W filmie "Czarownica 2" Michelle Pfeiffer wciela się w królową Ingrith, która łamie stereotypy. Bo choć z samego tytułu przysługują jej prawa  i przywileje, zabiega, by nikt nie miał wątpliwości, że zasługuje na swoją pozycję. Pod tym względem Michelle jest do niej podobna. „Nigdy nie miałam poczucia, że dzięki nazwisku coś mi się należy. W tym zawodzie liczy się twoja ostatnia rola. Nie chcę mówić, że o moich osiągnięciach z przeszłości nikt nie pamięta, ale jednak jesteśmy rozliczani z aktualnych dokonań. Dlatego nie wyobrażam sobie, żebym na planie mogła stroszyć pióra i domagać się szczególnych względów”, mówi aktorka.  

Michelle Pfeiffer: kariera

Michelle Pfeiffer największą popularność zdobyła w latach 80. i 90., śmieje się, że wyglądała wtedy jak ideał kobiety Hollywood. Widzowie pokochali tę żywiołową blondynkę, doceniali ją też krytycy. Pisano, że „łączy sprzeczności, przyciąga i odpycha, daje swoim postaciom siłę i słabość”. Al Pacino, z którym zagrała w „Człowieku z blizną”, powiedział o niej: „jest aktorką charakterystyczną opakowaną w ciało syreny”. Michelle dziś przyznaje, że jej  wygląd był i błogosławieństwem, i przekleństwem. Grała bardzo dużo, dokonywała również złych wyborów. Twierdzi, że wielu ról się wstydzi i gdyby mogła cofnąć czas, nie przyjmowałaby byle czego.  

„W tamtych czasach żyłam w strachu, że jeśli nie będę brała wszystkiego jak leci, nie dostanę kolejnych propozycji. Nie wierzyłam też, że można grać w popularnych produkcjach i jednocześnie spełniać się w kinie artystycznym. Toczyłam wewnętrzną walkę: bardziej zależy mi na zwiększaniu rozpoznawalności czy warto poświęcić sławę w imię współpracy z dobrymi reżyserami. Wtedy głowiłam się nad tym dniami i nocami. Nie wiedziałam, że z powodzeniem można to łączyć. Teraz podobne dylematy zbywam śmiechem”,  zapewnia.

Początki kariery były dla niej trudne, miała bardzo niskie poczucie własnej wartości. Nigdy nie lubiła zwracać na siebie uwagi, unikała paparazzi oraz bankietów. Panicznie bała się oceny innych, a dla siebie była bardzo surowa.

Czułam się nieatrakcyjna, nienawidziłam patrzeć na siebie na ekranie. Dostrzegałam najmniejsze potknięcia: nieodpowiedni grymas, pokraczny krok, miałam z ich powodu palpitacje serca. Kiedy inni mówili, że niczego takiego nie dostrzegli, oskarżałam ich o kokieterię. To pewnie wpływało na opinię o mojej pracy, bo jak można zaufać aktorce, która nie ceni tego, co zrobiła? ”, opowiada.  

Michelle wyznaje, że była trochę jak markiza de Merteuil z „Niebezpiecznych związków”: „Pierre de Laclos, autor powieści, pisał, że ona podczas uczty uśmiechała się szeroko do wszystkich, a w tym samym czasie pod stołem wbijała sobie widelec w skórę, raniąc się  aż do krwi. Tak uczyła się udawać. Mam z nią coś wspólnego. Z tą różnicą, że markizie udawanie służyło do tego, by wszystkich zwodzić, a mnie do podniesienia samooceny. Do dziś jeśli widzę, że ktoś nie  radzi sobie z emocjami, mówię  mu: graj!”.

W „Niebezpiecznych związkach” Michelle wcieliła się w Marie  de Tourvel, niedostępną piękność, która w końcu ulega namiętności. Dostała nominację do Oscara. „Ta postać pozwoliła mi spojrzeć na siebie w nowy sposób. Chociaż priorytetem dla Marie była nieposzlakowana opinia, poddała się  porywom serca. Wtedy zrozumiałam, że nie żyję po to, by spełniać oczekiwania innych. Że muszę się skupić na sobie, swoich potrzebach, zastanowić się, w którą stronę chcę iść. Próba przypodobania się fanom, gremiom przyznającym nagrody czy dziennikarzom nie przyniesie mi uznania w moich własnych oczach. Albo sama siebie docenię, albo będę skazana na wątpliwe kryteria ocen innych”, opowiada Michelle.

