GALA: Czym się różni jazzman od normalnego człowieka?

MICHAŁ URBANIAK: OK. Widzę, że lecimy ostro. A kto to jest tzw. normalny człowiek? Moim zdaniem to ktoś, kto ma sukces, chodzi elegancko ubrany, zawsze jest na czas. Ma coraz lepsze samochody i kupuje sobie coraz lepsze domy. Ma dzieci i regularnie dostaje podwyżkę. I kiedy dobija do emerytury, staje zagubiony. Nagle zdaje sobie sprawę, że nie wie, kim jest. Całe życie był normalny – czyli był taki, jak inni chcieli, żeby był. Jazzman nie jest takim człowiekiem. Jest szalony albo kopnięty, albo nieobecny… Nie jest taki, jak inni – tzw. normalni. Jazzman jest człowiekiem wolnym. Niestety, czasami zbyt wolnym. Spójrzmy na przykład na Milesa Davisa.

GALA: Nie wiem, czy ktoś biorący narkotyki jest taki wolny...

MICHAŁ URBANIAK: Bo wolność ma zawsze dwa końce. W wolności można zatoczyć koło. Przelecieć się o 360 stopni. I dlatego największym problemem wolności jest spotkanie z samym sobą. Ma pani przed sobą człowieka, który musiał się parę razy spotkać z samym sobą. Kiedy zacząłem grać jazz w wieku lat 15, to zaznałem absolutnej wolności. Demonstrowałem ją ubiorem. Miałem krótkie włosy, gdy trzeba było mieć długie, i na odwrót. W Łodzi, gdzie uczyłem się w szkole muzycznej, do południa grzecznie ćwiczyłem na skrzypcach i byłem wirtuozem. A po południu brałem saksofon i wyczyniałem cuda w „77” na Piotrkowskiej. Protestowałem! Pokazywałem swoją wolność! Często łapię się na tym, że gram i czuję się, jakbym protestował. Tylko że już nie wiem, przeciwko czemu i komu. To po prostu odruch buntu.

GALA: Co poza ubiorem i muzyką sprawiało, że czuł się Pan wolny?

MICHAŁ URBANIAK: Alkohol. On zawsze wzmacnia poczucie wolności. Ale musiałem przestać w wieku lat 29. Bo inaczej byłoby źle.

GALA: Delirium tremens?

MICHAŁ URBANIAK: Nieee. Nie rozwalałem sobie psychiki, tylko moje serce już nie wytrzymywało. Niech pani sobie wyobrazi: trzy miesiące w trasie po Skandynawii i po trzy koncerty dziennie. Nie dało się tego przetrwać bez butelki „łiskacza”.

GALA: A jak wyglądały te Pana „spotkania z samym sobą”?

MICHAŁ URBANIAK: Michał spotykał Michasia! W każdym razie mój organizm tego nie wytrzymał. Nagle zorientowałem się, że nie jest za dobrze. Patrzę i widzę, że jestem podłączony do kroplówek, chodzić nie mogę, jeść nie mogę. Przeleżałem parę miesięcy w łóżeczku i jakoś się pozbierałem. To był moment zwrotny. Michał spotkał Michasia.

GALA: A jak się żyje po takim detoksie?

MICHAŁ URBANIAK: Genialnie!

GALA: Nie czuje się pustki?

MICHAŁ URBANIAK: A skąd! Budzę się rano i wprost żyć się chce! Nakręcam się innymi rzeczami: internet, muzyka, coca-cola light (bez której nie mogę żyć). Ostatnio znowu zacząłem grać w tenisa, który niesamowicie mnie nakręca. Jestem dumny z tego, że jednak wróciłem na kort, bo mam nowe biodro, a po takiej wymianie nie jest to łatwe. A muzyka bez używek inaczej brzmi. Prawda jest też taka, że zawsze byli twórcy, którzy „podkręcali się”, żeby lepiej tworzyć.

GALA: Muzyka też jest używką?

MICHAŁ URBANIAK: Ależ oczywiście! To jest i narkotyk, i afrodyzjak. Mam takie momenty na scenie, że zapominam, gdzie jestem i jak się nazywam! To jest życie na 100 procent. Muzyka jest totalnie transowa, służy odjazdowi. Gdy tworzę, nie słyszę, jak dzwoni komórka, zapominam, że umówiłem się na wywiad albo że jest czwarta nad ranem... Potrafi ę słuchać muzyki bez przerwy 18 godzin. Często śpię ze słuchawkami iPoda na uszach. Bo ja, proszę pani, jestem jak cadillac – silnik zasuwa, tylko karoseria się sypie.

GALA: A jak to wszystko znosiła Pana rodzina?

MICHAŁ URBANIAK: Dlaczego: znosiła? Proszę pani, ja cały czas mam rodzinę, która to znosi… Można się przyzwyczaić… Takie jest życie muzyka – ani proste, ani łatwe, ani tym bardziej normalne.

GALA: Trudne jest życie w szpagacie między Nowym Jorkiem a Warszawą?

MICHAŁ URBANIAK: Koledzy mówią: „Michał, kiedyś dupę zamoczysz w tym oceanie!”. Żyję w rozkroku. Kiedyś robiłem jakieś rozliczenia podatkowe, oddawałem bilety i były 44 loty atlantyckie! To był absolutny rekord. Nie wyobrażam sobie życia bez Manhattanu. Najlepsze to wyjeżdżać stamtąd i wracać. To jest centrum świata, stamtąd wyjeżdża się na cały świat koncertować.

GALA: Gdzie Pan się czuje bardziej wolny? Tu czy w Nowym Jorku?

