MAGDALENA ŚRODA: Trudno być żoną Janusza Palikota?

MONIKA: Skąd! Raczej radośnie. Bo, jak mówi  reżyser Mariusz Treliński – Janusz to „hedon doskonały”. Spotkaliśmy się jako osoby dorosłe. Bycie ze sobą ludzi dorosłych to pilnowanie ognia w sobie, ciekawości, napięcia. A przy tym zdolność wyczekania, cofnięcia się i dopasowania. Nasz związek to kompletne zauroczenie. Łagodna uwaga wobec siebie nawzajem. Uważna łagodność każdego przeżytego dnia.

M.Ś.: Ale przecież oceniasz jego plany i zachowanie, nie drażnią cię? Nie masz ochoty powiedzieć: „Daj spokój, spoważniej?! Po co te spektakle, po co te fallusy, świńskie ryje, ten język”.

MONIKA: Nie! Rozumiem potrzebę spektaklu, używania gadżetów jako środków wyrazu. Dojrzewałam „przy teatrze”, rozumiem potrzebę takiego języka. Przez inność, dosłowność ma szansę nie tylko skuteczniej dotrzeć do odbiorów, ale również przełamać rutynę. Szok, zamęt, zdziwienie, nawet obrzydzenie powodują, że ludzie zaczynają myśleć. Czasem musi przejść wichura, żeby pojawił się ogród.

M.Ś.: Omawiacie razem metody politycznej walki?

JANUSZ: To przecież Monika reżyseruje moje spektakle! (śmiech)

MONIKA: To nieprawda! Oczywiście zawsze rozmawiamy o tym, co Janusz chce zrobić, przegadujemy to, dyskutujemy, ale to on ma pomysł. W przypadku „penisa”, mówiłam mu, że ten sztuczny penis zostanie z nim już na zawsze.

M.Ś.: Jest więc zgoda co do metod. A poglądy? Nie uważasz ich za ekscentryczne?

JANUSZ: Moje poglądy nikogo by nie poruszyły w Niemczech, Francji czy Wielkiej Brytanii. Kraje te przeżyły trwającą latami debatę publiczną w sprawach światopoglądowych i wypracowały pewien rodzaj porozumienia pomiędzy całkiem różnymi religiami, rasami i orientacjami. My jesteśmy na początku tej drogi. Dziwaczne są raczej poglądy i postawy sporej części polskich polityków: wiara w cuda, ciągłe kultywowanie martyrologii – a to smoleńskiej, a to katyńskiej, a to powstaniowej i ich służalczość wobec kleru, który dawno zapomniał już o sprawach zbawienia, a zajął się polityką oraz bogaceniem się bez pracy. Albo przekonanie, że kobieta jest narzędziem służącym narodowi do rodzenia dzieci i że trzeba ją do tego przymuszać ustawą. Wiara, że im mniej dziecko wie o swojej seksualności i etyce, tym będzie mniej grzeszne. A im więcej wbije mu się do głowy katechezy – czyli 900 lekcji religii od przedszkola do matury – tym będzie lepszym obywatelem. Również przekonanie, że w sprawach ważnych dla obywateli, jak refundacja in vitro, powinniśmy pytać Watykan. Zarzuca mi się ekscentryzm, ale przecież mamy w parlamencie posła, który słyszy krzyk zamrażanych zarodków! W całej Europie jeszcze się taki nie trafił! Mamy też tego, który chce intronizować Jezusa Chrystusa! Czy to są normalne poglądy? To jest dopiero dziwactwo i ekstrawagancja! Prawie połowa Sejmu głosowała nad ustawą, która zmusza zgwałcone dziewczynki i chore kobiety do rodzenia dzieci. Proszę mi wierzyć – moje poglądy przy tamtych, to wzorcowa normalność.

MONIKA: Mamy w rodzinie dziecko z in vitro, wiemy, ile dało szczęścia naszym kuzynom.

JANUSZ: Jest coś strasznie infantylnego, że trzeba dyskutować, że mężczyzna i kobieta to dwie równoprawne istoty. Ale u nas wielu polityków chce nad kobietą panować.

M.Ś.: Więc może jest okazja, żebyś wyjaśnił, dlaczego w twojej partii jest tak mało kobiet?

JANUSZ: Na naszych listach było prawie 50 proc. kobiet, ale 60 proc. naszych wyborców to mężczyźni, którzy – jak się okazuje – głosowali na mężczyzn. Będziemy to analizowali.

MONIKA: To mężczyźni mają pieniądze i znacznie więcej czasu, by zajmować się polityką lub – tak jak Janusz – jeździć po Polsce

M.Ś.: Jeździłaś z nim?

