Zawsze mówiłaś, że Mama jest Twoim opiekuńczym aniołem. Masz poczucie, że Tata również jest blisko Ciebie?

Mam poczucie, że z nim się nie rozstałam. Nie ma go ze mną tylko fizycznie. Bo to, co się stworzy w relacji między ludźmi, nie znika, wskrzesza się przy każdej okazji. Od jego śmierci w moim życiu działy się różne rzeczy. I te dobre, i te gorsze. W takich sytuacjach myślę, że on czuwa nade mną. Z tą myślą czuję się bezpieczniej. Albo tłumaczę sobie: „Rozumiem, że o tym wiesz i uważasz, że tak będzie lepiej”. Tęsknię za nim. Szukam znaków, to chyba naturalne. Kiedy Tata umarł, stanęły dwa zegary. A wydawało mi się, że takie rzeczy są niemożliwe. Metafizyki po śmierci jest dużo. Teraz podobnym przeżyciem była dla mnie praca przy płycie z kompozycjami Taty.

Piękna inicjatywa, wzruszający album. Składa się z trzech części: na jednej są piosenki śpiewane przez Annę Jantar – Twoją Mamę, na drugiej przez innych wykonawców, a na trzeciej śpiewasz Ty. Napisałaś, że przygotowywanie płyty było dla Ciebie jak operacja na otwartym sercu.

Tak było, ale kto miał to zrobić jak nie ja?! Za nagrania chciałam się zabrać wcześniej, tak by płyta się ukazała w urodziny Taty, w czerwcu, ale nie byłam w stanie. Album jest złożony z kompozycji Taty w oryginalnych wersjach z kilku okresów jego twórczości. Zbiór zatytułowałam „Życia mała garść” od piosenki wykonywanej przez Krzysztofa Krawczyka. Oprócz hitów są perełki, np. piękne utwory z filmu „Diabelskie szczęście”. Mało kto wie, że Tata był także autorem muzyki do kilku filmów i musicali.

Musical „Wielki świat” napisał krótko po śmierci Twojej Mamy.

Uciekł wtedy w pracę i był to jego bardzo twórczy okres. W tym musicalu są wspaniałe piosenki, w tym jedna z moich ulubionych – „Jestem zmęczony”, którą śpiewa Felicjan Andrzejczak. Libretto i teksty napisał Jonasz Kofta. Jako kompozytor Tata miał szczęście do tekściarzy.

Podobno dreszcz przebiegł Ci po plecach, gdy wybierając piosenki, zobaczyłaś, że ich tytuły układają się w historię życia Twojego Taty.

Dokładnie tak jest, bo niektórzy autorzy często pisali teksty nie dla wykonawcy, lecz dla Taty. Np. piosenka „To, co dał nam świat” Lecha Konopińskiego, przyjaciela moich rodziców, powstała zaraz po śmierci Mamy, „Życia mała garść” czy „Trzeci akt” – kiedy Tata próbował sobie ułożyć życie na nowo. Wzruszają mnie te teksty, bo pamiętam, jak powstawały.

Z rodzinnym albumem oddajesz w ręce słuchaczy także…

…życia garść? W książeczce dołączonej do płyt jest mnóstwo zdjęć Taty. Niektóre z nich zobaczyłam po raz pierwszy. To było wyjątkowe przeżycie. Stroną graficzną albumu zajął się z wielkim sercem Adaś Żebrowski, partner Violi Śpiechowicz, z którymi od lat się przyjaźnimy. Kto inny bawiłby się w taką misterną układankę?! Mały Jarek siedzi na dużym kucyku, a poważny Jarosław na małym koniu z plastiku – zdjęcie zrobione, gdy Tata bawił się z Anią w ogrodzie. Dzięki temu pojawia się tam trochę humoru. Tak samo jak w zestawieniu zdjęcia Taty z Pierwszej Komunii z innym – zrobionym z Miss Świata. Jakże pięknie pokazuje ono jego naturę! Miał poczucie humoru.

