GALA: Gdzie byłeś, jak Cię nie było?

MICHAŁ BAJOR: Na takie pytanie odpowiadam: „Ale przecież wszędzie to są tylko celebryci”. „Chwilki” – jak nazywam artystów i ich menedżerów, którzy myślą i żyją tylko dniem dzisiejszym. Nawet politycy mają dłuższy żywot, bo skaczą z partii do partii.

Śpiewasz piosenkę poetycką, która zawsze ma mniej fanów niż pop.

Moją twórczość nazywam popem literackim. Od lat mam po 250 koncertów przy okazji wydania każdej płyty. Większość z 15 tytułów rozeszła się w nakładzie od 25 do 50 tys. egzemplarzy, mam cztery złote i dwie platynowe płyty. Występuję w Teatrze Wielkim w Poznaniu i Łodzi, w Operze Bydgoskiej, w filharmoniach, w teatrach dramatycznych, takich jak im. Słowackiego w Krakowie, w domach kultury, czasem w kameralnych salach. Śpiewam w różnych miejscach na świecie. Kiedy występowałem z amerykańską orkiestrą w chicagowskiej filharmonii na 900 miejsc, czterysta samochodów Polonusów zablokowało pobliską autostradę. To było coś fantastycznego. Więc jak to nazwać niszą?

Widać nie dbasz o swoje interesy, skoro media o tym nie wiedziały.

Bardzo możliwe, że powinienem był tu czy tam zadzwonić, zaprosić, zorganizować. Może zabałaganiłem? Bo któż wie, że zagrałem w filmie nominowanym do Oscara u boku Klausa Marii Brandauera? Też o tym rzadko wspominałem. A przyznaję, że dzisiejsze czasy skłaniają do mówienia o sobie w nieskończoność.

Premiera filmu „Hanussen” była 21 lat temu. Już wtedy popełniałeś błędy.

Już wtedy. Ale mam argumenty na swoją obronę. Wskaż kogoś, kto zaczynając w wieku 16–17 lat, do dziś działa na podobną skalę? Więc gdy słyszę pytanie: „Gdzie byłeś, jak cię nie było”, zgadzam się, że mało mnie w mediach. Ale działam z podwójną siłą, bo doszły kolejne pokolenia. Moja publiczność ma od 7 do 75 lat. W tym dużo myślącej młodzieży.

Chwila wspomnień. W wieku kilku lat zadebiutowałeś jako Wilk w „Czerwonym Kapturku”. Potem był debiut muzyczny, tak wczesny, że pozazdrościć.

Dziś to naturalne, że młodzi wcześnie zaczynają, ale te trzydzieści parę lat temu trzeba było być 16-latkiem, aby móc występować na festiwalu opolskim. Ja miałem 13. Kiedy wystartowałem w eliminacjach, byłem jeszcze przed mutacją. Tak rozbawiłem jury, zmyślając tekst po francusku – a nie znałem tego języka – że doszedłem do ostatniego szczebla eliminacji. Ale musiałem swoje odczekać. Już jako 16-latek otwierałem festiwal sopocki, na którym Maryla Rodowicz dostała Grand Prix za „Małgośkę”, zapowiadał mnie Lucjan Kydryński, a w pierwszym rzędzie siedziała Irena Dziedzic.

Potem był debiut filmowy w równie doborowym towarzystwie

Agnieszka Holland debiutowała samodzielnym filmem TV – ekranizacją opowiadania Iwaszkiewicza „Wieczór u Abdona”. Wystąpiłem w jednej z głównych ról, kochanka kobiety dojrzałej. Grała ją Beata Tyszkiewicz. Byłem w drugiej licealnej i oboje nie chcieliśmy się rozebrać do rosołu. Beata powiedziała: „Ani się waż rozebrać, bo dostaniesz dwóję z zachowania”. Jak to powiedziałem reżyserce, pękała ze śmiechu. Potem poleciła produkcji kupić butelkę klubowej, dała nam po kielichu i… zagraliśmy. Nie byliśmy całkowicie na golasa, tylko częściowo. Miałem w końcu niecałe 17 lat.

Ważna była ta pierwsza praca?

Ważna, bo wszystko na planie było pierwsze. Największe wrażenie, już świadome, zrobiła na mnie współpraca z Edwardem Żebrowskim. Zasypiałem z myślą: „żeby już było rano”, tak czekałem na kolejne spotkanie z nim.

Patrzę z zazdrością na miliony piegów, które sprawiają, że jesteś opalony, i na miodowy kolor blond włosów.

Całkowicie naturalny. Kiedyś byłem rudzielcem całą gębą, po dziadkach. Piegów zawsze się strasznie wstydziłem, a rudych włosów jeszcze bardziej. Babcia pocieszała: „Piegi kiedyś zbledną, znikną, a włosy wcale nie są rude, ale złote”. Chciałem, żeby piegi znikły od razu. Babcia kazała mi nazrywać mleczu i posmarować je. Ale jakoś bałem się eksperymentowania. Ciągle ze mnie młodzieniaszek – szczupły, ruchliwy. Mam 52 lata, ale nie czuję się i nie wyglądam na tyle. Przesadnie o siebie nie dbam, ale też się nie zaniedbuję. Długowieczność też mam w genach. Mój tata Ryszard, aktor lalkarz, ma okrągłą twarz i 84 lata, na które absolutnie nie wygląda. Mój brat Piotr, aktor Teatru Współczesnego, młodszy ode mnie o trzy lata, ma łysinę czołową. Wszyscy faceci w rodzinie są prawie łysi. Nie wiem, czemu akurat mnie się udało. Pewnie po mamie, też w świetnej formie. Jest młodsza od taty o 12 lat.

