Żyjesz między Nowym Jorkiem  a Warszawą. Przyszła pora na rozdział warszawski?

Skąd, to tylko przystanek w podróży. On się czasami wydłuża, bo mam mnóstwo niepozałatwianych rzeczy po obu stronach oceanu. Jestem podróżnikiem, życie traktuję jak podróż. Tu jest duża część mojego plecaka,  ale jego przód jest po tamtej stronie.

W Nowym Jorku życie toczy się 24 godziny  na dobę. W Warszawie trochę zwalniasz?

Zdecydowanie. Tu mam większą szansę na porządkowanie spraw rodzinno-zdrowotnych. Ale jak się zwolni, to człowiek potrafi się zasiedzieć. A nie można sobie popuścić. Najfajniejszy jest zawsze  powrót do NY i wylot z NY.

Tam jest Twój dom? Nie tu?

Tam jest mój dom. A tu są wspomnienia, które razem z Andrzejem Makowieckim opisaliśmy w „Ja, Urbanator”. Polska jest dla mnie jak kolorowy sen, bo człowiek, jak mógł, tak ubarwiał czasy PRL-u. Kłamstwo było sposobem na życie, wszelkie sprawy załatwiało się pod stołem. To przyzwyczajenie u wielu pozostało do dziś. Podobnie jak biurokracja, która jest teraz większa i bardziej kosztowna niż za PRL-u. Dużo się zmieniło, jednak zmiany, zwłaszcza w ludziach, idą powoli. Młodzież jest fajna. Ale co z tego, skoro większość jest już w Londynie? Jestem jednak optymistą i doceniam wolność – kiedyś była niemożliwa, trzeba było ją załatwiać albo kupować.

W Londynie mieszka Twój filmowy wnuk  z „Mojego roweru”. Ciebie reżyser Piotr Trzaskalski wyłuskał w łódzkiej Manufakturze. Miał przeczucie, że będziesz znakomicie pasował do jego filmu. Nie pomylił się!

Z Piotrem porozumieliśmy się natychmiast. To wspaniały, mądry człowiek. Kiedy zaproponował mi rolę, szczerze powiedziałem, że nie mam doświadczenia, ale film jest mi nieobcy, bo nie licząc Polski, w Stanach zrobiłem 25 soundtracków do filmów. Za muzykę zdobywałem nagrody, miałem żonę aktorkę, a do tego kocham Nicholsona i paru innych kolegów. Jedynym problemem były dla mnie dialogi. Ale na planie wszyscy we mnie wierzyli, co mi dodawało skrzydeł. Razem z moją Dośką nagrywaliśmy sceny na iPhone’a i iPada, słuchałem ich w nocy i tak się uczyłem. Na początku przerażał mnie Artur Żmijewski. Zachowywał się tak, jakby miał na sobie pancerz. „Cholera – mówię – on taki profesjonalista, taki fantastyczny aktor. A co ja tu robię?!”. Poza tym miałem wielką tremę przed postacią, którą grał, czyli moim filmowym synem.

Zmroził Cię?

Dobre określenie. Czułem przed nim respekt, jakby naprawdę był moim synem, a ja byłbym na kacu w domu i syn by mnie opieprzał, że piłem, więc teraz cierpię i muszę zażywać lekarstwa. A tu Artur pięknie powiedział: „Ty wszystko wiesz, wszystko znasz. Odpowiadaj tylko na pytania”. Podaliśmy sobie grabę. Bardzo mi tym pomógł. Po trzech dniach porozmawialiśmy w trójkę, cała filmowa rodzina: syn, ojciec i dziadek, i poczuliśmy się nią naprawdę.  A potem cała ekipa, ponad 40 osób, stała się jedną wielką rodziną. Piękna, choć wyczerpująca przygoda. Teraz poczułem się trochę zmęczony. Złożyło się na to kilkadziesiąt lat niedosypiania, podróży...

…i ostrego życia.

...i ostrego życia. Podratowało mnie to, że kilkadziesiąt lat grałem w tenisa.

Podziwiam Cię, że z Twoją, nie wymawiając Ci, tuszą, potrafiłeś stanąć na korcie.

To robi miłość! Prawdziwe zakochanie. W parę miesięcy schudłem 30 kg!

Dla Liliany, Twojej drugiej żony.

