Poranki w niewielkiej miejscowości Gacé w Normandii na północy Francji są zazwyczaj bardzo spokojne. Powoli otwierają się sklepy z regionalnymi specjałami i bary, gdzie Francuzi jedzą swoje ulubione croissanty z czekoladą, popijając je mocną kawą. Tego dnia było jednak inaczej. W centrum miasteczka zebrał się tłum gapiów. Zbliżała się godzina 10. Mimo że temperatura dochodziła do 30 st. C i paliło mocne słońce, nikt nie narzekał. „Tam, tam, zobaczcie, idzie!” – krzyk-nął nagle ktoś z tłumu. Podekscytowani ludzie zaczęli bić brawo i machać. Okazało się, że przed miejscową restauracją kręcił swój najnowszy film jeden z najbardziej znanych francuskich reżyserów – Luc Besson.

„Malavita” to opowieść o życiu nietypowej rodziny mafiosów. Jedną z głównych ról gra Robert De Niro. To jednak nie jemu przypatrywali się mieszkańcy Gacé. Wszyscy obserwowali partnerującą mu Michelle Pfeiffer. Mimo że 54-letnia aktorka była skromnie ubrana, to właśnie ona wzbudziła największe emocje. „Ale piękna”, „Muszę zdobyć jej autograf”, „Naprawdę skończyła już 50 lat?” – komentowano.

Michelle podobno czuła się nieco zakłopotana, gdy zobaczyła pozdrawiających ją gapiów. Nigdy nie należała do aktorek, które lubiły zwracać na siebie uwagę. Rzadko pojawia się w kolorowych magazynach, nie chodzi na modne przyjęcia i często odrzuca role. W Hollywood zastanawiano się, dlaczego Michelle nie zgodziła się na udział w takich kinowych hitach jak „Pretty Woman” czy „Nagi instynkt”. Co jakiś czas robi sobie także przerwy od pracy. Między 2003 a 2007 rokiem nie pojawiła się w żadnej znaczącej produkcji. Wcześniej także nie miała wypełnionego po brzegi kalendarza. Zamiast walczyć o pozycję w Fabryce Snów, wolała zaszyć się w domu i troszczyć o dorastające dzieci.

„Popularność nigdy nie była dla mnie najważniejsza. Wolałam zająć się wychowaniem mojej córki Claudii i syna Johna – mówiła dziennikarzom. – Kiedy były malutkie, zabierałam je ze sobą na plan. Ale gdy stały się nastolatkami, nie chciałam skazywać ich na ciągłe przeprowadzki i podróże. Ich szkoła była najważniejsza”. Kilka lat Michelle spędziła jako przykładna mama w wartej 21 mln dolarów posiadłości położonej w malowniczym Woodside w Kalifornii.

Jednak dziś, gdy Claudia i John dorośli, Michelle poczuła się gotowa do zmian. Teraz chce skoncentrować się na sobie i na swojej pracy. Chętnie czyta scenariusze, śledzi prace młodych, dobrze zapowiadających się artystów i wybiera tylko te najciekawsze propozycje. W ostatnim czasie pojawiła się w kilku głośnych filmach, m.in. w „Chéri” Stephena Frearsa i „Mrocz-nych cieniach” Tima Burtona. Z Frear-sem Michelle miała okazję się spotkać już wcześniej. W 1988 roku zagrała w jego „Niebezpiecznych związkach”. Za znakomitą rolę madame de Tourvel została nominowana do Oscara.

Pfeiffer podkreśla, że dopiero teraz jej kariera nabiera rozpędu. Wierzy, że najlepsze role dopiero przed nią. Poza tym w jej bogatej kolekcji filmowych nagród brakuje jeszcze jednego bardzo ważnego wyróżnienia. Oscara.

Ze strachu przed samotnością

Wrodzona pracowitość to niejedyny powód, dla którego gwiazda postanowiła częściej opuszczać domowe zacisze i szukać szczęścia w Hollywood. W jednym z ostatnich wywiadów zdradziła, że apetyt na nowe role, który pojawił się u niej tuż przed pięćdziesiątką, to wynik odwiecznego lęku przed tzw. pustym gniazdem. W zeszłym roku jej ukochana córka wyprowadziła się z domu i rozpoczęła naukę w college’u. Teraz przed wyborem uczelni stoi John. Z jednej strony Michelle jest piekielnie dumna z postępów w nauce swoich dzieci. Z drugiej jednak nie może pogodzić się z tym, że dorastają i zaczynają życie na własny rachunek.

