GALA: Pierwszy w Polsce przeszczep twarzy to dobry temat na film...

MATEUSZ KOŚCIUKIEWICZ: „Twarz” nie jest ani filmem dokumentalny, ani thrillerem medycznym. Sprawa Grzegorza Galasińskiego, któremu w 2014 roku przeszczepiono twarz, była jedynie inspiracją do opowiedzenia o tożsamości Polaków – o naszych przywarach narodowych, kompleksach i marzeniach. Jego osobista historia jest zupełnie inna.

Co czułeś, grając człowieka z inną twarzą?

To było duże wyzwanie zarówno warsztatowe, techniczne, jak i psychologiczne. Twarz jest przecież dla aktora narzędziem pracy. Za charakteryzację odpowiedzialny był Waldemar Pokromski, mistrz w swoim fachu, artysta współpracujący z największymi twórcami światowego kina, między innymi z Martinem Scorsese czy Michaelem Haneke. Przyjeżdżaliśmy na plan dużo wcześniej niż reszta ekipy, by Waldemar mógł przygotować mnie do zdjęć. Trwało to zwykle 3-4 godziny, następnie zdjęcia i usuwanie charakteryzacji, często pracowałem przez 19-20 godzin. W pewnym momencie miałem wrażenie, że maska do mnie przyrosła.

TWARZ Małgorzaty Szumowskiej do kupienia z "Galą". Zobacz ZWIASTUN:

Oswoiłeś się ze swoim nowym  wizerunkiem?

Na co dzień wszyscy nosimy jakieś  maski. Odgrywamy różne role, do których się przystosowujemy lub nie. Tożsamość człowieka związana jest  z jego twarzą – to element naszego  ciała, dzięki któremu rozpoznają nas inni. Twarz oddaje emocje, stan ducha, chwilowe przeżycia. Ale też pokazuje, jak traktujemy samych siebie.  Z tym wiąże się kolejny temat, czyli  histeryczna obsesja na punkcie zachowania młodości.

Praca nad ciałem, charakteryzacją nie odbiera aktorowi artystycznej wolności?

Nie uważam, że aktorzy są artystami. Jeśli już, mają okazję nimi być. Na początku kariery towarzyszyło mi poczucie jakiejś wyjątkowości. Teraz uważam się za zwyczajnego rzemieślnika, czasami ocierającego się o sztukę.

Kiedy to zrozumiałeś? Masz dopiero 30 lat, a brzmisz bardzo dojrzale.

Nie wiek czyni człowieka dojrzałym, tylko suma doświadczeń, wyborów, których dokonuje, i ich konsekwencje. Mając dwadzieścia kilka lat, bazowałem w życiu na spontaniczności, naturalności.

Przyklejono Ci wtedy łatkę buntownika, łobuza. Dzisiaj od kilku lat żyjesz w szczęśliwym małżeństwie z reżyserką Małgorzatą  Szumowską, wychowujecie dwoje dzieci. Ustatkowałeś się i zmieniły Ci się priorytety?

To bardziej kwestia nasycenia. Tego, by czerpać z życia pełnymi garściami, żyć w pewnego rodzaju gorączce. Lubię wewnętrzny niepokój, poczucie, że ciągle coś mi nie pasuje i muszę poszukiwać nowych doświadczeń, by wypełnić nimi pustkę.

Kiedy zaczynałeś, okrzyknięto Cię objawieniem, zjawiskiem. A Ty  nie wybrałeś łatwego celebryckiego życia, seriali i wielkich pieniędzy. Od początku konsekwentnie podążasz swoją ścieżką. To Twój plan  na siebie?

Zanim zacząłem grać ciekawe role, które w ogóle ktoś zauważył, poniosłem mnóstwo porażek. Debiutowałem kilkanaście lat temu, w innej epoce, gdy nie było jeszcze Instagramu, Facebooka, telefonów z kamerami. Rozumieją to ludzie tacy jak ty czy ja, urodzeni pod koniec lat 80., których młodość przypada na czasy dzikiego kapitalizmu. My swoje nastoletnie lata spędziliśmy na przełomie wieków, gdy dobra współczesności, dzisiaj tak powszechne, były praktycznie niedostępne. Pamiętasz pewnie internet „na modem”...

Tak, kiedy wpisywało się do zeszytu czas spędzony w sieci.

A potem musieliśmy się z tego rozliczać z mamą. (śmiech) Szczytem marzeń nie był iPhone, tylko Nokia 3210. Gdy zaistniałem rolą w filmie Jacka Borcucha „Wszystko, co kocham”, struktura branży filmowej wyglądała inaczej niż teraz. Świat aktorów nie był jeszcze światem celebrytów, ci praktycznie nie istnieli. Aktorom płaciło się za granie, a nie za bywanie na ściankach albo marketing internetowy.  Rynek komercyjny ograniczał się do seriali, najczęściej jakichś oper mydlanych, które ciągnęły się przez wiele lat.