Ale też dla siebie, muzyki, tenisa oraz nowego, sprawnego życia. Kiedy byłem z Ulą, Wojtek Fibak, początkujący tenisista, ale już z sukcesami, pomieszkiwał u nas w NY. Rano Ula robiła śniadanie, a my z Wojtkiem w sypialni odbijaliśmy piłeczkę o ściankę. Woziłem go na wszystkie turnieje i wiele się nauczyłem. Tenis stał się moją pasją. Potrafiłem wstawać o szóstej rano,  jechać za miasto i ćwiczyć nowy serw albo uderzenie. Teraz muszę podreperować zdrowie. Parę lat temu miałem straszną nadwagę – ważyłem 130 kg, teraz około 110. Jeszcze z 10–20 kg muszę zrzucić. Zaprzestałem gry,  bo pojawiło się dużo koncertów, a więc  i dużo podróży, niedospań. Życie poświęciłem muzyce ze wszystkimi obciążeniami, ups and downs, jak mówię: wzwody i upadki.

No i zapracowałeś, nie tylko podróżami i pracą, ale też alkoholem, na zawał w wieku 29 lat.

To w moim życiu cezura: na 17 lat odstawiłem alkohol. Zamieniłem jeden „-holizm” na drugi: pracę. Mam ADHD do kwadratu, szaloną wyobraźnię, pęd do przyszłości, jak to Wodnik. Nie mogę tego opanować. Muzyka, tenis i akcja to wystarczające i piękne nałogi!

A alkohol?

Mogę nie pić miesiącami, ale zdarza się.

Kochasz życie na krawędzi. Emocjonalnej i fizycznej.

Tak jestem skonstruowany. Muzyka  i pęd, pęd, pęd. Jako 9-latek rysowałem z kolegą projekt pociągu, który pomiędzy Łodzią a Warszawą jeździłby za darmo. Lokomotywa by rozpędzała pociąg na koło zamachowe. Takie rzeczy do dzisiaj chodzą mi po głowie. Niestety, często się przez to nie wysypiam. Jest noc, a ja podglądam komputer, sprawdzam pocztę, notuję pomysły muzyczne. Patrzę na zegarek: czwarta. Dotąd nie dbałem o siebie. Nadszedł czas, by to zmienić. Dla muzyki chcę być silny  i zdrowy. Dlatego przez ostatnie parę miesięcy spotkałem więcej lekarzy niż przez całe moje życie. Miałem różne operacje: ręki, łokcia, biodra...

Serca?

 

Nie, tylko koronografię. Czeka mnie jeszcze parę rzeczy, niezbędnych, by kupić czas. Długo byłem 19-latkiem. Jak się zaczęły problemy, poczułem, że mam 21 lat. Chcę ten wiek przystemplować i znów fruwać po korcie. Przyjaciel mi powiedział: „Jesteś takim gadżeciarzem, a nie masz jeszcze rozrusznika serca?!”. I to się kroi od lat z powodu arytmii i bloku.

Pamiętasz, co Oscar Wilde mówił o starości? Że największym problemem jest nie to, że jesteśmy starzy, tylko to, że wciąż nam się wydaje, że jesteśmy młodzi…

Mnie się nie wydaje. Ja wiem, że jestem młody. Inaczej nie dałbym sobie rady  z tymi wszystkimi „-holizmami”. Po filmie musiałem pójść do psychologa, żeby się pozbyć postaci Włodka. Bo tak mocno wczułem się w tę rolę. Była np. scena, w której pojawiły się u mnie łzy. Potem było siedem dubli, a ja za każdym razem miałem łzy w oczach. I nic nie udawałem. Młody aktor Krzysio Chodorowski pyta: „Jak ty to robisz, że za każdym razem płaczesz?”. A po ostatnim klapsie wszyscy rzuciliśmy się sobie na szyję i zaczęliśmy beczeć. A Krzyś najwięcej. Jak jesteś wrażliwy, to płaczesz. Jeszcze teraz się wzruszam, kiedy pomyślę o niektórych scenach.

Na ile postać Włodka przypomina Ciebie?

Tam jest wiele ze mnie. Włodek mógł być moim kumplem, i to bliskim. Bardzo go poczułem. Z nim jest jak z alkoholem: jak pijesz, nie zauważasz, kiedy jest za dużo. Tak samo nie zauważyłem, w którym momencie stałem się Włodkiem. Gdy skończyły się zdjęcia, miałem smutne noce i smutne myśli. Mówiłem: „Ej, Misiu, gdzie ty jesteś?”, i poszedłem do psychologa. Miałem parę spotkań. Pani mi wytłumaczyła: „Masz wystarczająco dużo swoich spraw i własną osobowość, Michałku, żeby jeszcze zajmować się Włodkiem!”. I daliśmy radę. Ale jak łapię kryzys albo coś mnie zaboli, przypomina mi się Włodek. Jest w nim taka sama ekstrawagancja jak we mnie, którą ludzie albo kochają, albo ich denerwuje. A dla mnie jest zbawienna.

