Gala: Dziś odnosisz wielkie sukcesy, cieszysz się uznaniem trenerów. Ale droga, którą pokonałaś, żeby być teraz na szczycie, prowadziła krętymi ścieżkami. Gdybyś mogła podjąć decyzję: robię to po raz kolejny albo odpuszczam i zajmuję się czymś innym, co byś wybrała?

Natalia Partyka: Kiedy zaczynałam, byłam dzieckiem. Niczego nieświadomym, ale ciekawym, co może się wydarzyć. Kierowałam się intuicją i marzeniami. To one zawsze popychały mnie do przodu. W momentach zwątpienia, bo takie też się przecież zdarzały, pozwalały uwierzyć, że to, co robię, ma sens. Gdybym mogła wybrać jeszcze raz, jaką ścieżką pójdę przez życie, podjęłabym tę samą decyzję. Oczywiście, ile mnie to tak naprawdę kosztowało, wiem tylko ja i najbliżsi. Sport wymaga poświęceń, rezygnacji z niektórych przywilejów życia, ale wiem, że warto było.

Często myślisz nie tylko o tym, co sport Ci dał, ale i co odebrał?

Jestem z natury optymistką, dlatego skupiam się na tym, co dobre. Jako dziecko zajmowałam się sportem półamatorsko. Odnosiłam sukcesy, ale tak na serio zaczęłam trenować, gdy miałam już naście lat. To był duży wysiłek. Dwa, trzy treningi dziennie wymuszały indywidualny tok nauczania. Wszystko było podporządkowane grze. Wyjeżdżałam na turnieje, w wieku 11 lat pojechałam na pierwsze igrzyska paraolimpijskie do Australii. Być może brakowało mi czasu na tzw. dziewczyńskie problemy, ale wiesz, myślę o tym dopiero teraz, po latach. Wtedy tak tego nie odbierałam. Otaczałam się ludźmi, którzy kochali sport, mieli cele, marzenia podobne do moich. To bardzo nas jednoczyło. Tworzyliśmy bardzo zgraną paczkę znajomych, większość z nas była w tym samym wieku.

Sport spaja, ale też dzieli. Wygrywają najlepsi, miejsca na podium nie ma dla każdego.

W mojej grupie byli głównie chłopcy, co bardzo mi pomagało. Wiadomo, wśród chłopaków dziewczyny mają przywileje… (uśmiech) Lubiliśmy się nie tylko jako sportowcy, bo dużo czasu spędzaliśmy poza salą treningową. Wspólnie się motywowaliśmy, wzorowaliśmy na lepszych. Ja też robiłam wszystko, by doskonalić swoje umiejętności. Tenis stołowy, choć jest sportem drużynowym, wymusza na nas dużo egoizmu. Każdy gra na własny rachunek. Ale nie przekładałam tego nigdy na relacje z drugim człowiekiem, rozumiałam to raczej jako konieczność koncentrowania się na grze.

Kiedy patrzysz z perspektywy czasu na swoją karierę, uważasz, że bardziej motywowały Cię sukcesy czy porażki?

W życiu sportowca są potrzebne i sukcesy, i porażki. Na początku więcej jest niepowodzeń. Zawsze powtarzam, że bez nich nie ma zwycięstw. Ważne, jakie lekcje wyciągniemy z tych trudnych momentów. Czego dzięki nim nauczymy się również o sobie.

A jak Ty tłumaczyłaś sobie przegrane?

Myślałam: „Muszę zrobić wszystko, by więcej się tak nie czuć”. Gdy byłam młodsza, na pewno trudniej akceptowałam niepowodzenia. Nie chciałam podczas turnieju obserwować gry zawodników z perspektywy widza. Bardzo mnie to bolało. Może nie umiałam poradzić sobie ze swoją ambicją? Z wiekiem to się zmieniło – mam inne podejście do porażek. Wiem, że czasami trzeba przegrać dwa mecze, by potem odnieść kilka spektakularnych sukcesów. Całe nasze życie jest przecież lekcją.

W Polsce dużą popularnością cieszą się piłka nożna, siatkówka, skoki narciarskie. Dla wielu słowo „ping-pong” przywołuje przykre wspomnienia ze szkolnego WF-u. Nie pomyśl, że deprecjonuję to, co robisz. Po prostu zastanawiam się, dlaczego akurat tenis stołowy?

Moi rodzice zawsze lubili sport, ale uprawiali go raczej półamatorsko. Zależało im, żebyśmy ze starszą siostrą, Sandrą, też były aktywne. Tenis stołowy wziął się od tego, że blisko naszego domu znajdowała się hala, w której trenowano tę dyscyplinę. Sandra zaczęła chodzić na zajęcia wcześniej, ja dołączyłam po czasie, kiedy ona miała już jakieś umiejętności. Byłam więc na przegranej pozycji – musiałam się wiele nauczyć, żeby ją ograć. Początki, wiadomo, nie należały do najłatwiejszych. Nie. Także ze względu na moją niepełnosprawność. Ale postępowałam intuicyjnie – wzięłam rakietkę do lewej ręki, piłkę naturalnie do prawej… Im więcej czasu spędzałam na treningach, tym większej wprawy nabierałam. Poza tym ja zawsze byłam aktywnym dzieckiem. Dużo czasu spędzałam na podwórku, włócząc się z chłopakami. Wchodziliśmy na drzewa, przeskakiwaliśmy przez płoty, organizowaliśmy rajdy rowerowe.

Siostra Cię wspierała?

Wspierała, motywowała. Zawsze się mną opiekowała. Razem jeździłyśmy na pierwsze obozy, trenowałyśmy.

Nie rywalizowałyście z sobą?