Ja też mogłem zagrać w telenoweli, ale wiedziałem, że nie wolno się spieszyć. Dużo ważniejsze były dla mnie dobre role raz na dwa-trzy lata.

A nie kusiły Cię wielkie pieniądze?

One nigdy nie stanowiły dla mnie wartości. Liczyło się zaangażowanie, bycie aktywnym intelektualnie i emocjonalnie. Wyznaczanie kolejnych granic do pokonania oraz odwaga, by wykraczać poza utarte schematy społeczne.

Jeśli już rozmawiamy o schematach społecznych, świetnie pokazuje je „Twarz”. Dla mnie to film przede wszystkim o Polsce B, jej  tęsknotach i marzeniach.

Po premierze pojawiły się głosy, że to film antypolski. Wydaje mi się, że jeśli krytykę pewnych naszych przywar, ułomności, lęków i stereotypów odczytujemy jako postawę antypolską, to jest z nami bardzo źle, bo brakuje nam dystansu. Skazujemy się na życie w przekonaniu, że jesteśmy kimś wyjątkowym. Tymczasem większość dziwactw przedstawiona w filmie ma potwierdzenie w rzeczywistości.

Moja ulubiona scena: rodzina  nuworyszy wynajmuje dla córki  karetę, którą ta przyjeżdża do kościoła, gdzie ma przyjąć pierwszą komunię. Albo promocja torebek w supermarkecie. Wystarczy wpisać na YouTube  „torebki z Lidla” lub „crocsy z Biedronki” i zobaczyć, jak ludzie tratują się,  by zdobyć kawałek plastiku.

My opowiadamy o tym świecie w naturalistyczny, czasami przejaskrawiony sposób, ale zachowując wobec bohaterów czułość i zrozumienie. Cieszy mnie uniwersalizm tego filmu, który zauważyli krytycy z różnych krajów podczas festiwalu w Berlinie. „Twarz” bazuje na wspólnym dla ogólnoeuropejskiej kultury liberalno-demokratycznym kryzysie wartości i braku zaufania do elit.

Małomiasteczkowy świat pokazany w „Twarzy”, jest Ci dobrze znany?

Oczywiście, spędziłem dzieciństwo  w Nowym Tomyślu. Mieszkaliśmy  z rodzicami i bratem w małym domku z ogródkiem na granicy miasteczka  i wsi. Wtedy dookoła były pola, biegałem w zbożu, łapałem z kolegami jaszczurki w kanale. Czasy pełnej wolności, dojrzewania, pierwszych porażek i sukcesów. Dziś ten świat już nie istnieje.

Z jakiej rodziny pochodzisz?

Bardzo zwyczajnej, ponoszącej konsekwencje przemian po 1989 roku. Mama była salową, ojciec stolarzem. Tak jak większość polskich rodzin moja również została narażona na degradację ekonomiczną i socjalną. Całe  nasze pokolenie ponosi konsekwencje tych przemian. Wszystkie problemy  społeczno-osobowościowe wynikają  z tego, że jesteśmy dziećmi naszych  rodziców. My oczywiście pozostawimy swoim dzieciom inne traumy, z którymi będą musiały się zmierzyć.

Film opowiada też o rozmaitych kompleksach, zarówno tych dotyczących statusu społecznego,  jak i fizyczności. Powiedziałeś  kiedyś, że zostałeś aktorem,  by wyleczyć się z kompleksów. Udało Ci się?

Ja po prostu chciałem wyrwać się  do innego świata, udowodnić innym, że mogę zrobić coś nieprzeciętnego. Nie sądzę, by aktorstwo pomagało leczyć kompleksy. Można raczej na nich bazować. Jeśli ktoś potrafi zmierzyć się ze swoimi ułomnościami, przestają one być problemem i stają się naturalnym elementem naszej osobowości. Każdy ma dobre i złe cechy. 

Uważasz, że dzięki aktorstwu udało Ci się przejść awans społeczny?

Myślę, że przeszedłem gigantyczny awans. Z rodziny z bardzo podstawowym wykształceniem wszedłem do kręgów inteligenckich. To jeden z moich największych życiowych sukcesów. Jestem przykładem na to, że pochodzenie nie determinuje tego, jak będzie wyglądało w przyszłości nasze życie. Marzeniem moich rodziców było to, bym skończył studia, czyli wszedł jeden szczebel wyżej niż oni. Nieważne, jaki kierunek, ważny był dyplom. Ja oczywiście miałem w głowie wszystko, tylko nie naukę. Ale dzięki instruktorce z nowotomyskiego ośrodka kultury, pani Renacie Śmiertelnej, uwierzyłem, że mogę zacząć grać.

