Gala: "Wymazane” to Twoja pierwsza książka po dłuższej przerwie. Co robiłeś, kiedy Cię nie było?

Michał Witkowski: Sprzedawałem w internecie „Fioletowe światło”, niewydaną książkę o show-biznesie. Malowałem, robiłem grafiki. Wklepywałem kremy. Chodziłem do kosmetyczki, na manikiur, pedikiur. Na kawę z milionerami, na wódę z miliarderami. Zatwierdzałem zielonym. Zbliżałem. Grzebałem w TK Maxx. Odchudzałem się i obżerałem. Przyjechały do mnie fanki z Norwegii, zamknęły w najlepszym  hotelu, poiły szampanem, karmiły ostrygami, dały prosiaczka nadziewanego pieniędzmi  i przez trzy dni oglądaliśmy „Tulipana”. Wstawiałem foty na Instagram. Prowadziłem dwa profile na Facebooku. Grałem w teatrach swój show na motywach „Barbary Radziwiłłówny z Jaworzna-Szczakowej”.

Czyli coś się zmieniło, bo kiedy rozmawialiśmy ostatnio, prowadziłeś bloga o modzie, chodziłeś na pokazy i kolekcjonowałeś drogie ubrania.

Nadal chodzę na pokazy, choć może nie ubieram się tak charakterystycznie jak wcześniej, więc nie zwracam na siebie uwagi. Nie mówię też nic kontrowersyjnego. Polska moda niemal za każdym razem mnie rozczarowuje. Kolekcjonuję drogie stroje, czyli światową wielką modę, taką jak: Saint Laurent, Louis Vuitton,  Givenchy, McQueen, Balenciaga, Gucci, Rick Owens etc. Tak naprawdę tylko kilka polskich gwiazd nosi markowe ubrania. Najczęściej kończy się na T-shircie z nadrukiem Gucci, czyli czymś, co nie jest  z wybiegu. Kreacja z Milan Fashion Week potrafi kosztować 30 tysięcy  złotych. I tak zresztą  jej nie zrozumieją i na Pudelku napiszą, że „Witkowski przebrał się za...”.

Z którą rzeczy z Twojej szafy byłoby Ci się najtrudniej rozstać?

Z żadną nie zamierzam się rozstawać. Wiesz pewnie, że nie tak dawno musiałem sprzedać około stu rzeczy i bardzo za nimi tęsknię. Najbardziej za lakierkami od Louboutina, ale już je sobie znowu kupiłem. Ciuchy od Hermèsa, Louboutina, zegarek Patek Philippe  – one nie są dla mnie na raz, nie są do wyrzucenia po jednym sezonie. Chcę je nosić latami.

Bohaterem Twojej najnowszej powieści jest piękny Damian. Bardzo lubię to imię! (śmiech)

Wiesz, że ja też. Powieściowy Damian jest piękny jak z Photoshopa, ale poza wyglądem nic sobą nie reprezentuje. Nie ma żadnych talentów, choć, jak wiemy, kilku pięknych facetów w show-biznesie się znalazło mimo braku jakichkolwiek innych zalet. Damian nudzi się w tytułowym Wymazanym, małym miasteczku w północno-wschodniej Polsce, przy samej granicy z Litwą, „gdzie jest tylko Tesco”. Niewiele się u niego dzieje, aż spotyka Alexis...

O której mówisz: „Kobieta, jakich prawie już nie ma”.

Bo Alexis to taka bizneswoman w starym stylu. Zaczynała na bazarze Różyckiego, przeszła przez wszystkie mafie, ma pieczarki, fermę lisią i tysiąc innych biznesów. Jest stara, gruba, chodzi w futrze, dużo w niej z faceta i to takiego twardego! A Damian, cóż... To jest antybohater antyksiążki o show-biznesie!

Urodę Damiana zderzasz z jego fascynacją starszymi kobietami.

