GALA: Do obsady „M jak miłość” dołączyłeś w 2012 roku. Wtedy też przeprowadziłeś się z Wrocławia do Warszawy?

MIKOŁAJ ROZNERSKI: Na stałe w 2011 roku, kiedy urodził się mój syn Antek.

Grasz w serialu, który daje ogromną popularność. A mimo to jesteś jednym z niewielu aktorów, którzy mają dystans do swojej pracy.

To po prostu jest moja praca.

Skąd w Tobie tyle pokory?

Myślę, że dzięki temu, w jaki sposób dochodziłem do miejsca, w którym jestem: najpierw brak pracy, później znowu brak pracy, później praca w innym mieście. Pewnie moja droga zawodowa wyglądałaby inaczej, gdybym od razu po szkole wylądował w „M jak miłość” i ta popularność nagle by wybuchła – wtedy może byłbym po drugiej stronie, jak ja to nazywam, czyli wśród aktorów, którzy czują się wyjątkowi. Popularność jest przyjemna, ale bywa uciążliwa.

Kiedy?

Jak spędzasz wakacje nad Bałtykiem na przykład. Albo gdy ludzie myślą, że należysz do nich, bo widzą cię codziennie w telewizorze. Na szczęście nie jestem wyłącznie Marcinem Chodakowskim z serialu. Robię też inne rzeczy – teatralne, filmowe.

Jak dużo pracujesz?

W tym roku bardzo dużo, rzeczywiście.

To był rok pod względem prywatnym bardzo ciężki, a pod zawodowym – bardzo dobry. Chyba przez chwilę uciekłem w pracę.

Dzięki temu zrobiłem kilka filmów, trzy seriale.

Czy zanim zacząłeś grać w „M jak miłość”, oglądałeś ten serial?

Oczywiście, ja się na nim wychowałem!

My na wsi najpierw doiliśmy krowy, a potem szliśmy oglądać Mroczków. Nawet ostatnio powiedziałem to Marcinowi. Przecież ten serial w dobie swojej największej popularności miał 12 milionów widzów. Prawie wszyscy go oglądali.

ZOBACZ TEŻ: Barbara Kurdej-Szatan: Pierwszy raz zetknęłam się z hejtem. Przewalczyłam go.

Co sobie pomyślałeś, gdy otrzymałeś propozycję zagrania w „M jak miłość”?

To było przedziwne, ponieważ nie miałem wtedy żadnej pracy. Byłem bezrobotnym aktorem – rzuciłem etat w teatrze w Lublinie i przyjechałem do Warszawy. Pracowałem w markecie budowlanym, w transporcie. Urodził się mój syn i musiałem jakoś zarabiać. I wtedy odezwał się do mnie producent Tadeusz Lampka.

Jakbyś dostał gwiazdkę z nieba.

Oczywiście, że tak! Byłem przecież nieznanym aktorem. Wiesz, na początku to były dwa-trzy dni zdjęciowe. Dodatkowo zrobiłem swój debiut na wielkim ekranie, w filmie Macieja Żaka „Supermarket”. I tak zaczęło się wszystko nakręcać.

Można powiedzieć, że rola w „M jak miłość” przyniosła Ci szczęście.

I popularność. Tak. Naprawdę.

A czego nauczyła Cię praca na planie tego serialu?

Przede wszystkim pokazała mi, jak wymagający jest to zawód. Ludzie czasem myślą, że my, aktorzy, nauczymy się na pamięć tekstu i po wszystkim. Zdałem sobie sprawę z tego, jak wielka to jest machina – aktorzy to zaledwie jedna z kilkudziesięciu składowych, dzięki którym powstaje ten serial. Oczywiście są bardziej efektowne sceny i mniej. W życiu mojego bohatera nie brakuje scen dramatycznych czy akcji.

POLECAMY TAKŻE: Anna Mucha: Są dziewczyny na jeden odcinek, a są takie na cały serial. Należę do tej drugiej kategorii.

Lubisz swojego bohatera?