Włodka i Ciebie łączy też stosunek do kobiet. Twój bohater jest tak pochłonięty alkoholem i sobą, że żonę zauważa dopiero, gdy ta od niego odchodzi. A potem za nią goni, jak Ty goniłeś za swoimi żonami.

Kobieta przede wszystkim kojarzy mi się z moją mamą Irenką, która jest i była dla mnie najważniejsza! Dla niej robiłem i robię wszystko, włącznie z muzyką. Codzienność muzyka nie sprzyja budowaniu rodziny. Życie z kimś, kto podróżuje i gra na całym świecie, może być dla kobiety piękne, ale przez parę lat. Potem ona chce uwić gniazdko, a tu nie ma gdzie, bo jest następny hotel. Albo jest sama, bo facet ciągle w podróży. A ja się przyzwyczaiłem do życia we dwoje i źle znosiłem samotne wyjazdy. Zaczynały się konflikty i związki po jakimś czasie trzeba było przeanalizować.

A jednak z Ulą Dudziak uwiliście gniazdko na wiele lat.

Już jako 15-latek wiedziałem, że jeśli będę miał kobietę, to na stałe. Albo superśpiewaczkę, albo menedżerkę! Dążyłem do tego, bo mam charakter monogamiczny...

To prawda, w miłości jesteś długodystansowcem – prawie 20 lat z Ulą, po 6–7 z Lilianą i Barbarą i teraz 12 z Dorotą Palmowską. Wreszcie constans?

Jak mówił Włodek, docieramy się. Generalnie kobieta po jakimś czasie wymaga więcej. Myślałem nieraz: „Ach, żeby tak mieć domek za miastem. I korty, basen...”. Ileż ja domów nakupowałem w życiu, ile zaliczek poszło w dym! Guzik. Ale kiedy odwiedzam przyjaciół w Ciechocinku, zazdroszczę im.

W filmie dochodzi do oczyszczającego dialogu pokoleń. Mężczyźni głośno mówią o żalach i wzajemnych pretensjach. Do-szło kiedyś do takiej rozmowy między Tobą a córkami?

Doszło, i to po dłuższej przerwie. Nie zdawałem sobie sprawy, jak kiedyś byliśmy ze sobą blisko i jak się bardzo oddaliliśmy przez ten moment destabilizacji rodzinnej. I pojawiły się między nami animozje, podobnie jak w filmie. Okazało się, że moich ukochanych dzieci – które pielęgnowałem, o które dbałem – po naszym z Ulą rozstaniu nikt właściwie nie wychowywał, że czuły się samotne. Ze starszą córką Kasią tak naprawdę zbliżyliśmy się dopiero na pokazie „Mojego roweru”  w Kazimierzu Dolnym. Siedzieliśmy, trzymając się za ręce i płacząc. Tak się zbeczeliśmy, tak się całowaliśmy i tak się kochamy od tej pory, że nawet  teraz, jak o tym mówię, mam łzy  w oczach. Mam w Kasi największego przyjaciela. A przedtem stale czułem dystans. Ja: „Spotkajmy się”, Kasia: „Nie mam czasu”. „Kiedy przyjedziesz?”. „Przyjadę albo nie przyjadę”. Wszystko było na nie. Mika też miała problem, ale nie chcę za nią mówić...

Czytałam wywiad, którego udzieliła kilka lat temu. Była oburzona, że zostawiłeś jej matkę dla młodej aktorki.

Nie ma tu sądu ani prokuratury, ale to nie jest prawda. Poczułem się strasznie olany po 18–19 latach absolutnej lojalności i oddania się rodzinie. Kupiliśmy wcześniej dom w Szwecji, żeby jeździć na wakacje, a tu Ula mówi: „Chcę od ciebie odpocząć”. Myślałem, że ma kogoś. Nowa kobieta w moim życiu pojawiła się przez przypadek. Nikogo nie szukałem. A że dałem się ponieść uczuciu? Za dużo w naszym szkolnym plecaku kultury,  historii, dziewictwa, jak mówię, narodowego, a za mało sztuki życia. Polacy w ogóle ze sztuką życia mają problem. W Stanach są takie przedmioty. Gdyby ktoś mi powiedział, że kobieta około czterdziestki przeżywa kryzys i potrzebuje trochę luzu, zrozumiałbym. Dzisiaj wiedziałbym, co robić.