MONIKA: Czasem. Było różnie. Pamiętam Lidzbark Warmiński, piękne miasteczko, przygotowany namiot w środku miasta, a w nim dwie osoby organizujące spotkanie. Na rynku pustka, nikogo. Janusz zaczyna mówić. A ja myślę: „Czy to ma sens?”. I nagle zaczynają przychodzić ludzie, robi się tłok, słuchają, pytają. To fascynujące, ale trzeba mieć sporo odwagi i nią zarażać.

M.Ś.: Co was różni najbardziej?

JANUSZ: Monika szuka harmonii, więc jej myślenie jest wschodnie, tzn. dodać fragment do większej części i przekształcić tę całość w coś nowego. Monika działa na zasadzie drobnych interwencji, ale trafiających w sedno.

MONIKA: Janusz jest chłopcem, który nie zdaje sobie sprawy z własnej odwagi. Jemu wszystko wydaje się możliwe. Można o nim powiedzieć: niemożliwe jest niemożliwe.

M.Ś.: Sokrates mówił o sobie, że jest jak bąk puszczony z ręki boga, żeby „gryźć” Ateny, które są jak wielki leniwy, tłusty koń. Chodzi o to, żeby drażnić obywateli, żeby zaczęli wreszcie samodzielnie myśleć...

JANUSZ: Jeżeli Gowin to wielki, leniwy tłusty koń, to ja jestem bąkiem...

MONIKA: Janusz prowokuje, to prawda. Ale nie jest to prowokacja dla prowokacji. Trzeba pamiętać, wszystkie „polityczne widowiska” Janusza były walką o jakąś sprawę. Penis i pistolet to była sprawy przemocy wobec kobiet na komisariacie.

M.Ś.: Janusz, byłeś ogromnie zaangażowany w kampanię wyborczą. Czy to nie rozbija związku?

MONIKA: Jak poznałam Janusza, w 2006 roku, był już w polityce. I to raczej ja go namawiałam, by nie rezygnował z polityki dla mnie, dla rodziny.

 

JANUSZ: Po co rezygnować z czegokolwiek, skoro można mieć i jedno, i drugie? Staram się o dom, czas poświęcony Monice i dzieciom jest święty. I wcale go nie mamy tak mało, trzeba tylko pewnej dyscypliny. Rodzina daje nie tylko poczucie bezpieczeństwa i bliskości, ale również inspirację, siłę, to pole małej debaty. Dlatego rozumiem silne frustracje Jarosława Kaczyńskiego. On ma tylko posła Hofmana i Błaszczaka, dlatego musi się czuć nieszczęśliwy, emocjonalnie pusty i intelektualnie wypalony. Nakręca go chyba nienawiść do Tuska. Ja jestem człowiekiem spełnionym, szczęśliwym, inspirowanym przez mądrą, cudowną kobietę, skupionym na własnych dzieciach – więc na przyszłości. Szanuję tradycję i historię, ale nie widzę powodu, by były one alfą i omegą polityki, współczuję tym, którym umarli bliscy – jak Jarosławowi – mnie też umarli, ale nie widzę powodu, by organizować aktywność polityczną wokół śmierci. 

M.Ś.: Czy była alternatywa wobec polityki, gdybyś – dajmy na to – z kretesem przegrał wybory?

JANUSZ: Mnóstwo. Nie jestem przecież w polityce, żeby znaleźć sposób na życie, nie jestem dla zarabiania pieniędzy czy z frustracji i nienawiści do bliźnich. Ja chcę coś naprawdę zmienić w tym kraju.

MONIKA: Janusz może odejść do biznesu, na którym się zna. Może odejść do nauki. Ma przecież duszę filozofa, mnóstwo czyta, spotyka się z intelektualistami, sam organizuje seminaria. Pisze doktorat. Nauka – to zawsze poważna życiowa perspektywa dla niego. Gdy go poznałam, sprzedał właśnie Polmos. Mogliśmy sobie urządzić z życia „włoskie wakacje”, ale tego nie chcieliśmy.

M.Ś.: Janusza rozumiem, ale ty, Moniko?

MONIKA: Stają przede mną wszystkie dylematy macierzyństwa: utratę samej siebie, żeby potem odnaleźć się na nowo, mocniej. Zmagam się z kliszami życia mojej matki, typowej matki Polki, z moją obsesją niezależności. Mój luksus polega na tym, że mam czas na przeżywanie całego kosmosu tej sytuacji.

M.Ś.: Właśnie taka powinna być  żona polityka?

MONIKA: Przede wszystkim powinna unikać posągowej sztampy. Ja akurat nie mam politycznego temperamentu, chyba że w tym najgłębszym znaczeniu słowa „polityka” – czyli wrażliwości na to, co wspólne. 

