jakoby woda sodowa uderzyła mu do głowy. Ale przyznaje, że zawsze miał problem z tym, żeby pomieścić w sobie własne emocje: „Robiłem przez to dużo głupich rzeczy”. O wydarzeniach podczas fuksówki mówi, iż to był performance. Jednocześnie zauważa: „Mam 99 proc. wrogów, a tylko 1 proc. przyjaciół”.

„Wiem z własnego doświadczenia, że nagrody są czasami bardziej niebezpieczne niż klęski – mówi reżyser „Matki Teresy od kotów” Paweł Sala. – Zarówno nagroda, jak i klęska powoduje rozchwianie emocjonalne człowieka. Tylko że z klęską człowiek się zmaga, natomiast nagroda przynosi rodzaj euforii. Nie jest to sodówka, ale zamęt emocjonalny. Żeby się przed tym obronić, trzeba nabrać do tego dystansu. Jednocześnie nagrody w naszym kraju wywołują rodzaj niezbyt sympatycznej zazdrości. I wtedy ci, którzy zazdroszczą, szukają dziury w całym, krytycznie patrzą na tego, kto się wyróżnił. Myślę, że Mateusz tego doświadczył. Posądzano go, że się upił, pobił studentów, powie-ano plotki. Powiedział mi, że to nieprawda. A upić się każdy ma prawo”.

Prawdę mówiąc, Kościukiewicz nie ma czasu na studiowanie. Pochłania go aktorstwo. W każdą z ról wchodzi głęboko, analizuje, drąży. Drażni go przyrównywanie do ikon kina. „Polski, k…, standard” – kwituje porównania.

Początki jego kariery nie są oszałamiające. Zaczyna w 2006 roku od epizodów w serialach „Kryminalni” i „Fala zbrodni”, pojawia się na planie „Nightwatching” Greenawaya, ale jego nazwiska nie ma nawet w napisach końcowych. W „Senności” jest bezimiennym wyrostkiem, w „Tataraku” chłopcem grającym w karty. Potem śmieje się, że na ekranie widać tylko jego plecy. Przełomem okazuje się dopiero rola maturzysty Janka we „Wszystko, co kocham” w reżyserii Jacka Borcucha.

„Zobaczyłem chłopaka. Potarganego, w jakichś wymiętych ciuchach. Wyszedł, uśmiechnął się. Zagrał swoją scenę, ale prawdę mówiąc, wziąłbym go w ciemno. Szukałem łobuza. A Mateusz jest łobuzem. Wrażliwym, inteligentnym. Dostał rolę, mimo że nie pojawił się później na finałowym castingu, gdzie czekała na niego filmowa partnerka. Potem tłumaczył się, że miał jakieś spotkanie z rektorem czy coś takiego. Nie bardzo mu wierzę” – wspominał Jacek Borcuch.

Paweł Sala już pierwszego dnia castingu zobaczył w młodym aktorze swojego bohatera. Nie mógł uwierzyć, że tak szybko go znalazł.

 

„Prawdę mówiąc, wskazali mi go Ewa Skibińska i Krzyś Mieszkowski, dyrektor Teatru Polskiego we Wrocławiu – wspomina. – Oboje pamiętali jego początki na Wydziale Lalkarskim wrocławskiej PWST, z którego po jakimś czasie przeniósł się tam na aktorstwo, by ostatecznie zmienić szkołę na krakowską PWST. Szła za nim plotka, że to postać trudna, bo go i wyrzucano ze studiów, i na nowo przyjmowano, ale że ma talent i że będzie z niego ktoś. Kiedy go poznałem, wydał mi się łagodny, chłopięcy. Bałem się, czy uda mi się z niego wycisnąć ciemną energię. Ale gdy go odwoziłem na dworzec, pochwalił się, że skończył kurs Lee Strasberga i pracował nad wydobywaniem z siebie skrajnych emocji. I już wiedziałem, że dobrze trafiłem”.

Po tych dwóch rolach Kościukiewicz staje się najbardziej rozchwytywanym aktorem młodego pokolenia. Pokazał, na co go stać. Wrażliwy buntownik potrafił przemienić się w neurotycznego zabójcę, współczesnego Raskolnikowa. Nowy Tomyśl, miasteczko, z którego pochodzi aktor, szczyci się teraz nim na równi z pewnym kardynałem i generałem. Dziewczyny lgną, a młody artysta sam robi wszystko, by go zauważyły. Na dyskotece tańczy na rękach, podrywa je na to, że jest aktorem filmów... pornogra ficznych.

