Spotykamy się w Pana pracowni. To tutaj projektuje Pan słynne plakaty?

Nie wszystkie. Kiedyś plakaty robiło się w formacie 1:1, ta pracownia jest za mała. Wtedy miałem na to warunki, mieszkałem w wielkim domu w Zalesiu. Duży ogród, siedem psów, trzy koty i trzydzieści kawek w kominach. W tym maleńkim pokoju pracuję od 30 lat. Kiedyś było tu pełno kwiatów, ale prowadziłem tak nieregularny tryb życia, że część pousychała, część rozdałem.

Jak wyglądał ten nieregularny tryb życia?

Jeździłem po całym świecie. Wykładałem na uczelniach artystycznych w Ameryce, Azji, Skandynawii, zachodniej Europie. Ale opowiem o pierwszej podróży, jeszcze zanim to wszystko się zaczęło. Rok po studiach, w 1967, wyjechałem do Paryża. Przyjaciel skombinował lewe zaproszenie. Wizę miałem tylko na miesiąc, ale udało mi się zostać tam półtora roku. Imałem się różnych zajęć. Z przyjaciółką robiłem szkice ubrań dla paryskich domów mody. Sprzedawał się jeden, dwa dziennie, dla nas to był sukces. Potem się okazało, że kierownicy domów mody kopiowali nasze pomysły też z tych szkiców, za które nie zapłacili.

Czyli nieświadomie projektował Pan paryską modę?

Tak, mimo że się na tym nie znałem. Umiałem rysować, a fasony wymyślała moja przyjaciółka. Dostałem się też na słynny Place du Tertre na Montmartre, gdzie gromadzą się artyści, żeby malować portrety turystom. Rysowałem pastelami śliczne, wyidealizowane obrazy dziewczyn w podróżach poślubnych. Nie miałem pozwolenia na pracę, więc musiałem się ukrywać. Wiedziałem, że policja zagląda tylko do północy, pojawiałem się później i pracowałem do trzeciej nad ranem. Metro o tej porze już nie jeździło, zdarzało się, że nie miałem już siły iść na piechotę do domu. Po drodze był park Monceau, z domkiem dla łabędzi, sypiałem tam zakopany w sianie. Łabędzie spały na dole. Ładny obrazek, prawda?

Skończył Pan w Warszawie prestiżowy wydział malarstwa i grafiki pod opieką legendy polskiego plakatu, Henryka Tomaszewskiego. O czym Pan marzył, jadąc do Paryża, zostawiając tak dobrze rozpoczętą karierę?

Szukałem pracy w agencji reklamowej, czego zresztą dziś moim studentom nie polecam. Ale wtedy to był szczyt marzeń. Niestety zaczynały się czasy kryzysu, trwała rewolucja 1968 roku, z pracy wyrzucali nawet Francuzów. Dlatego chwytałem każdą okazję. Część pieniędzy wysyłałem rodzinie, nie w banknotach, tylko w postaci kuleczek do długopisów, których wtedy w Polsce nie produkowano. Rodzice kupili sobie za te kuleczki pierwszy telewizor, pralkę i lodówkę. Nie chciałem wracać, myślałem o emigracji do USA. Ale musiałbym zrezygnować z obywatelstwa i prosić o azyl. Długo się zastanawiałem, ale kiedy zmarł ojciec, wróciłem do Polski.

Pana najsłynniejszy plakat to genialne hasło: „To be or(war) not to be?”. Pamięta Pan wojnę?

Moje pierwsze wizualne wspomnienie to płonący horyzont Warszawy po upadku powstania. Rysowałem, już mając cztery lata, i to były scenki batalistyczne, na skrawkach gazet. Zabawkę miałem tylko jedną: wystrugany przez wujka drewniany karabin. Urodziłem się w Warszawie, ale po wojnie tu były tylko ruiny i ojciec zabrał nas do Gniezna. Znalazł pracę jako ogrodnik, spędziłem tam całe dzieciństwo. Dostałem się do liceum plastycznego w Poznaniu, bo było najbliżej. Tymczasem rodzina wróciła do Warszawy. Wychowywałem się sam. Kiedy wyjechałem do liceum, miałem 13 lat. Mieszkałem w bursie. Niedaleko mieściła się siedziba UB. Poznańskie wypadki czerwcowe 1956 roku właściwie obserwowałem zza węgła. Widziałem ludzi w pasiakach, którzy wychodzili z więzienia, i stutysięczny pochód z fabryki Cegielskiego. Na ulicach wznoszono barykady, kule świstały obok, ale dla mnie, 13-latka, to nie było przerażające, tylko ciekawe. Takie zdarzenia zapamiętuje się na całe życie.