Słabość Jarosława Kukulskiego do pięknych kobiet była powszechnie znana...

Wszyscy parsknęli śmiechem, jak kiedyś w telewizyjnym programie wyznał: „Bo ja jestem taki poszukiwacz”. Bardzo elegancko siebie nazwał (śmiech).

Wspominałaś kiedyś, że jako dziecko „przyklejałaś się” do przyjaciółek Taty.

Nie było ich znów tak wiele, Tata miał kilka miłości. Owszem, koleżanek i przyjaciółek znacznie więcej. Kobiety go bardzo lubiły. Bardzo. Co chwila któraś w nim się kochała, ale niekoniecznie z wzajemnością. Wybranek prawdziwych miał kilka. Nie do każdej się tuliłam. Myślę, że miałam potrzebę obcowania z młodą kobietą. Babcia, która zastąpiła mi Mamę, jest niezwykle serdeczna, ale też uporządkowana, wyważona. A mnie brakowało szaleństwa młodej dziewczyny. Pod koniec życia Tata miał przyjaciółkę od serca. Nadal mocno przeżywa jego odejście: czasem opowiada, jak niektóre sytuacje w moim życiu widział i przeżywał Tata. To dla mnie wiele znaczy, że jest ktoś, z kim mogę o Nim tak porozmawiać.

Nadzwyczajne, że nie byłaś o ojca zazdrosna. Dorosłe dzieci często nie pozwalają rodzicom na nowe związki.

Uważałam, że to ważne, by miał kogoś bliskiego. Mówiłam: „Tato, szukaj przyjaciółki, z którą będzie ci miło spędzać czas. Uroda urodą, ważne, żeby mieć kogoś, z kim można porozmawiać. Partnera”. Tłumaczyłam jak małemu chłopcu, bo łatwo ulegał urokowi kobiet.

„Cycuś Tatusia” – kto to wymyślił?

Tak mówili znajomi Taty, bo po śmierci Mamy starał się ją zastąpić. Wszędzie mnie ze sobą zabierał. Przez to chyba stałam się otwarta, spotykałam ciekawych ludzi, obserwowałam kulisy artystycznych wydarzeń. Dom był zawsze pełen gości. Często do późna w nocy prowadzono rozmowy, zawsze coś się działo i słychać było muzykę. A kiedy nie było gości, Tata pracował. Przez długi czas mieszkaliśmy w czteropokojowym mieszkaniu, a wiadomo, jaka jest akustyka w blokach. Kiedy komponował na pianinie, słyszałam każdą piosenkę, każda kojarzy mi się z jego głosem.

Tata nucił?

 

Śpiewał. Bardzo ładnie. Jego barwa przypominała trochę głos Bogusława Meca – na płycie umieściłam też piosenkę w jego wykonaniu „Wszystko lub nic”. Chwilami jest tak, jakbym słyszała Tatę. Piosenki Mamy ułożyłam chronologicznie. Tytuły też są niesamowite. Zaczyna się od „Pozwolił nam los”, w której są słowa: „Jeszcze raz pozwolił los/Dwojgu ludziom spotkać się”. Teraz, kiedy moich Rodziców już tu nie ma, brzmią bardzo mocno.

Nie ma Twoich Rodziców, a kolorowa prasa dopisuje ciąg dalszy ich związku.

Dziwię się, że takie rzeczy są wyciągane, gdy nikt już nie może im dać odporu. Temat, jakoby Anna Jantar miała się rozstać z Jarosławem Kukulskim i związać z kimś innym, wraca przy każdej rocznicy. Dla mojego Taty było to bolesne. Jakim prawem gazety chcą dopisywać finał tej miłości?! Kto może wiedzieć, jak by się skończyły losy związku, który być może był na zakręcie? Tata miał żal do Mamy, że na długo wyjeżdża na koncerty i zostawia małe dziecko. Pokłócili się o to, ale przed powrotem z Nowego Jorku Mama zadzwoniła do nas i powiedziała „Bądźcie po mnie wszyscy. Jarek niech też będzie”. To były jej ostatnie słowa. Mama przeżyła fascynację inną osobą, ale czy miało doprowadzić to do rozpadu małżeństwa? Miłość Rodziców przechodziła trudny etap, Tata mówił, że między nich weszło dużo ludzi nieżyczliwych starających się ich od siebie oddalić, ale przecież w wielu związkach bywają takie chwile. Po śmierci Taty znalazłam dowody, bardzo dla mnie cenne, na to, że Rodzice mieli być razem. To chamskie, że ktoś wchodzi z butami w tak delikatny temat.