Seks Kena z Barbie to jak dla mnie zbyt wiele słodyczy. To jest kicz! Poza tym zawsze zazdrościłem starym kobietom, że tak łatwo im poderwać młodego chłopaka, bo wielu z nich lubi „mature”. Starzy geje nie mają już tak dobrze, choć też się zdarza. Seksualność jest nielogiczna. Niby każdy wie, że osoby młode i szczupłe, o pięknej twarzy są bardziej apetyczne od starych i grubych. Ale jednak nasze instynkty niekoniecznie się tej prawdy słuchają.

Skąd ta skłonność u Twojego bohatera?

Od zawsze piękny Damian był „dzieckiem notorycznie obcałowywanym i gwałconym”. Dziewictwo stracił więc bardzo wcześnie z woźną w swoim liceum. Ale że jest nieśmiały, głównie tylko marzy o starych kobietach z wielkimi piersiami. Takich jak ta woźna, z którą stracił dziewictwo.

Twojemu pisaniu zazwyczaj towarzyszą badania terenowe. Tak było na przykład, gdy pisałeś „Margot”, powieść  o środowisku tirowców. Jak przygotowywałeś się do pisania „Wymazanego”?

To gruba książka, na którą składa się wiele często starych wspomnień, opowieści babci, snów, marzeń. Nie jest tak, że zrobiłem research przez miesiąc i potem przez rok pisałem książkę. Kiedy powieść ma prawie  500 stron, „współczesności” na ogół nie  wystarcza... I dobrze. Tu przydaje się to,  że mam już 42 lata i zawsze sobie coś wygrzebię z bogatej pamięci.

Chcesz powiedzieć, że zaczynasz popadać w nostalgię?

O prozie po prostu mogę powiedzieć tak jak kiedyś Pilch: mam tyle wspomnień, że choćby  w moim życiu nic się już nigdy nie wydarzyło, materiału na książki wystarczy mi do końca  życia. To nie ma nic wspólnego z nostalgią,  ten okres już przezwyciężyłem.

Ile z siebie dajesz w tej książce?

Zawsze maksimum. Bo każdą powieść piszę zajadle, jakby miała być ostatnią, i z zapałem, jakby była pierwszą. Nigdy nic nie wiadomo. Zawsze chcę „powiedzieć wszystko”, co na danym etapie życia akurat mogę. Jak się domyślasz, przy takim maksymalistycznym podejściu nigdy nie dotrzymuję terminów.  Na szczęście wydawcy wolą mieć dobrą  książkę, niż mieć książkę na czas.

Fascynują Cię małe społeczności, zapomniane i wypchnięte poza margines miasteczka. Wymazane też jest takim miejscem.

Broniłem się przed wtargnięciem do tekstu „realizmu magicznego” w stylu „Stu lat samotności”, ale oczywiście się nie udało. A teraz okazuje się, że ten realizm magiczny stanowi mocną stronę powieści. Niby Wymazane jest takie  wykorzenione, bez tradycji, postawione na bagnach, jakieś supermarkety, jakiś blok... A właśnie robi się z niego metafora współczesnej Polski. Też wykorzenionej, z zatartą tożsamością, zapomnianymi tradycjami, wielokrotnie wyburzanej i odbudowywanej. Mieszkam  w Warszawie, gdzie zagubienie Polski wobec  tradycji jest wyjątkowo widoczne. W „Wymazanym” nic nie zostało zaplanowane: nagle wyrasta z niczego kawałek przedwojennej kamienicy z barem o wiele mówiącej nazwie BAR. Obok Biedronka. Potem Orlen. Groch z kapustą. I taki groch z kapustą mamy w głowach.

Mnie ten tytuł skojarzył się bardziej z powieścią Thomasa Bernharda niż ze „Sto lat samotności”.

Uwielbiam Bernharda [austriackiego pisarza, autora książki „Wymazywanie” – przyp. red.]  i wszelkie aluzje do niego są nieprzypadkowe. Ale miasteczko jako środek świata to jednak zawsze się robi Macondo [miejsce akcji powieści „Sto lat samotności”].

A jak pisanie o tej brudnej, wypchniętej poza margines Polsce się ma do Twojej silnej potrzeby medialnej aktywności, wielkomiejskiego życia, które teraz prowadzisz?