Bardzo, bo są w nim emocje i przez to mi się nie nudzi.

Czy to jest rola na całe życie?

Granie w „M jak miłość” w niczym mi nie przeszkadza. Nie szufladkuje mnie w żaden sposób. Uwielbiam wracać na plan. Bardzo też szanuję Tadeusza Lampkę – on ma dryg do tego, co robi, i wkłada w to całe serce, dopieszcza. Czasem rozmawiamy sobie przez telefon i zawsze go pytam: „Panie Tadeuszu, proszę mi powiedzieć szczerze, co robię nie tak”. I kiedyś usłyszałem: „Niech pan zamyka buzię”. Wiesz, o co chodzi? Aktorowi trudno jest przyjmować takie uwagi, ale trzeba, bo przecież ja sam siebie nie oglądam.

Serio? Nie oglądasz kolejnych odcinków? Dlaczego?

Nie mam telewizora, czasem oglądam w internecie.

A łatwo przyjmujesz krytykę?

Tak. Jestem aktorem, który ciągle się uczy. Czasem coś wychodzi, czasem nie. Jeszcze wiele przede mną i mam zamiar dowiedzieć się wszystkiego. Chociaż w pewnym momencie poczułem, że muszę przystopować, bo już mi się nudzi to, co robię.

Naprawdę? Nudziła Cię Twoja praca?

Tak. Bo chyba za dużo tego było, wiesz?Znasz takie powiedzenie, że aktor marudzi w dwóch przypadkach?

Tak, jak nie ma pracy albo ma jej za dużo.

No, to właśnie był ten moment, kiedy miałem jej za dużo. Nie masz wtedy wentyla i nie masz możliwości, by odpocząć. Myślałem: „Boże, rzucę wszystko, wyjeżdżam”. Ale nie. Jednak łapiesz oddech, idziesz dalej.

Często przychodziły Ci do głowy takie myśli, by zrezygnować z zawodu?

Nie, raczej żeby zrobić sobie przerwę. Jak zacząłem grać w „M jak miłość”, stałem się popularny, a przez to ciekaw opinii na swój temat.

Czytałem wszystko, co pojawiało się w internecie. I to był ogromny błąd. (śmiech) Bardzo się tym przejmowałem. Przychodziły mi do głowy takie refleksje, że się do niczego nie nadaję. Wiesz, ja nie byłem przygotowany na hejt. Z czasem dopiero moja skóra zrobiła się bardzo, bardzo gruba. Ale w dalszym ciągu nie godzę się na takie rzeczy. Nie można nikogo bezkarnie obrażać w internecie. Zapraszam każdego hejtera do stolika, niech mi prosto w oczy powie to samo, co o mnie napisał. Jestem ciekaw, czy znajdzie się odważny.

Marzyłeś o tym, by zostać aktorem?

To był przypadek. Poszedłem do szkoły teatralnej we Wrocławiu, bo mnie namówił kolega. I tak się złożyło, jak się złożyło.

Po prostu pech, stałeś się popularny. (śmiech)

Przez dwa lata od ukończenia szkoły nie miałem żadnych propozycji. Więc wydaje mi się, że odstałem swoje w kolejce.

Było warto?

Nie wiem właśnie, czy być szczerym, czy nie...? Uwielbiam grać, ale męcząca jest ta cała otoczka. No i przypięto mi łatkę takiego luzaka. Ciągnie się to za mną, wiesz.

Wiem. Niestety, Mikołaj, taką masz opinię.

Myślisz? Oczywiście.

Jaki zadowolony! (śmiech) W gruncie rzeczy zadowolony.

Najważniejsze to... czekaj, jak to było? Wszystko jedno, co o tobie mówią, byleby nie przekręcali nazwiska. (śmiech)

No wiem, że nie mam najlepszej opinii. Zdaję sobie z tego sprawę, ale cóż pocznę? Nie zamierzam się tym przejmować. Ci, którzy mnie znają, wiedzą, jaki jestem.

Rozmawiała Aldona Sosnowska-Szczuka