Mnóstwo podróżujesz. Gdzie właściwie jest Twoje miejsce na ziemi?

Mam dom pod Warszawą i kawalerkę w centrum, by przenocować, gdy mi się nie chce jechać pod Komorów. Mam też piękny dom w Bieszczadach, który niestety wystawiłem na sprzedaż, bo jest za daleko. To moje małe stabilizacje. Mówi się, że mężczyzna powinien zbudować dom, zasadzić drzewo – to akurat się udało – i…

… spłodzić syna – trzeci punkt niezrealizowany.

Ale mam za to pięcioro chrześniaków. Trzech chłopaków: Pawła Stalińskiego, Julka Turosieńskiego i Wojtka Frycza. I dwie dziewczyny: Justynę – dorosłą siostrzenicę mamy, a także najmłodszą, ukochaną Bogunię – córkę mojego brata Piotra i jego żony Ewy Domańskiej, też aktorki.

Ile tych drzew zasadziłeś?

 

Trzy. Mało, prawda? Ale jest trochę samosiejek i piękny ogród, bo resztę drzew posadził ogrodnik. A brak dzieci? To cena za model życia, jaki sobie wymyśliłem. Ale czy jest gwarancja, że dzieci będą przy tobie, kiedy zachorujesz, zestarzejesz się, kiedy będziesz odchodził z tego świata? A człowiek często niełatwo odchodzi. Nie ma reguł. Niemniej, zgodne z naturą jest posiadanie dzieci. To oczywistość. I szczęście dla nas, że one są.

Słyszę w Twoim głosie żal...

Żal jest, zawsze był, tylko w pewnym momencie powiedziałem sobie, że dziecko to nie zabawka. Za powołaniem do życia stoi odpowiedzialność. Mogę o tym mówić, nie lubię tylko, jak się mnie klepie po ramieniu. Catherine Deneuve powiedziała: „Popularność – tak, spoufalanie – nie”. Co jadłem na śniadanie, z kim spałem – to moja prywatna sprawa.

To... z kim spałeś?

Z nikim, żeby było śmieszniej. Ten temat spuentujemy jednym zdaniem: „Czas szaleństw był, ale się skończył”. Tak mniej więcej od 20. do 32. roku życia byłem jak motyl, co to z kwiatka na kwiatek, co się da. Potem nie wiem dlaczego… wychłodziłem się. Życie emocjonalne przeniosło się na piosenki. Jestem, jaki jestem i dawno już pogodziłem się ze swoimi słabościami. Zresztą uważam, że w moim wieku krępujące jest mówienie o prywatności czy intymności. Jestem sam, jestem samotnikiem i to lubię. Od lat mieszkam otoczony drzewami, przyjaciółmi, którzy wpadają z dziećmi, czy sąsiadami bez dzieci. Mam dom, mieszkanie i dobry samochód, ale jestem utracjuszem. I tak cud, że coś mam. Kiedyś chciałem zamieszkać w hotelu. Rodzina protestowała: „Nie ma mowy, skoro nie masz kogoś, chociaż miej coś”. Dom urządziłem nowocześnie, funkcjonalnie, bo prostota to wygoda.

Na czym polega utracjuszostwo?

Pieniądze się mnie nie trzymają. Nie składam ich, tylko wydaję. Na przyjaciół, rodzinę, podróże i głupoty. Inwestować nie umiem. Żyję dniem dzisiejszym. Bo nie wiem, czy będę jutro...

Ty, okaz zdrowia, czego się boisz?

Że nie będę miał kogoś takiego, kogo mają moi bliscy – w postaci mnie.

Z jakimi uczuciami ruszasz w trasę?

Że czekają na mnie. Nie ma nic fantastyczniejszego niż brawa. Pieniądze są tylko konsekwencją sukcesu. A brawa to coś, czego się nie da wymusić.

Brawa trwają minuty, kwadranse... Co pomiędzy?

Podróże, przyjaźnie, rodzina, wywiady, nagrania, maile, fanki i fani. Moje pasje to samochód, świat i scena. W minione wakacje dwa razy byłem we Włoszech – z rodziną brata, a potem z przyjaciółmi. Bo kocham Włochy. Marzę o nowych podróżach, nowych znajomościach, nagraniach, filmach.

To plany. Marzenia to coś bardziej nieosiągalnego.

Marzę, by być pięknym brunetem, i by być na wszystkich okładkach. Ale czy to takie ważne? I ile to potrwa? Parę okładek i przyjdzie nowy brunet. A Bajor jest jeden, rozpoznawalny w każdym miejscu. Lubiany czy nie, ale nie letni. Nawet jeśli ktoś nie wie, czy słyszał mnie w Sopocie, widział w roli Nerona czy może w filmie „To nie tak jak myślisz, kotku”, mimo to jestem jego znajomym. Popatrz, ilu ja mam znajomych…