Jak lek... Literatura to zawsze chęć zamieszkania gdzie indziej, choćby na czas pisania, np.  w przedwojennym Grudziądzu, gdzie też się rozgrywa akcja. Dzięki literaturze mogę zapomnieć przez chwilę o tym nudnym warszawskim życiu i przenieść się w bardziej dla mnie  literackie miejsca. Gdzie wszystko się wydaje prawdziwsze. To trochę jak Martha Grimes...  I te jej zabite dechami amerykańskie miasteczka jak Cold Flat Junction. Tak jak mówiłem,  w Warszawie panuje podobne wykorzenienie  i bałagan. Tu ostrygi, a obok bezdomna nagabuje cię o dwa złote. I pomyśleć, że przed wojną nazywano to miasto Paryżem Północy... Zresztą akcja powieści dzieje się także w Warszawie  i tak się starałem ją opisać.

Mówisz o nudnym wielkomiejskim życiu,  a spotykamy się w modnej knajpie w ekskluzywnym centrum handlowym, które uwielbiasz. Pijesz latte na mleku roślinnym. Jesteś typowym przedstawicielem klasy konsumpcyjnej.

I czy to właśnie nie jest nudne? No jestem,  ale w przeciwieństwie do klasy średniej wiem, że istnieją też inne światy. Jeżdżę do nich, jem hot doga na Orlenie, gadam z każdym, także  z bardzo prostymi ludźmi i potrafię ich wysłuchać. Jak podchodzi do mnie żebrak, to nie uciekam, jak wielu, gdzie pieprz rośnie, tylko gadam z nim. Na Chmielnej wszyscy ci niby-muzycy, żule i bezdomni już mi mówią: „Dzieńdoberek, szefuniu!”. Włącznie z Czarnym Piotrusiem.

Nie kreujesz się znowu?

Zawsze, mój drogi, zawsze... Wywiady do tego służą. Co nie zmienia faktu, że tak jest. Ale to, co wybiorę z mojego życia i podam ci, zawsze zależy ode mnie. Bo przecież wiele razy na pytanie: „Czy masz może dwa złote dołożyć do piwka”, jak rasowa klacz z klasy średniej przyspieszałem tylko kroku...

Wciąż lubisz być w centrum zainteresowania?

Teraz wolę być trochę z boku, ale na tyle blisko, by móc stanąć na czerwonym dywanie, kiedy za nim zatęsknię. Średnio raz w miesiącu muszę... Inaczej cierpię na syndrom odstawienia.

Za czym z tego czerwonodywanowego życia tęsknisz najbardziej?

Nie muszę za nim tęsknić, bo wciąż je prowadzę. Mam już nawet buty na Róże Gali 2017. Naprawdę są piękne! Złote!

Ale show-biznes i czerwony dywan chyba nie sprzyjają pisaniu...

Masz rację, dlatego najlepiej pracuje mi się nad morzem. Im mniejsza wiocha, tym lepiej. Na szczęście mam piękny domek w Rowach,  koło Ustki i o każdej porze roku mogę tam pojechać i pisać. To są magiczne chwile, kiedy się jest jedynym człowiekiem na całym ciemnym jak noc osiedlu domków nadmorskich, kiedy się idzie jak stary rybak w pięciu swetrach brzegiem morza w listopadzie, a potem trzeba ogrzać się przy herbacie. Lubię tam jeździć sam...

Masz wielu przyjaciół?

Dwóch, ale za to wspaniałych. Jeden to mój manager, Mateusz Kaczorowski, drugi jest zbyt znany i skromny, by wymieniać. Ale nie czuję się samotny, bo mam cudownych fanów i fanki, którzy mnie kochają i w każdej chwili mogę się umówić „na ostrygi” w Hali Koszyki.

Co daje Ci szczęście?

Przelew na sto tysięcy, który mogę w całości i jednego dnia wydać w Vitkacu i Galilu...  Nie chciałbyś mnie uszczęśliwić?

Więcej wywiadów z gwiazdami przeycztacie w magazynie "Gala"