 

A pamięta Pan swoją pierwszą pracę?

Już jako ośmiolatek pomagałem ojcu malować szarfy na wieńce pogrzebowe. Układałem litery w napisy: „Kochanemu dziadkowi strapiona rodzina”. W liceum rysowałem litery na targi poznańskie. W wakacje malowałem łóżka farbą nitro. Byłem nauczony ciężkiej pracy i tego, że muszę dać sobie radę sam. Moja matka ciężko pracowała: na trzy zmiany, w fabryce sztucznego rogu (robiło się z niego na przykład grzebienie), a potem ceramiki radiowej. Ojciec chorował na gruźlicę, dom był na jej głowie. Nie mogłem liczyć na ich wsparcie. A potem dostałem się na Akademię Sztuk Pięknych w Warszawie i zamieszkałem znowu z dala od domu, w legendarnej Dziekance przy Krakowskim Przedmieściu.

To były lata 60. Kwitło barwne artystyczne życie warszawskie…

Było kilka ośrodków tego życia: SPATiF, PIW, Czytelnik, winiarnia Hopfera. W Dziekance mieszkaliśmy z Janem Englertem, Marianem Opanią, Markiem Tomaszewskim ze słynnego duetu „Marek i Wacek”. Jerzego Zelnika prześcignąłem na dystansie 50 metrów crawlem. Jan Himilsbach czasami przychodził pożyczyć drobne w pracowni plakatu Henryka Tomaszewskiego na ASP. Oczywiście dla mnie to były cudowne lata. O polityce rzadko się rozmawiało; dopiero, kiedy wyjechałem do Paryża, trafiłem na zakazane pisma i książki. Ze szkoły pamiętam też sport. Na uczelni należałem do reprezentacji w pływaniu i skokach do wody. Szkoły artystyczne miały dostęp do basenu w Pałacu Kultury
i Nauki w poniedziałki i środy o siódmej rano. O szóstej w basenie pływał Władysław Gomułka. Gdy przychodziliśmy, na placu zawsze stały trzy czarne wołgi.

Po studiach był Pan asystentem Henryka Tomaszewskiego i jego następcą w Pracowni Plakatu. To wielkie wyróżnienie.

Kiedy wróciłem z Paryża, udało mi się wygrać kilka znaczących konkursów plakatowych. Dzięki temu profesor Tomaszewski sobie o mnie przypomniał. Kiedy do mnie zadzwonił z propozycją, żebym został jego asystentem, przez tydzień zastanawiałem się, czy to udźwignę. Nie było łatwo z nim pracować, wiedziałem o tym. Odezwać się przy Henryku to była odwaga. A on pytał o opinie, kiedy ocenialiśmy prace studentów. Wytrzymałem, choć brzuch bolał mnie często i wiele razy miałem ochotę rzucić to w cholerę.

Byliście po imieniu?

Długie lata nie. Z czasem z relacji mistrz – uczeń staliśmy się prawie rodziną. Do dziś przyjaźnię się z jego synem. Nie było wcale łatwo przy tak wielkiej legendzie, jaką był Henryk Tomaszewski, wyrobić sobie własne nazwisko. Był dla mnie jak ojciec, zwłaszcza że mój już nie żył. Cokolwiek robiłem, zastanawiałem się, co by na to powiedział Henryk. Wysoko zawieszał poprzeczkę swoim byłym studentom.

Pana żona też była jego studentką?

Tak, Ewa, najpiękniejsza dziewczyna na Akademii, pracowała jako modelka w Modzie Polskiej. Byłem już wtedy wykładowcą. Nie mogłem zrozumieć, jak taka świetna dziewczyna mogła zwrócić uwagę akurat na mnie, takiego niepozornego.

 

Lubi Pan być sam?

Bardzo. I zawsze walczyłem o prawo do samotności: najpierw w bursie w liceum, potem na studiach, gdy mieszkałem w Dziekance. Nawet w Paryżu nauczyłem się funkcjonować w zatyczkach do uszu. Mojej córce hałas przeszkadza. Ja nauczyłem się nie słyszeć. Nie lubię też gadać, ale muszę, bo mam studentów. Narysować można więcej, niż powiedzieć.