Co Tata dał Ci najcenniejszego?

Silne poczucie, że jestem kochana. Bezwarunkowo. Więcej nie trzeba... Nasza relacja odbywała się na wielu płaszczyznach, także zawodowej. A przez to, że nie miałam mamy, stała się intensywna. Był wobec mnie bezkrytyczny. We wszystkim byłam dla niego najlepsza, co często mnie zawstydzało. Ale również wiedział, na co mnie stać. Żył moim życiem. Bolała go każda niesprawiedliwość, jaka mnie spotkała. Wszystko przeżywał, bo kochał mnie bezgranicznie. Nic nie umknęło jego uwadze. Czasami mnie to denerwowało. „Widziałem wczorajszy występ, schrzanili ci dźwięk” albo „Wczoraj miałaś ładniej uczesane włosy, wiesz, jakby były kręcone”. Miałam ochotę odetchnąć od tej ciągłej kontroli i w domu się wyluzować. I Babcia, i Tata zawsze starali się mnie chronić przed niebezpieczeństwami. A im większe zakazy, niestety, tym większy bunt. I był moment, że pokazywałam różki.

Co takiego robiłaś?

Jako nastolatka dużo głupot. Oszukiwałam, kombinowałam, wszystkiego chciałam spróbować. Tak działają szklarniane warunki. Gdyby nie było tylu zakazów, nie miałabym się przeciwko czemu buntować. Teraz nie chcę tego błędu popełnić wobec własnych dzieci. A później – wpadając ze skrajności w skrajność – stałam się samodzielna, nie chciałam czegokolwiek zawdzięczać Rodzicom. Urosła we mnie ambicja. Ale przez cały czas kumplowaliśmy się z Tatą. Często łapię się na tym, że mówię „Tato”. Tak samo komentuję, myślę: „To by się Tacie podobało albo tak by pomyślał”. Przejęłam jego rodzaj wrażliwości, spojrzenia, humoru.

Napisałaś, że przeżyliście z Tatą trudne i piękne chwile. Kiedy były te trudne, najtrudniejsze?

Cóż... Na pewno śmierć Mamy, próba ułożenia życia na nowo... To się odbijało na mnie.

Masz na myśli małżeństwo Taty?

Tak. Musiałam się rozstać z Babcią. Wiadomo, że to nienaturalne dla mężczyzny mieszkać z byłą teściową, ale kiedy ona zastępuje dziecku matkę, sytuacja wygląda inaczej. A dla mnie po śmierci Mamy rodzicami byli Babcia i Tata. Byłam zrozpaczona. Ale Tata też był rozdarty, decyzja nie należała jedynie do niego. Trudne było i to, że musiał spędzać czas i święta w dwóch domach. Ale takie chwile również umacniają. Tak jak paradoksalnie umocniła nasze relacje pod koniec życia Taty jego choroba. Trudno wymienić, na co nie chorował… Nie było mu łatwo, bo od kilku lat był co drugi dzień dializowany. Marzył o przeszczepie, ale przeszkodę stanowiło słabe serce. Miał je za to dla innych. Operacje, tętniaki, dializy – wszystko powodowało, że byliśmy wystawiani na próby. Żyłam w wielkim napięciu, co się odbijało na moim zdrowiu. Miałam stany nerwicowe. Każdy dzień był walką. Czekaniem na telefon. Jak nie odbierał, wariowałam. A on często zapominał, zostawiał komórkę w samochodzie. Ostatni raz, jak do niego nie mogłam się dodzwonić, też miałam nadzieję, że zapomniał telefonu. Niestety, nie.