 

Jest w Twojej książce piękna scena, gdy zawozisz do szpitala swoją trzecią żonę Basię, która spodziewa się Waszego dziecka. Niestety, ciąża kończy się poronieniem, a Ciebie na duchu podtrzymują Ula i córki.

Tamta moja rodzina: Ula i dzieci, była jest i będzie, nawet gdybyśmy się wieki nie widzieli. Dziwię się, kiedy słyszę,  że dawni małżonkowie się awanturują albo o sobie zapominają. Ale to dla mnie trudny temat... Kiedy przeczytałem scenariusz „Mojego roweru”, pierwsze,  co mnie uderzyło, to to, że od Włodka odeszła Basia...

Twoja Basia odeszła w taki sam sposób? Zostawiając pożegnalny list i kotlety w lodówce?

Podobnie. Tak naprawdę żaden z moich związków nie musiał się skończyć. Ale ja jestem Janko ryzykant. Jak był kon flikt z Lilianą, mieliśmy razem lecieć do NY. Ona wyleciała, a ja tydzień przesiedziałem w Warszawie, zastanawiając się: „Odejdzie czy nie?”. Po co tak ryzykować?! A potem myślałem, że sobie w łeb strzelę. Jest we mnie dziwna dwoistość. Ale ze wszystkimi moimi partnerkami jesteśmy dzisiaj w dobrych relacjach.

„Mój rower” jest reklamowany jako „nietypowy przewodnik po męskim świecie”. Jaki on dzisiaj jest, ten męski świat?

Wszyscy jesteśmy produktem naszych czasów. Tacy wrażliwi mężczyźni jak muzyk Włodek czy ja koncentrują się na sobie, ale też pragną zrobić coś dobrego dla innych. W Ameryce nawet istnieje teoria, że nice guys, a za takiego się uważam, są egoistami i źle kończą. Nie chcę się nawet nad tym zastanawiać. Kocham ludzi, towarzystwo i zrobiłbym wszystko, by było im dobrze.

Jesteś płaczliwym Michasiem czy już dojrzałym Michałem?

Chyba i tym, i tym. To już się raczej nie zmieni. Tak jak kiedyś musiałem mieć zabawkę, tak dzisiaj kupuję komputery i telefony. Przy sobie mam trzy.

Dalej działasz jak tajfun, który żeby zbudować, musi najpierw zburzyć? Tak powiedziała o Tobie kiedyś Twoja córka Mika.

Bo kiedy jest bałagan w życiu, najlepiej wszystko spalić i zacząć od nowa. A łatwo jest nabałaganić – nagromadzić adresów e-mailowych, kupić kolejny dom, itd., tylko potem trudno to uporządkować. Oczywiście wszystko wiem: powinienem mieć jeden komputer, jeden samochód, jeden dom i jedną kobietę. A to wszystko jest takie trudne...

Najciekawszy rozdział w Twoim życiu?

Zdobywanie NY – niepowtarzalne, precedensowe. Kasia, która teraz przyjeżdża częściej i na dłużej do Polski, powiedziała: „Dopiero teraz, jak przeczytałam Twoją książkę, zrozumiałam, co zrobiłeś. Też bym tak chciała. Jak tyś to zrobił?!”. Ja sam, gdy teraz pomyślę o swojej amerykańskiej drodze, nie mogę w to uwierzyć. Wtedy nie zdawałem sobie z tego sprawy. Po prostu byłem konsekwentny, twardy. Od 15. roku życia w mieszczańskiej Łodzi, gdzie ulica Piotrkowska była moją Piątą Aleją, jak kretyn mówiłem sobie: „A ja jestem New Yorker, będę w Nowym Jorku i będę grał z najlepszymi. I dowiem się prawdy o tej czarnej muzyce, w której się zakochałem”. Chciałbym, żeby dzisiaj tak było – żebym znów zaczął szerzej działać...

Przecież Ty nigdy nie odpoczywasz.

Pracuję teraz nad życiowym międzynarodowym (Londyn – Paryż – Berlin – NY) projektem „Songs from Nowland”. Znajdą się tam polskie piosenki z angielskimi tekstami w nowych aranżacjach, m.in. dwie piosenki Niemena, w tym „Pod Papugami”, być może w wykonaniu Bensona, piosenki Krajewskiego i trochę moich melodii.

Dlaczego nie „Songs from Poland”?

„Nowland” to efekt mojej pomyłki, ale tak zostanie. Bo kogo zainteresują piosenki z Polski?! Ale „znikąd” – to co innego! 

A więc nie zostaniesz aktorem?

Jeżeli to, co zrobiłem w filmie, jest aktorstwem, to jestem aktorem cały czas. Byłem, będę i zostanę.