„Gdy odwiozłam Claudię do kampusu, w którym teraz mieszka, płakałam przez tydzień. Dokładnie przez siedem dni nie mogłam się pozbierać” – wyznała Pfeiffer. Lekarstwem na smutek okazało się czytanie wszystkich scenariuszy, które przysyłali jej producenci. „Uważam, że za mało mówi się o tym, jak czują się rodzice, gdy ich dzieci wyfruwają z domu. Pamiętam, jak kiedyś Dustin Hoffman publicznie o tym opowiadał. Dzisiaj wiem, jaki to dramat” – mówi.

Aktorka ciężko znosi rozstania z dziećmi, bo to właśnie rodzina była dla niej najważniejsza. Zawsze. Jako 23-latka wyszła za mąż za aktora Petera Hortona. Myślała, że będzie to związek na całe życie. Niestety rozstali się. Prawdziwą miłość Michelle znalazła kilka lat później na... randce w ciemno. W 1993 roku znajomi umówili ją na spotkanie z producentem i scenarzystą telewizyjnym Davidem E. Kellym, który jest ojcem sukcesu takich przebojów jak „Ally McBeal” czy „Szpital Dobrej Nadziei”.

„Strasznie się wstydziłam i poprosiłam moich przyjaciół, żeby do nas dołączyli. Wymyśliłam kręgle. Było bardzo zabawnie. David prawie w ogóle się do mnie nie odzywał” – wyznała w jednym z wywiadów Michelle. Na szczęście Kelly wkrótce do niej zadzwonił i zaprosił na premierę filmu. Od tamtej pory są nierozłączni. David nie miał także problemu z zaakceptowaniem przybranej córki Michelle Claudii. Gwiazda rozpoczęła proces adopcyjny zaledwie kilka tygodni przed ich pierwszym spotkaniem. Była już wtedy po trzydziestce i bardzo chciała zostać matką. „Nie miałam partnera, ale pomyślałam, że to żaden problem. W końcu od czego są adopcje?” – wyznała. Rok później urodził się John, biologiczny syn pary.

Narzędzia zamiast ubrań

 

Choć Michelle ma ogromny apetyt na nowe role, wciąż lubi pozostawać na uboczu. Zdaje się nie przejmować także wszechobecnym w Hollywood kultem młodości. Śmieje się, gdy w prasie kolorowej pojawiają się doniesienia o liftingach i zastrzykach z botoksu, które według niektórych dziennikarzy robi sobie regularnie. Ona sama twierdzi, że o urodę dba, prowadząc zdrowy tryb życia.

Kilka lat temu Michelle została wegetarianką. „Obejrzałam film o zawałach serca i przestraszyłam się. Zrozumiałam, że aby żyć długo i dobrze wyglądać, trzeba wyeliminować niektóre produkty ze swojej diety”. Aktorka uwielbia gotować. Często zamyka się z synem w kuchni i razem pieką ciasta albo ulubioną zapiekankę shepherd’s pie z ziemniakami i selerem. Nawet po zjedzeniu tak kalorycznych potraw nie katuje się treningami na siłowni. Szczupłą figurę zawdzięcza zapewne jeździe konnej i bieganiu. Ale najbardziej relaksuje się, robiąc... meble.

W czerwcowym magazynie „Empire” Michelle wyznała, że nic nie sprawia jej takiej frajdy jak struganie drewna. Potra godzinami przesiadywać w sklepie dla stolarzy, oglądać deski, heble i dłuta. „Sama zmieniłam fasadę kominka w salonie, zbudowałam stół, a także domek zabaw dla dzieci ze starej okiennicy. Widziałam, jak Martha Stewart zrobiła to kiedyś w swoim programie” – śmieje się.

Początkowo mąż David ze zdziwieniem patrzył na jej hobby. Dziś jest fanem jej stolarskich wyczynów i zamiast drogich perfum czy ubrań kupuje ukochanej... narzędzia. Być może aktorka pracuje już nad specjalnym prezentem dla partnera. W przyszłym roku małżonkowie będą świętować 20. rocznicę ślubu. To jedna z najlepiej dobranych par w Hollywood. I choć kilka lat temu mówiło się o kryzysie w ich związku, dzisiaj nic nie wskazuje na to, że między nimi się nie układa. Może wyprowadzka dzieci z domu ma jednak więcej dobrych stron? W końcu David i Michelle mogą teraz spędzać romantyczne wieczory tylko we dwoje...