Ale też przekornie dodaje:

„Role historyczne budzą we mnie tęsknotę, bo sugerują, że  kiedyś było lepiej, panowały jasno określone zasady. Nawet jeśli wiązały się z hipokryzją. W każdym razie przykładano wielką wagę do tego, by pracować na swoją opinię”.

Michelle Pfeiffer: związki

W tym samym 1988 roku, w którym została nominowana do Oscara, rozwiodła się z mężem Peterem Hortonem, również aktorem. Spekulowano, że powodem był jej romans z Johnem Malkovichem na planie „Niebezpiecznych związków”, ale w rzeczywistości małżeństwo rozpadło się, bo oboje byli zbyt zapracowani. W następnym roku Michelle otrzymała drugą oscarową nominację – za film „Wspaniali bracia Bakerowie”. Trzecią dostała w 1992 za „Pole miłości”.

Była u szczytu sławy, ale czuła się bardzo samotna. Po 34. urodzinach zapragnęła zostać matką. W styczniu 1993 roku rozpoczęła procedurę adopcyjną Claudii Rose. Kilka tygodni później znalazła mężczyznę swojego życia. Jest nim David E. Kelley, ceniony scenarzysta i producent, twórca m.in. serialu „Ally McBeal”. Znajomi zaprosili ich na randkę w ciemno. Okazała się niezbyt udana, Pfeiffer przez cały wieczór rozmawiała ze znajomym  Davida, a on spędził czas w towarzystwie siostry aktorki. Jednak po kilku dniach zaprosił Michelle na premierę filmu i od tamtej pory są nierozłączni. Wzięli ślub jeszcze w tym samym roku, w którym się poznali, David od razu adoptował Claudię. W następnym roku aktorka urodziła syna Henry’ego.

W listopadzie Michelle i David będą obchodzili 26. rocznicę ślubu, ona zapytana o sekret ich szczęśliwego związku mówi, że po prostu się dogadują i często trzymają za ręce. Pfeiffer zachwyciła jeszcze w kilku filmach, m.in. jako nauczycielka  w szkole dla trudnej młodzieży  w „Młodych gniewnych” oraz morderczyni w „Białym oleandrze”, po czym na kilka lat wycofała się z filmu. Dopóki dzieci były małe, zabierała je ze sobą na plan, ale  gdy poszły do szkoły, postanowiła stworzyć im stabilny dom. Mówiła, że film jej życia ma tytuł „Spokój”, z dziećmi w rolach głównych. Chroniła je przed blichtrem Hollywood, śmieje się, że nawet w tym przesadzała – jej córka jako jedyna w klasie nie wiedziała, co to jest  limuzyna. Grała sporadycznie, bo nie przyjmowała propozycji, które wiązały się z długimi wyjazdami.

Gdy dzieci dorosły, postanowiła wrócić do pracy, zwłaszcza że bardzo przeżyła syndrom opuszczonego gniazda. Claudia i Henry wyjechali na studia, a ona zabrała się za czytanie scenariuszy. „Siedzenie na werandzie i obserwowanie, czy basen się nie przelewa, to nie dla mnie”, oznajmiła. Złości się,  gdy słyszy słowo: powrót. Mówi, że jedynie oddaliła się od Hollywood, ale nigdy nie odeszła z kina. W tym roku skończyła 61 lat, kiedy słyszy komplementy na temat swojej urody, oznajmia, że ma teraz wielki komfort:

„Już nie muszę wyglądać młodo. Dziś wystarczy, że będę wyglądała młodo jak na swój wiek”.  

Michelle Pfeiffer w filmie "Czarownica 2"

W kontekście filmu „Czarownica 2”, który łamie baśniowe konwencje, deklaruje: „Kocham kino właśnie za to, że pokazuje, jak skomplikowany bywa świat. Upraszczanie, rysowanie linii demarkacyjnej  między dobrem a złem świadczy o naiwności. W świecie dzieci te podziały nie istnieją. Podobnie jak na piękno i brzydotę, tu też nie ma  jasnych definicji, one zmieniają się, zależnie od czasów i okoliczności. Płynne jest także pojęcie sukcesu. Popularność, uznanie mogą przynieść mi kolejne oferty pracy, ale nawet to nie daje gwarancji, że za rok czy dwa nadal będę miała wzięcie. Dziś już to wiem, dlatego nie panikuję”.

Michelle wierzy, że najlepsze role są jeszcze przed nią:

„Gdybym za bardzo skupiała się na przeszłości, nigdy bym nie wykonała kroku do przodu”, mówi.  

Na jej półce stoją już Złoty Glob, BAFTA i Srebrny Niedźwiedź, ale nie ma tej najważniejszej nagrody – Oscara. Być może w końcu go dostanie, jest świetną aktorką.