Dostałeś się na studia we Wrocławiu, potem na krakowską PWST, jednak żadnej z tych szkół nie skończyłeś.

Bo od razu zacząłem pracować. Miejscem samokształcenia były dla mnie plany filmowe.

Żałujesz?

Nie.

Odnosicie z Małgosią sukcesy zawodowe, wychowujecie wspaniałe dzieci. Jak godzicie intensywną pracę z domową codziennością?

Praca jest dla nas bardzo ważna, chociaż dom to nie plan filmowy. Oczywiście dużo rozmawiamy o tym, co akurat robimy – o koncepcjach, pomysłach, zdobywaniu budżetów, ale to wszystko przeplata się ze zwyczajnością życia, którą z Małgosią lubimy.

Jak wygląda ta Wasza zwyczajność?

Wstajemy rano, robimy śniadanie.  Potem ja odwożę dzieci do przedszkola i szkoły. Wpadam do mojej ulubionej kawiarni Relaks przy Dąbrowskiego, wypijam kawę. Jeśli nie muszę jechać na plan, siadam do komputera i pracuję, zajmuję się też domem...

Robisz pranie, prasujesz?

Porządek bardzo mi pomaga. Nie jestem pedantem, ale dobrze się czuję, gdy wokół mnie panuje ład. Lubię też gotować dla całej rodziny. Absolutnie fascynuje mnie kuchnia autorstwa Yotama Ottolenghi i Samiego Tamimi, połączenie kuchni izraelskiej, która ma wspaniałe polskie korzenie, z palestyńską. Ich książki są już dostępne  w języku polskim.

Co zmieniło w Tobie ojcostwo?

Jest taka słynna metoda Lee Strasberga, która polega między innymi  na tym, że aktor musi przeżyć różne rzeczy, by potem wiarygodnie je zagrać. Myślę, że podobnie jest z rodzicielstwem.

Trudno opisać to doświadczenie, bo jest osobiste, ale teraz wiem, co miała na myśli mama, mówiąc:  „Jak będziesz miał swoje dzieci, zrozumiesz, o co mi chodziło”. Nie należę do ojców nadmiernie zwracających uwagę na dzieci. W naszym domu każdy, niezależnie od wieku, ma te same prawa. Może na kogoś nakrzyczeć,  obrazić się i kochać. Akurat pod jednym dachem spotkały się cztery silne charaktery, mocne osobowości, więc nikt nie odpuszcza.

Często się kłócicie?

No jasne, ale trzymamy się pewnych zasad. Znamy swoje wady, nie ukrywamy ich przed sobą, jednak umiemy się też z tego śmiać. Ja akurat najmniej.

Wesoły dom.

Wesoły, ale panuje w nim gorąca atmosfera.

Nie brakuje Ci czasu dla siebie?

Często pracuję w nocy, kiedy wszyscy już śpią, wtedy dookoła mnie panuje błoga cisza. W zeszłym roku, latem, Małgosia wyjechała z dziećmi na dłużej, a ja zostałem w Warszawie sam. Było duszno, gorąco, z okolicznych knajpek dobiegały głosy imprezowiczów. Siedziałem w domu i poczułem się samotny.

Zrozumiałem, że bez rodziny, bez obserwowania procesów dojrzewania i starzenia się, poziom rozczarowania, które z każdym rokiem coraz bardziej mnie dotyka,  byłby nie do zniesienia.

Ojcostwo dodało Ci męskości?

Raczej poczucia odpowiedzialności. Tego, że pewnych spraw nie można  odkładać na później.

Kiedyś mówiłeś, że masz 99 procent wrogów i 1 procent przyjaciół. To się zmieniło?

Szczeniackie slogany... Dzisiaj mamy wąską grupę bliskich przyjaciół,  których traktujemy z Małgosią jak rodzinę. Często są to ludzie kompletnie niezwiązani z branżą filmową.

Dojrzałeś też do tego, by udzielać wywiadów, pojawiasz się w telewizji. Nie budujesz już muru między sobą i światem?

To jest kwestia doświadczenia, absolutnie. Strach przed mediami, przed tym, że ktoś może mną manipulować, przedstawić mnie w złym świetle, wynikał raczej z nieopierzenia. Trzeba umieć wykorzystywać szanse, które dostajemy. Kiedyś występ w telewizji śniadaniowej wydawał mi się niepotrzebnym zwracaniem na siebie uwagi, dzisiaj wiem, że to świetne medium, by reklamować film.  A więc... nie artysta, ale zwykły rzemieślnik. (śmiech)