MICHAŁ URBANIAK: Tylko tam! Tam nikogo nie dziwi, że po ulicy idę w piżamie, a nie w spodniach.

GALA: Z Woodym Allenem się Pan zna? Robicie zakupy w jednej piekarni?

MICHAŁ URBANIAK: Znamy się. Nazywam go „opryskliwy bękart”. To jest chłopiec, który nie wyrósł. Lubię tę jego grę na klarneciku, bo jest autentyczna. Znamy się z Michael’s Pub, gdzie przy wejściu widnieje napis: „Nie rozmawiać z klarnecistą”.

GALA: Kim Pan jest? Polakiem? Amerykaninem? Ma Pan obydwa obywatelstwa.

 

MICHAŁ URBANIAK: Och, miałem też kiedyś obywatelstwo szwedzkie… Czuję się obywatelem świata. Jestem urodzonym w Polsce Amerykaninem. Kiedy jako młody chłopak, nie znając słowa po angielsku, wylądowałem w Stanach, poczułem się jak w domu. Kiedyś bardzo przeżywałem, że jako biały nigdy nie będę grał dobrze jazzu. Pewnego dnia upiłem się i dzwoniłem do moich czarnych przyjaciół, pytając: „Jak zostać czarnym?”. Jeden mi odpowiedział: „Braciszku, co ci się stało? Bóg nie rozróżnia kolorów. Jesteśmy razem”. Ale on był czarnym świadkiem Jehowy. Inny, przyjaciel Barry’ego White’a, powiedział groźnie: „Co, napiłeś się? Ale jedną rzecz ci powiem. Nie chciałbyś się obudzić czarny”. Kolejny zaś stwierdził: „Michael, ale ty jesteś czarny. Jak inaczej byśmy z tobą grali?!”. Mam honorowe obywatelstwo dystryktu Jamaica na Queensie w Nowym Jorku, więc chyba jest OK?

GALA: Pierwsze spotkanie z Milesem?

MICHAŁ URBANIAK: To był 1962 rok. Klub Blackhawk, San Francisco. On grał tam przez sześć dni. Któregoś dnia wyszedł przed klub. Powiedziano nam wcześniej, żeby nic nie mówić do niego, bo on z białymi nie rozmawia. Wyglądał jak z okładki „Vogue’a”: marynarka z błyszczącej alpaki – błękitny materiał, a w nim złota i srebrna nitka. Do tego jedwabna apaszka, złota broszka. Hebanowa skóra i niebiesko-bure oczy z jakąś dziwną głębią. Siedział na krawężniku i patrzył w dal. Nie zdecydowałem się do niego podejść. Byłem jak sparaliżowany. Patrzyłem na to bóstwo i milczałem. Pamiętam jeszcze, że pachniał Francją. On wtedy miał romans z Juliette Gréco. Pamiętam też sytuację, kiedy byłem u Sola Rabinowitza, szefa wytwórni Columbia. Nagle dzwoni Miles. Sol do niego: „Tak, no to przynieś tę taśmę, posłuchamy, co nagrałeś”. Po czym odłożył słuchawkę i mówi do mnie: „Wiesz, niektórzy artyści są tak wielcy, że rozmowę telefoniczną zamiast od: »dzień dobry«, zaczynają od: »Potrzebuję sto tysięcy dolarów«. I na dodatek powiedział mi: »fuck you«, bo przecież wiadomo, że i tak wydam mu tę płytę, bez słuchania materiałów”. Miles był sobą i wszyscy go za to szanowali.

GALA: Zagrał Pan jako jedyny Polak z Milesem. Jak do tego doszło?

MICHAŁ URBANIAK: Davis usłyszał mnie w słynnym „Tonight Show” Johnny’ego Carsona, najpopularniejszym programie rozrywkowym Ameryki. Grałem tam na moich pięciostrunowych „gadających skrzypcach”. Miles powiedział do producenta: „Dawaj mi tu szybko tego pieprzonego polskiego gęślarza”. Nawet nie powiedział „skrzypka”, tylko, „gęślarza”, że niby gram na gęślikach. Byłem wtedy w Kalifornii i specjalnie poleciałem z powrotem do Nowego Jorku. I nagrałem trzy ścieżki dźwiękowe na płytę „Tutu”. Następnego dnia Miles podszedł do mnie i spytał, jak grałem. Ja na to: „Jak chciałeś”. On na to: „Yeahhh”. I zaczął mnie masować po karku, a ja rozbeczałem się jak dziecko. Dopiero wtedy uświadomiłem sobie, co takiego się wydarzyło w moim życiu – zagrałem z Milesem! Mówił do mnie, ale nic nie słyszałem. Myślę, że było w nim coś z szamana. Płytą, która właśnie się ukazała, oddaję mu hołd.

GALA: Ma sens granie utworów Milesa?

MICHAŁ URBANIAK: A ma sens w kościele odnosić się do papieża?! On miał odwagę bycia sobą. W ogóle nie oglądał się na krytyków, producentów. Kiedyś wziął 15-letniego pianistę Michaela Hendersona oraz Chicka Coreę, Keitha Jarretta i Herbiego Hancocka. Siedzieli w studiu, nudzili się. I ten młody zaczął „plumkać” na pianinie. Miles wziął trąbkę. Po godzinie była płyta. Dziś nie ma już takich ludzi. Za dużo normalnych jest wokół. Jazzman nie może osiągnąć perfekcji.

GALA: Ustaliliśmy, kim jest jazzman. A co to jest jazz?

MICHAŁ URBANIAK: Jazz to improwizacja. Jest w niej rytm, dusza i serce – tak jak w życiu. I sprawa jest prosta – albo daje kopa, albo nie.