Nadal uważasz, że „cycki i pupa najlepiej się sprzedają”?

Oczywiście. Jak wrzuciłam na Facebooka zdjęcie pupy, miałam kilka tysięcy „lajków”. Ale kiedy zachęcałam do potępienia niepochlebnego materiału na temat Polski wyemitowanego przez BBC, nie było ich zbyt wiele. Wtedy zrozumiałam, że szlachetne intencje nie są dziś w cenie.

Czyli pupa i cycki najlepszym biletem do kariery?

Niestety tak, jednak to nie wystarczy...

Można powiedzieć, że jesteś bezwstydna i... dość bezczelna.

Nie. To się nazywa szczerość.

Ale w rankingu najbardziej znienawidzonych przez Polaków gwiazd jesteś zaraz po Dodzie i Grycance...

Polacy lubią nienawidzić. Ja to wiem, ale też specjalnie się tym nie przejmuję. To, że ludzie mnie nienawidzą, to jest ich problem, nie mój...

Więc nadal uważasz, że Twoim największym wrogiem są „zaniedbane 40-latki z nudnej pracy”?

Raz dziennikarz na siłę wyciągnął ode mnie taką wypowiedź, ale ja nie do końca tak uważam. Są ludzie, którzy tylko krytykują, a sami nie robią nic ze swoim życiem. Albo robią tak,  że im nie wychodzi, i wtedy wylewa się z nich żółć... Powiem ci, że szczerze mi ich szkoda...

Ludzi drażni, że tak szybko odniosłaś sukces. Jedno zdjęcie zrobione podczas Euro 2012 sprawiło, że z kompletnego „no name’a” stałaś się bywającą na salonach celebrytką.

To, co stało się na Euro, spadło na mnie i na ludzi jak grom z jasnego nieba.

A mówiło się, że swoją obecność w mediach zaplanowałaś w najdrobniejszym szczególe z pomocą specjalistów od PR-u.

Nie, to wszystko, co się wydarzyło na Euro, to był naprawdę przypadek.

A może po prostu trochę się nudziłaś, więc powiedziałaś swojemu partnerowi: „Mariusz, zrób coś, żebym zaistniała”. I Mariusz wynajął agencję PR-owską, która zorganizowała ten cały szum wokół Ciebie.

Nie. (śmiech) Chwilę przed mistrzostwami Europy wzięliśmy ślub w Las Vegas. Wierzę, że to połączenie naszych energii spowodowało te wszystkie wielkie zmiany w naszym życiu i to nagłe zamieszanie wokół mnie. Ja w ogóle nie zamierzałam zostawać w Polsce. Wpadliśmy tu z Mariuszem tylko na Euro... Byłam zła, że nie mieliśmy loży VIP-owskiej. Zamiast tego niezbyt dobre miejsca, za to koszmarnie drogie. Powiedziałam: „Mariusz, tyle pieniędzy to jest przesada, wolę sobie za to kupić buty”. (śmiech) A on: „Spokojnie, Euro w Polsce może się już nigdy nie powtórzyć i czuję, że coś się wydarzy”. Przed meczem Polska – Rosja były zamieszki i opóźnienia, więc fotoreporterzy chodzili po trybunach i robili zdjęcia. Jeden zaczął mnie fotografować. Byłam zła na niego. Podeszli też inni. Na drugi dzień w internecie była cała galeria moich zdjęć. I lawina ruszyła...

Okrzyknięto Cię Miss Euro 2012, a za reklamę napoju energetycznego otrzymałaś 400 tys. zł. W tym samym tygodniu co producenci napoju zadzwonili do Ciebie z „Playboya”. Dostałaś 100 tys. zł za rozbieraną sesję...

Tak, jasne! I może jeszcze do tego kombinezon Iron Mana? (śmiech) Nie od dziś portale zajmują się „kreatywną księgowością”. (śmiech) Media potrafią szybko wywołać w ludziach zawiść. Żeby nie było zbyt pięknie...

