Monika Jaruzelska o psie skandaliście, kulinarnym patriotyzmie i herbacie, która otwiera każdą rozmowę.

A…
Akurat, aktualnie, absolutnie nic adekwatnego nie przychodzi mi do głowy…
A może potem?
Aha!
A nie… chwila

CHWILA
Lubię kwiaty, ale bez przesady… Są wyperfumowane, kolorowo wystrojone, jakby narcystyczne. No i nietrwałe. Cała ich uroda wynika z przebiegłości natury, bo chcą zwabić owada, by je zapłodnił. Schną lub więdną w nierównej walce z czasem, podobnie jak my, kobiety.

DIETA
Nie dla mnie kawiory, homary, ostrygi ani francuskie szampany. O ośmiorniczkach już nawet nie wspomnę. Podniebienie mam proste jak budowa cepa. Nie ma jak młode kartofelki z koperkiem, placki ziemniaczane, kopytka i pyzy. Jestem kulinarną patriotką. À propos pyz to  serdecznie polecam warszawiankom i warszawiakom, nie tylko tym, którzy pamiętają pyzy z Bazaru Różyckiego, Pyzy, Flaki Gorące na Brzeskiej. Pysznie i nostalgicznie.

GÓRAL
Moje ryże szczęście. Kot Rudolf. Spod samiuśkich Tater. Pomieszkiwał przez chwilę i bez większych zobowiązań w pensjonacie pod Zakopanem, do którego jeżdżę od lat. Zmienił się właściciel i nagle okazało się, że trzymanie zwierząt jest mało „szykowne” w zmodyfikowanym na luksusowy obiekcie. Rudolf stracił dom, ale nie zaufanie do ludzi. Niestety, o mało nie przypłacił tego życiem. Kiedy następnej zimy, cztery lata temu, przyjechałam w góry, spotkałam go rannego. Usłyszał mój głos i przybiegł po pomoc, gdy spacerowałam w pobliskim lesie. Wyglądał jak kłębek nieszczęścia. Zabraliśmy go do weterynarza i w tajemnicy przechowywaliśmy nocą w naszym apartamencie na parterze. Nadszedł dzień wyjazdu… i Rudolf został przyjezdnym warszawiakiem. Charakter mu został zbójnicki. Kiedy jeździ ze mną na Mazury, goni wszystkie pobliskie psy. Nawet Lolek [jamnik – przyp. red.] czuje do niego respekt. Choć żyją jak pies z kotem, czyli w wielkiej przyjaźni. Chodzą ze mną na długie spacery po lesie, czekają na pomoście, kiedy pływam. Nawet gdy pada deszcz. A nocą mruczy mi przy uchu najpiękniejsze kocie melodie.

HERBATKA
Słowo klucz. Herbatka. Otwierało na nowo każdą zamkniętą przedwcześnie rozmowę. Rodzinną przestrzeń. Po pływaniu – herbatka, po nartach – herbatka, po obiedzie – herbatka. Na przywitanie i pożegnanie. Słowo rozświetlające jak domowa lampka zapalona w szarej godzinie zmierzchu. Jedno z nielicznych słów pieszczotliwie zdrabniane. „Herbatka” to czułość. Jej nieodłączni przyjaciele to kocyk, pies, kot i książka. Spokój.

JAMNIK
Mój pies skandalista. Lubieżny Lolek. Nawet nie wie, jaki jest sławny. A gdyby nawet, miałby to w nosie.

KOBIETA
Ewa to ulepszona wersja Adama. Wyposażona w naturalny GPS, niezawodna w trudnych warunkach, ma lepszą przyczepność na śliskich powierzchniach, nieźle wychodzi z życiowych zakrętów. Zdecydowanie lepszy model. Nawet gdy źle się prowadzi i za dużo pali.

LAS
Mój kościół, moje ukojenie, lek na całe zło przebodźcowanego świata. Wyniosłe sosny, poważne dęby, sentymentalne brzozy. Brzmi patetycznie? Być może… Ale nawet ewolucjonista i antychryst Karol Darwin pisał o lasach jako „świątyniach wypełnionych tworami Boga Natury i nie ma nikogo, kto znalazłszy się w takiej samotni nie odczułby wzruszenia i nie poczułby, że jest coś więcej w człowieku niż tylko życie cielesne”. Czyli moje uniesienia są jak najbardziej usprawiedliwione. Skądinąd to ciekawe, że pogańskie plemiona modliły się do starych drzew, a my, ludzie cywilizowani, wycinamy je w pień. I kto tu jest barbarzyńcą?