Dzieci, rodzina nie przeszkadzały Panu w osiągnięciu ciszy?

Cóż, mieszkaliśmy osobno: żona z dziećmi w jednym mieszkaniu, ja wynajmowałem drugie. Spędzaliśmy wspólnie weekendy, święta, wakacje. Fajne dzieci to największy skarb naszego związku. Cała reszta nie jest taka ważna. Nasza córka, Teresa, jest malarką i graficzką, pracuje pod pseudonimem Tessa Was. Jej pasją jest też taniec i masaż polinezyjski. Także mój pasierb, Łukasz Rayski, to bardzo zdolny artysta, malarz i grafik, absolwent stypendium Fullbrighta.

Nie próbował Pan dzieci zniechęcić do tego, żeby zostały artystami?

Przeciwnie, wspierałem ich rozwój. Kiedy były małe, urządzaliśmy seanse rysowania tuszem. Dom był cały zachlapany, a ściany pokryte rysunkami.

Mówił Pan, że wykładał na uczelniach całego świata. Czego Pan tam uczył?

Język plakatu jest międzynarodowy. Nie trzeba używać słów, zresztą angielski znam średnio. Zadawałem ćwiczenia na rozwój wyobraźni, rodem z Polskiej Szkoły Plakatu. Na przykład prosiłem, żeby studenci narysowali hasło „Life is beautiful”.

Jeździł Pan tam dla pieniędzy czy dla sławy?

Dla pieniędzy i dla przyjemności, niewątpliwie. Pieniądze nigdy nie są dla mnie celem, służą mi wyłącznie jako środek, żeby przetrwać. Dla mnie ważne jest dobre towarzystwo, dobre wino, domowa kuchnia – na obiady codziennie chodzę do pani Wandy na Lwowską 11, można tam spotkać znanych i miłych ludzi.

 

Wracając do dalekich podróży, nie czuł się Pan obco w Damaszku albo Helsinkach?

W Damaszku byłem najdłużej, dwa lata. W Polsce akurat zaczął się stan wojenny, ale prawdziwy stan wojenny widziałem tam, w Syrii. Było naprawdę niebezpiecznie, ginęli ludzie. W światowych gazetach notatki o tym pojawiały się na czwartej stronie, a Polska była wtedy na ustach całego świata. Ale mimo to życie tam kwitło. Mnie nic nie groziło, byłem profesorem w szkole artystycznej. Hasło „Polska szkoła plakatu” nadal działa na świecie jak magnes, choć w Polsce nikt już o niej nie pamięta. Co ciekawe, po dziesięciu latach od pierwszej podróży do Paryża, wróciłem tam jako wykładowca. To miasto podobało mi się już mniej, nie musiałem go zdobywać. Chadzałem ze studentami do knajp, o których kiedyś nie mogłem nawet marzyć.

To znaczy, że spełnione marzenie o Paryżu rozczarowało Pana?

Właśnie. Podobnie było z Japonią. Jeszcze jako student robiłem dyplom inspirowany sztuką Japonii: był to ciąg obrazów ułożonych w parawan. Nie przypuszczałem nawet, że kiedyś tam pojadę. Zobaczyłem Japonię 35 lat później. Podobnie jak Paryż, trochę mnie rozczarowała, choć chłonąłem jej różnorodne piękno. To co mamy w głowie, zawsze jest lepsze od rzeczywistości.

Na każdy temat można narysować plakat?

Na każdy. Pomysł może przyjść wszędzie; jedziesz tramwajem, łazisz po lesie. Plakat „To be or(war) not to be?” mi się przyśnił. Do każdego rysunku powstaje 200, czasem 300 szkiców. Rozkładam je na podłodze i zastanawiam się, który wybrać. Nigdy nie pytam nikogo o zdanie. To moje rysunki i wybór musi być mój. Resztę wyrzucam i drę na kawałeczki, większość kartek z tych dwustu.

Plakat powstaje bardziej w sercu czy w rozumie?

Odwieczne pytanie. Wydaje mi się, że emocja jest pierwsza, ale potem musi być kontrolowana przez intelekt. Jest też druga teoria: że najważniejszy jest pomysł, który należy ubrać w kostium wrażliwości. Moim zdaniem to jeden organizm. Najważniejsza myśl, którą powtarzam studentom, to cytat z Leca: Wystarczy słowo – reszta jest gadaniem.