M.Ś.: Twoja młodość? Tak mało o tobie wiemy…

MONIKA: Pochodzę z tradycyjnej rodziny. Mam ukochanego, starszego brata, który zawsze traktował mnie jak osobę dorosłą. Mam mamę troszczącą się o dom, babcię, która uczyła mnie, jak prasować męskie koszule, urządzać wspólne obiady, gdzie zawsze czekało się, aż tata – a byłam jego oczkiem w głowie – zasiądzie do stołu.

M.Ś.: Czekasz teraz na Janusza?

MONIKA: Moje życie nie jest zorientowane na czekanie na Janusza ani jego na czekanie na mnie.

M.Ś.: Jak wspominasz szkołę?

MONIKA: Była tradycyjna – u Urszulanek we Wrocławiu. Szkoła bardzo dobra, wiele mnie nauczyła i zupełnie wyleczyła z religijności. Jak odkrywasz, że zakonnica nie jest aniołem, lecz zwykłym człowiekiem, to przestajesz wierzyć w anioły. Potem były długie studia we Wrocławiu, dwa fakultety: polonistyka i historia sztuki przerywane częstymi wyjazdami do Lublina, bo przez dziesięć lat współpracowałam z teatrem Gardzienice. Organizowałam wydarzenia, bo hasłem teatru, a potem galerii, którą prowadziłam, było uczestniczenie, dzianie się, a nie bierne oglądanie. Gardzienice były niezwykłym miejscem. I teatrem, i miejscem spotkań, i naturalną salą koncertową, i galerią. Dużo się działo. Pamiętam, jak – zakochana w Nowosielskim – chciałam zorganizować wystawę jego prac. To był szalony pomysł, nie mieliśmy pieniędzy, nie mogliśmy zapewnić bezpieczeństwa dziełom. Ale udało się!

M.Ś.: I całe twoje życie działo się poza polityką?

MONIKA: Właściwie tak. Raz było spotkanie polityków z mieszkańcami. Przyjechał Palikot, Wildstein i Graś.

M.Ś.: Nie znałaś wcześniej Palikota? Naprawdę?

MONIKA: Nie, choć pracowałam sto metrów od domu, w którym mieszkał. Potem okazało się, że bywaliśmy na tych samych spektaklach teatralnych, w tych samych miejscach, również w Warszawie. Kochaliśmy park Ujazdowski. Ja tam często czytałam książki, a Janusz spacerował.

M.Ś.: I co było na tym spotkaniu?Janusz Palikot był wtedy mało znanym członkiem PO…

MONIKA: Wiele o nim słyszałam jako o mecenasie kultury, ale wydawał mi się odległy. Pamiętam, że miał żółty sweter, niebieskie sztruksowe spodnie i zielone buty.

M.Ś.: W mojej ukochanej powieści Bułhakowa Mistrz zakochuje się w Małgorzacie, gdy trzymała żółty bukiet. „Żółty znak losu” – mówił.

MONIKA: To było wielkie zauroczenie. A jednocześnie pewność, że tak musiało się zdarzyć, los, fatum, konieczność.

JANUSZ: Tak, to naprawdę  było uderzenie pioruna. Zobaczyłem Monikę i natychmiast skojarzyłem ją z jedną z fotografii młodej Hanny Arendt, wielkiej filozofki, w której kochał się Heidegger. Była piękna, inspirująca, mądra, tajemnicza. Jak Monika.

M.Ś.: Nie rozmawialiście o polityce, tylko wymieniliście numery telefonów...

MONIKA: Odbyło się bez wymiany. Następnego dnia przeprowadziłam się do Janusza.

M.Ś.: Uaaaa!

MONIKA: Na krótko. Miałam zaplanowaną podróż. Wyjechałam, by otrzeźwieć, bo nie planowałam żadnego związku, tylko duży projekt we Wrocławiu. Z moją przyjaciółką miałyśmy założyć galerię sklep. Ale i tak cały wyjazd wisiałam na telefonie. Gdy wróciłam, Janusz czekał na lotnisku z ogromnym bukietem. Zamiast galerii były zaręczyny, które zresztą spędziłam w gronie przyjaciółek. No, a potem ślub.

M.Ś.: A żona Janusza?

MONIKA: Janusz był już wtedy rozwiedziony. Sprzedał biznes. Rozstał się z Jabłonną, miejscem, gdzie mieszkał z byłą żoną i gdzie toczyło się bogate życie towarzyskie. Pojawiłam się w innej epoce, cztery lata później.

JANUSZ: Pewien etap życia miałem już wtedy za sobą, ale jego zamknięcie nie było związane z Moniką… Trzy lata byłem w separacji, potem w trakcie rozwodu.

M.Ś.: Dlaczego twoje pierwsze małżeństwo się nie udało?

JANUSZ: To był związek bardzo młodych ludzi i byliśmy po prostu niedopasowani. Był to również okres tworzenia biznesu: pracowałem jak szalony, miałem mało czasu dla rodziny. Za mało. 