Zdążyłaś Ojcu wszystko powiedzieć, pożegnać się?

Myślę, że tak. Zawsze zostają jednak rzeczy niedopowiedziane i plany, które już się nie spełnią, ale dużo rzeczy sobie powiedzieliśmy, wyjaśniliśmy.

Najpiękniejszym pożegnaniem jest miłość, którą się otacza bliską osobę.

Tak było, Tata czuł się kochany. Ostatnia operacja w Norymberdze, kiedy jego życie wisiało na włosku, zahartowała nas, ale spowodowała również, że zaczęliśmy nabierać nadziei. Dlatego tak mocno wstrząsnęła mną jego śmierć, bo myślałam, że najgorsze już było za nami. Ale pod koniec życia Tata miał kilka poważnych stresów i nie dał rady. Czasem śmierć przychodzi na życzenie. Może tak właśnie było z Tatą? Chociaż miał w sobie wielką siłę i chęć życia.

Mówisz, że Tatę bolała każda niesprawiedliwość, jaka Ciebie spotkała. A jak by zareagował, gdyby przeczytał, jaka jesteś zachłanna? Podobno za zostanie jurorem  w „The Voice of Poland” zażądałaś 25 tys. zł za odcinek...

Strasznie by to przeżywał! Nie był odporny na podłość i niesprawiedliwość, tak jak ja nie jestem. Takiego wylewu pomówień jeszcze nie doznałam w zawodowym życiu. A różne głupoty już o mnie pisano.

Skąd się wzięły te plotki? W ogóle zaproponowano Ci, żebyś została jurorką?

 

Tak. Po długich namowach i rozważaniu pierwszy raz podjęłam ten temat i miałam zostać jurorką w telewizyjnym show. Już wcześniej dostawałam podobne propozycje z innych programów. Odmawiałam. Inwestowałam czas w muzykę i rodzinę. Dawało to efekty, bo czułam, że się rozwijam. Zaczęłam być autorką tego, co robię, znalazłam swój muzyczny język, zaczęłam pisać dobre teksty, komponować, produkować. To sprawia dużą satysfakcję. Poza tym te programy dają rodzaj popularności, której się boję – powodują, że media wchodzą jeszcze bardziej z butami w życie. Nakręcane są pewne medialne sytuacje i łatwo stać się ofiarą. Tym razem jednak program „The Voice of Poland” sprawiał wrażenie merytorycznego. To, że mnie tam jednak nie ma, nie jest związane z pieniędzmi. Gdy do mojego menedżera zadzwoniono z tabloidu z pytaniem, czy poszło o pieniądze, nie zareagowaliśmy, bo staramy się nie rozmawiać z tabloidami. Jeśli cokolwiek im się powie, robią z tego zupełnie inną historię. A skoro nie dostali odpowiedzi, wysnuli wniosek, że... Bo gdy nie wiadomo, o co chodzi, chodzi o... Honorarium było ustalone, nie wzbudzało kontrowersji.

A kupiłabyś torebkę za siedem tysięcy złotych?

Nie kupiłabym. Nigdy nie podjęłabym niemoralnej decyzji finansowej i nie wydała fortuny na coś, co za chwilę obróci się w proch. Moja najdroższa torebka kosztowała trzy tysiące. Kilka dni po zakupie pobrudziłam ją smarami, a teściowa, chcąc pomóc, włożyła ją do odplamiacza i wszystkie kolory skóry puściły. Cenię jakość, ale nie robię przegięć.

Z drugiej strony angażujesz się w akcje dobroczynne, pomagasz ludziom, również finansowo.

Mając w rękach mikrofon, a przez to dostęp do mediów, warto zrobić coś nie tylko dla siebie. Kreowanie mnie na osobę zachłanną – i to na podstawie domniemanej sytuacji – jest totalnym świństwem. Media potrzebują telenowel, ale ja protestuję. Nie chcę być papierowym bohaterem.