Nigdy. Siostra nie zajęła się tenisem stołowym zawodowo. Wybrała inną drogę: skończyła studia, założyła rodzinę. Wiedziała, że chce robić coś innego, a sport traktować w kategoriach przyjemności. Ale wtedy i dziś bardzo mnie wspierała.

Teraz Twoja niepełnosprawność nikogo nie dziwi – jest wpisana w charakter życia, pracy. Dzieci są niestety najsurowszymi krytykami, mówią to, co myślą, nie zważając na uczucia innych. W dzieciństwie to, że odróżniasz się od rówieśników, nie wpływało na Wasze relacje?

Dzieci są nie tyle okrutne, ile ciekawskie. Kiedy ktoś mnie poznawał, zaczynał od pytania: „Dlaczego nie masz ręki?”. Ale gdy już otrzymał odpowiedź, zapominał, że się różnimy. Nigdy nie doświadczyłam wyśmiewania, szyderstwa. Może miałam szczęście, a może po prostu moja osobowość była na tyle silna, że nie pozwalała na takie uwagi?

Uważasz, że Twoja niepełnosprawność sprawiła, że paradoksalnie stałaś się silniejsza?

Myślę, że tak. Gdy zaczęłam brać udział w zawodowych turniejach, często słyszałam: „A ona? Po co pcha się między pełnosprawnych sportowców, skoro nie ma przedramienia?”. To bolało, ale też dawało siłę, kopniaka, że potrafię, że umiem, że dam radę. Paradoksalnie chyba dzięki temu przekraczałam kolejne granice, to mnie napędzało do jeszcze większej pracy nad sobą.

Rodzice nie bali się, że sport może Cię skrzywdzić?

Miałam 11 lat, gdy po raz pierwszy wyjechałam na igrzyska paraolimpijskie. To były czasy bez telefonów komórkowych, internetu. 2000 rok,
a ja pojechałam na drugi koniec świata. Sama nie wiem, skąd wtedy czerpałam odwagę. To chyba właśnie skutek wychowania, bo rodzice nigdy nie otaczali mnie przesadną kuratelą. Dawali dużo wolności, hartowali, bo wiedzieli, że życie nie będzie mnie oszczędzać. Im szybciej zbiję sobie dwa kolana, tym szybciej stanę na nogi, otrzepię się i pójdę dalej.

Co zawdzięczasz rodzicom?

To, że umiem sobie radzić w życiu sama. A także całą moją karierę. To oni zaprowadzili mnie na pierwsze zajęcia, pomagali, wspierali. Czułyśmy i czujemy z siostrą, że jesteśmy kochane, a to bardzo ważne, kiedy dziecko, a potem dorosły buduje swoją pewność siebie. Bardzo się o nas troszczyli, dając nam mnóstwo wolności. Cudowne połączenie.

„Sport nie tylko nauczył mnie dyscypliny i determinacji. Pomógł też podejmować decyzje. Kiedyś bałam się, że mogę kogoś zranić. Teraz wiem, że muszę być stanowcza”.
Natalia Partyka

Nie chcieli, żebyś wybrała inną drogę?

Nie, bo widzieli, jak świetnie się czuję, kiedy gram. Radość, wielka satysfakcja – to daje mi sport. Jak mogliby chcieć pozbawić mnie takich emocji, skoro bardzo mnie kochają?

Skoro jesteśmy przy emocjach – sport jest nie tylko ich źródłem, lecz także je pochłania. Gdzie Ty, ambasadorka marki Enea, firmy energetycznej, szukasz mocy, kiedy wychodzisz z sali treningowej?

Ambasadorką marki Enea jestem od niedawna. Cieszy mnie, że firma Enea uwierzyła we mnie, doceniła i postawiła na naszą wieloletnią współpracę. Już nie mogę się doczekać wspólnych przedsięwzięć na polu działań społecznych, zarówno w sferze sportu, jak i w wielu innych dziedzinach życia, np. aktywizacji osób niepełnosprawnych. Co do emocji… Umiem zachować balans między sportem a codziennością. Wiadomo, to nie jest łatwe, kiedy poświęcasz treningom tak dużo czasu. Bywa, że kuleją przez to przyjaźnie, związki, relacje z rodziną. Ale ja staram się tak intensyfikować spotkania z najbliższymi, by były one jakościowe. Wiem, że mamy niewiele czasu dla siebie, dlatego gdy jesteśmy razem, to już tak na maksa. (uśmiech) To wszystko sprawia, że zawsze żyję na wysokich obrotach. Dlatego, tak jak mówisz, muszę znaleźć jakieś ujście dla emocji, którym ulegam. Dla mnie jest nim trening na siłowni, bo daje zupełnie inne bodźce, albo… spacer po plaży. My, ludzie znad morza, często nie doceniamy, w jak wspaniałym miejscu żyjemy. Dlatego kiedy tylko mogę, biegnę na plażę, by pobyć sam na sam ze swoimi myślami. To oczyszczające.

Wyobrażasz sobie czasami siebie sprzed lat? Myślisz o tym, jak sport Cię zmienił?

Na pewno ukształtował mój charakter. Poza samodyscypliną, determinacją wpłynął na to, że nauczyłam się podejmować decyzję. Kiedyś miałam z tym problem. Bałam się, że mogę kogoś zranić, urazić. Dziś staram się żyć według swojego dekalogu, ale świadomie decydować o tym, co robię i kim jestem. Cieszę się, że przez te wszystkie lata powoli zmienia się podejście do sportu paraolimpijskiego. Odnosimy w nim wielkie sukcesy, o czym może niewiele osób wie. Dlatego marzę, żeby zawodnicy byli jeszcze bardziej doceniani. Być może to się uda? Oby.

rozmawiał Damian Gajda