NOMEN OMEN
Imiona nosi się jak ubrania. Kiedy są modne, noszą je wszyscy, którym przyszło urodzić się w tej samej dekadzie. Moje imię, które w dzieciństwie uważałam za ściśle powiązane z nazwą Ministerstwa Obrony Narodowej, nosiły w klasie jeszcze dwie dziewczynki. Trzydziestoosobowa klasa i trzy Moniki. W równoległych było podobnie. Czyli nawet taki matematyczny tuman jak ja bez kalkulatora policzy, że jedna na 10 dziewcząt była Moniką… O cholera… Przecież jeszcze chłopcy… czyli co piąta! Niezły paradoks, bo nasze imię pochodzi od greckiego słowa Monos, czyli pojedynczy, samotny, osobny. Choć może to jednak nomen omen, bo wciąż w pewnym sensie jestem singielką… A jakbym miała na imię Pola? Czy byłabym poligamiczna? Ale nie o tym miało być. Czterdzieści lat później w kolejnych szkołach mojego syna nie było ani jednej Moniki. Są za to piękne Heleny, romantyczne Julie, mickiewiczowskie Zosie i nieśmiertelne Marysie. Najmłodszą z Monik, jaka przychodzi mi do głowy, to tańcząca z gwiazdami wnuczka Leszka Millera. Może wytańczy na nowo popularność naszego imienia, które powstanie jak Feniks z popiołów?

POWRÓT
„Kiedy ojciec wyprowadził się do innej kobiety, zmienił zapach. Wodę kolońską Brutal z pobliskiego kiosku zastąpił peweksowskim Old Spice’em i niczym kapitan z reklamy odpłynął trójmasztowcem w siną dal. W pewną upalną niedzielę przyszedł nas odwiedzić. Przyniósł prezent i wyglądał jak ktoś obcy. Miał czarną, lśniącą koszulę oraz biały, szeroki krawat. Zapuścił włosy i bokobrody pekaesy. Był obcy. Ostentacyjnie nonszalancki. Przechodząc przez przedpokój, z zadowoleniem zerkał w lustro oprawione w ozdobną metaloplastykę z Domu Rzemieślnika z ulicy Puławskiej. Po paru miesiącach wrócił i z pokorą zagnieździł się w wiernie na niego czekających starych kapciach i beżowej koszulce polo z anilany, nie wiadomo dlaczego, z dynamicznym napisem »Sport!«. I już do końca pozostał przykładnym mężem, pachnącym w ramach pokuty radziecką wodą Krasnaja Moskwa”– tę historię opowiedziała mi przed laty przyjaciółka ze studiów. Jako symbol nielojalności ojca wobec rodziny zapamiętała zmianę jego stylu i zapachu. Czarna koszula i modny krawat stały się oczywistymi sojusznikami i ambasadorami „tamtej pani”. Powrót taty zaś symbolizowały wiernie czekające na niewiernego pana kapcie.

ŚLUB
Jest pierścionek zaręczynowy, jest i suknia ślubna. Na razie mieszka w Paryżu. Świat jest mały, ale średnio to widzę… Gwoli ścisłości, od ślimaków wolę maślaki. Riwiera śliczna, ale i tak wolę Mazury. W święta wszystko się rozstrzygnie…

ZMIANA
Życie to zmiana. Z plemnika w zarodek. Z zarodka w płód. Potem w niemowlę, dziecko, młodzieńca lub dziewczynę. W dorosłego, starca, aż wreszcie w trupa, po którym pozostaną już tylko kości albo kupka instant wsypana do urny. A przy okazji kawa Sati – świeżo palona. Tę reklamę zna cała Europa. Nie wiem, co powodowało właścicielami francuskiej firmy kawowej, żeby nadać kawie taką nazwę. Sati to hinduski rytuał ofiarnego aktu samospalenia wdowy po śmierci męża.

ŻEGNAM
Nie lubię tego słowa, więc…
Do zobaczenia!

Artykuł pierwotnie ukazał się w magazynie "Gala" nr 20 (661).