M.Ś.: Masz z tego związku dwóch świetnych synów. Utrzymujesz z nimi, Moniko, kontakt?

MONIKA: Utrzymuję, choć go nie wymuszam, nie naciskam, nie staram się być drugą mamą. Nasz dom jest dla nich otwarty i bardzo przyjazny.

M.Ś.: Jak odniosłaś się do kolejnego „szaleństwa Palikota”, czyli założenia nowej partii?

 

MONIKA: To musiało się stać. W polityce trzeba iść do przodu i trzeba być w zgodzie z samym sobą. To ja mu powiedziałam, że czas już odejść, że w Platformie Obywatelskiej już nic się nie wydarzy, będzie jedynie osobą od zwiększania oglądalności. Lewym skrzydłem – przeciwwagą dla Gowina. Po zablokowaniu prac komisji Przyjazne państwo, którą wymyślił, w której prace się zaangażował i dzięki której naprawdę chciał coś zmienić, to nie miało już sensu.

M.Ś.: Rozkręcanie partii to trudny okres.

MONIKA: A dla mnie bardzo ważny w tym czasie był udział w Kongresie Kobiet. Jestem w jego Radzie! I myślę też, że Janusz, dzięki mnie odkrył, że kobiety wnoszą dużo dobrego do życia społecznego i publicznego, że mają dużą łatwość w rozwiązywaniu konfliktów, są bardziej wytrzymałe od mężczyzn, mają inną energię.

M.Ś.: Nie masz Moniko aspiracji politycznych?

MONIKA: Nie mam.

M.Ś.: Bo Franciszek i Zosia…

MONIKA: Gdy poznaliśmy się z Januszem gadaliśmy o całym swoim życiu, bez sekretów, tajemnic. Wszystko było przeanalizowane, postawiliśmy na jedną kartę. Pełne zaufanie. Chciałam mieć dzieci, dwoje. I los sprawił, że je mamy. Nie mogę teraz zmieniać planów i porzucić jednej roli dla drugiej. Franio ma cztery lata, Zosia dwa. To taki krótki czas dla domu. Januszowi kiedyś on przeminął. Nie chcę być teraz ani aktywną żoną feministką, ale też nie tradycyjną żoną przystanią. Teraz jestem matką, która wychowuje dzieci. Ta rola niczego nie wyklucza. Macierzyństwo to słodko-gorzki czas medytacji.

M.Ś.: Jak ty, Januszu, dajesz radę łączyć tę zwariowaną działalność z rodziną?

JANUSZ: Jestem dobrze zorganizowany. Wiem, co kocham i w jakiej kolejności. Polityka to nie wszystko! Nie ma dnia, bym nie był razem z dziećmi, chyba że gdzieś wyjeżdżamy razem z Moniką, a dzieci zostają z dziadkami. Weekendy spędzamy razem na wsi. Nawet gdy ich nie ma koło mnie, to i tak są. Jak mam jakieś wystąpienie, gdy jestem w mediach, zawsze przywołuję sobie ich twarze, i to daje mi pewność, radość. Taką jasność w środku...

M.Ś.: A teraz? Duża wygrana w wyborach, zorganizowanie klubu, nowe wyzwania nie odbiorą ci czasu dla dzieci?

JANUSZ: Skąd! Jedno nakręca drugie. Dzieci i miłość dają motywy do skutecznego działania w polityce. Przecież to dla nich chcę zmienić Polskę, żeby miały tu czym oddychać, by nie wyjeżdżały stąd, nie musiały znosić frustratów w roli polityków!

MONIKA: Na razie wszystko świetnie działa. Janusz jest doskonale zorganizowany. Ogromnie dba o to, by być z nami. I jest. Dba nie tylko o to, by być z dziećmi, ale też tylko ze mną. Jeździmy – nawet na kilka dni – razem, mimo budowania partii i kampanii byliśmy w tym roku w Indiach i we Włoszech.

M.Ś.: Januszu, co dla ciebie jest ważne?

JANUSZ: Polska jest ważna. Polska moich dzieci, Polska kobiet, Polska ludzi wolnych. Wolnych – przynajmniej – od szaleństwa, zaścianka, ksenofobii, ignorancji. Ważny jest śmiech, bo u nas wszystko jest zbyt poważne, a ta powaga wcale nie przekłada się na powagę spraw. Te zacięte twarze, wilcze oczy… cierpiętnictwo, a przecież tak cudownie jest żyć!

M.Ś.: Ale jak żyć? – że powtórzę słynne pytanie wyborcze.

JANUSZ: Kierować się pasją, być sobą, nie kombinować. Zwracać uwagę na rzeczy proste, nauczyć się pokonywać lęki. Kochać, działać…

MONIKA: Kochać i rozumieć.