Propozycje się mnożą, również teatralne. U Lupy z dnia na dzień dostaje zastępstwo w sztuce „Persona. Marilyn”, u Warlikowskiego gra w „Końcu”. Kompozytor Paweł Mykietyn, pisząc III symfonię, sięga po niepublikowane teksty Kościukiewicza – wiersze wysyłane w formie SMS-ów do dziewczyny.

Aktor szuka swojego miejsca. W sztuce, ale i w życiu. „Miłość, gniew, honor stają się takie wyblakłe – mówi po premierze „Wszystko, co kocham”. – Ich jakość spada. Może to jest miejsce na bunt dzisiejszy…”. A co niesie ze sobą największe zniewolenie? Jego zdaniem zabijanie indywidualizmu. A przede wszystkim szmal.

Młodość trwa krótko

Trzecia z kolei główna rola męska Mateusza Kościukiewicza w filmie „Bez wstydu” na tegorocznym festiwalu w Gdyni przeszła bez echa. Być może za sprawą kontrowersyjnego tematu, bo film opowiada o zakazanej miłości między rodzeństwem.

Na planie, pomiędzy scenami, Kościukiewicz separuje się od ekipy, siada z boku, milczy. Podczas gry dochodzi do sprzeczek z reżyserem, ale to normalne wśród ludzi, którym na czymś zależy. Na planie „Matki Teresy...” był niczym starszy brat dla nastoletniego partnera Filipa Garbacza, opiekował się grającą w filmie małą dziewczynką. W „Bez wstydu” pomagał Annie Próchniak, dla której rola Irminy była pierwszym profesjonalnym doświadczeniem. „Byłam zestresowana, trudno mi było odnaleźć się na planie. Mateusz powiedział, że kiedyś też był w takiej sytuacji i żebym się go trzymała. Kiedy później były nerwowe chwile, prosił o krótką przerwę i siadaliśmy na boku, aby odetchnąć, porozmawiać lub zwyczajnie pomilczeć. Bardzo mi pomógł, okazał się świetnym partnerem”
– wspomina aktorka.

Jaki jest?

Filip Marczewski: „Trudno go zde finiować. Na pewno jest niepokornym umysłem, który się szarpie i za każdym razem walczy, żeby to, co robi, było inne niż standard. Ale też potra fi szukać w sobie wyciszenia, delikatności. Umie się przełamywać, tak duże ma możliwości emocjonalne. Ostatnio bardzo się zmienił, spoważniał. Myślę, że teraz będzie grał innego typu role. I bardzo na nie czekam, bo na pewno po raz kolejny nas zaskoczy”.

Aktor Maciej Marczewski (w „Bez wstydu” gra Andrzeja, rywala odtwarzanego przez Kościukiewicza Tadka): „Jest całkowicie nieprzewidywalny. Jednego dnia miły, zabawny, opowiada dowcipy, a drugiego siedzi naburmuszony i się nie odzywa. Na tyle, ile go znam, myślę, że chce być zagadkowy dla ludzi, niedopowiedziany, nieokreślony. To celowe”.

Paweł Sala: „To aktor ambitny, który nie idzie do telenoweli, nie wchodzi w łatwe rzeczy. Wierzę, że będzie budował swoją pozycję aktorską i doskonalił się wśród najlepszych reżyserów”.

Sam Mateusz Kościukiewicz, choć minęły zaledwie dwa lata od jego buńczucznych wypowiedzi na temat celebryckiego lansu, mówi dziś innym głosem. Być może za sprawą małżeństwa ze znaną, o kilkanaście lat starszą reżyserką, być może to efekt zderzenia się z rzeczywistością. Aczkolwiek boję się, że nie takiej przemiany oczekują od niego widzowie.

W wywiadzie dla internetowej telewizji zapowiada, że trzema rolami wpisującymi się w nurt nowoczesnej romantyczności zamknął pewien etap w swoim aktorskim życiu. Nowy zapoczątkowuje rola w filmie Małgośki Szumowskiej „Nowhere”. Ale, co najbardziej zaskakujące, nie wyklucza gry w serialu. To zabawne, kiedy niedawny młody gniewny, potępiający w czambuł udział w „mielonce aktorskiej”, mówi: „Jak ktoś ma rodzinę, jest za nią odpowiedzialny, ma wiele zobowiązań – wiadomo, że musi jakoś zarabiać. Ja sam odczuwam w swoim budżecie, że granie w filmach to jest trochę za mało. Jak ktoś osiąga pewien poziom życia i przyzwyczaja się do pewnych rzeczy, to potem ciężko się z tego rezygnuje. (…) Jeśli kiedyś będę miał nóż na gardle, to pójdę i poproszę o rolę. Jak mi ją ktoś da, to będę szczęśliwy z tego powodu”.

Maksym Gorki napisał kiedyś, że młodość jest sumieniem życia. Szkoda, że czasami młodość trwa tak krótko.