A plotka o „X Factorze”? Podobno odmówiłaś udziału w tym programie, ponieważ jurorką była tam Twoja dawna fanka, a potem niania Twoich dzieci Maja Sablewska.

Odmówiłam wzięcia udziału w tzw. domu jurora. Miałam wtedy inne zobowiązania zawodowe, poza tym z Mają nie mam bliskiego kontaktu od dawna. Jeśli miałybyśmy znów coś razem robić, wolałabym najpierw odnowić znajomość na płaszczyźnie ludzkiej, a nie medialnej. Pisanie „nie chciała mniej zarabiać niż jej opiekunka do dzieci”, przyprawia mi znowu gębę zakompleksionej i zachłannej osoby. Gdy tak o sobie czytam, mam wrażenie, że są dwie Natalie i każda żyje swoim życiem.

Przyglądasz się karierze Sablewskiej? Tomasz Raczek nazwał ją Dyzmą polskiego show-biznesu.

Znam Maj z  bardzo dobrej strony, znam jej pozytywne cechy…

Była dobrą niańką?

Tak, bardzo (śmiech) i utalentowaną. Robiła fantastyczne zdjęcia, miała również mnóstwo pomysłów, jako osoba z mojego fanklubu, też. Byłam tą, która Maję dopingowała. Ona doskonale o tym wie. Kiedy Katarzyna Kanclerz zaprosiła ją do pracy w Universalu, mówiłam: „Idź, bo to fantastyczna szansa”. Maja nie za bardzo chciała tam iść. Było jej dobrze z nami, a nam z nią; chciała działać w moim fanklubie, pomagała mojemu menedżerowi. Potem utrzymywałyśmy bliski kontakt, który rozszedł się po kościach, bo obie byłyśmy zapracowane. Cieszę się, że odnosi sukcesy, choć mam wrażenie, że jest już inną osobą niż tą, którą znałam, ale każdy się rozwija. Jeśli komuś się wydaje, że ona nie jest na właściwym miejscu, nie może mieć pretensji do Mai, tylko do mediów, bo to media ją wykreowały, zrobiły z niej gwiazdę.

Twój synek, 11-letni Janek, gra na fortepianie. Czy Ania, w której Jarosław Kukulski widział przyszłą artystkę, jest równie utalentowana muzycznie jak reszta rodziny?

Jest muzykalna. Uwielbia tańczyć. Ale ma zaledwie sześć lat i tego samego dnia na pytanie, kim chce zostać, odpowiada, że piosenkarką i tancerką. A dwa zdania później, że trenerką delfinów. Za to Jasiek ma mnóstwo pomysłów. Przychodzi ze szkoły i mówi: „Mamo, koledzy założyli zespół. Będę z nimi grał”. A ja: „A na czym, kochanie?”. „Na perkusji”. „O, to fajnie. Ale przecież Ty nie potrafisz grać na perkusji!”. To on na to: „To nic, ale to był jedyny jeszcze nieobsadzony instrument”. Uśmialiśmy się z Michałem. Po czym powiedział, że już nie chce być perkusistą. Zdziwiłam się. Okazało się, że zniechęciła go do tego babcia: „Zobacz, ile to jest pakowania, ile noszenia!”. Na co Michał: „Synek, nie jest ważne, czy coś jest ciężkie, czy nie, jeśli będziesz to kochał”. Teraz Jasiek jest na etapie zostania  basistą. Zapowiada się, że będę miała w domu pełną sekcję rytmiczną.

Kiedy ostatni raz pomyślałaś „Co powie na to tata”?

Jak trzymałam w ręku płytę „Życia mała garść”. Tata nie miał takiej muzycznej pieczątki, albumu, do którego ludzie mogliby wracać. Jest tam zapisany kawał jego życia. Talent, przebojowość, poczucie humoru, a przede wszystkim melancholijna, romantyczna dusza. Myślę, że byłby szczęśliwy.