Ale sama chciałaś podjąć grę z mediami. To był Twój cel. Wiedziałaś, w co wchodzisz.

Dopiero gdy zobaczyłam, jakie jest zainteresowanie. Pomyślałam wtedy, że grzechem byłoby z tego nie skorzystać. Tyle że najpierw zaczęły się mną interesować zagraniczne media: brazylijskie, portugalskie, włoskie. Umawiały się na wywiady i tak to się nakręciło. Dopiero wtedy Polska to zauważyła. Pierwszego wywiadu telewizyjnego udzieliłam „Wiadomościom”. Zadzwonił do mnie sam Piotr Kraśko. Potem już była lawina i tak się to rozkręciło, że zostaliśmy na razie z Mariuszem w Warszawie.

Wcześniej przez kilka lat mieszkaliście w Brazylii.

Tam mieliśmy swoje życie i pracę. Mariusz jest biznesmenem i zajmuje się branżą kosmetyczną. Byliśmy właścicielami firmy. Ja pracowałam trochę jako modelka. Ale oczywiście przyjeżdżaliśmy do Polski dwa razy w roku, żeby spotkać się z rodzicami i synem Mariusza.

Masz dobry kontakt z rodzicami?

Najlepszy na świecie. Z moją mamą, kiedy byłam w Brazylii, codziennie rozmawiałyśmy przez Skype’a. Jak już musiałam coś zrobić, mówiła: „To idź, a ja popatrzę sobie na ciebie, córeczko, jak się krzątasz. Wyprasuj sobie tę sukienkę”. W ogóle mam wspaniałych rodziców... Są Ślązakami.

Śląska dziołcha z Ciebie.

Rodzice mówią o mnie „nasza Natalijka”. (śmiech)

Ślązacy są bardzo rodzinni. I podobno na Śląsku w domu rządzą kobiety. U Ciebie też?

To jest dosyć skomplikowane, ale można tak powiedzieć. (śmiech) U nas w domu są trzy baby: mama, siostra i ja. Chociaż tak naprawdę to chyba ja najbardziej rządziłam. I dalej rządzę. Jestem zodiakalną Lwicą!

Świetne – Ślązaczka, która pracuje i robi karierę w Brazylii.

Prawdę mówiąc, nie chcę dłużej mieszkać w Brazylii, chociaż czasami tęsknię za tamtym jedzeniem, pogodą, plażami i ludźmi... Tam jednak jest zbyt niebezpiecznie. Chodzisz po ulicy ze świadomością, że może zdarzyć się  coś złego, każdy cię przed czymś ostrzega. Mieszkaliśmy z Mariuszem w najlepszej dzielnicy, ale nie czuliśmy się tam bezpiecznie. Po tym, jak na ulicy przystawiono nam pistolety do głowy, jeździliśmy kuloodpornym samochodem. Nie możesz normalnie pójść na dyskotekę, do banku, nie możesz nosić drogiej torebki, zegarka, biżuterii, bo cały czas masz świadomość, że ktoś może cię napaść. Jak żyć w takim kraju? Jeżeli jedziesz tam na wakacje, jest super. Ale tylko przez chwilę. A ja chciałabym już mieć dziecko, ale nie chcę go wychowywać w Brazylii.

 

Seksbomba rozbierająca się dla „Playboya” marzy o dziecku?!

Ja mam w sobie tyle sprzeczności! (śmiech) Musiałabyś mnie bliżej poznać, żeby zobaczyć, jakim jestem ufoludkiem. (śmiech)

I nie wrócisz już do Brazylii?

Pewnie na chwilę, w przyszłym roku. Przecież tam będzie mundial! (śmiech) A w Brazylii, jak na ironię, po Euro dostali kota na moim punkcie. W telewizji Globo – największej stacji w Brazylii – zrobili dwudniowe spotkanie ze mną. Byli zachwyceni, że mówię po portugalsku. Mogłabym tam zrobić dużo fajnych rzeczy. Ale teraz wybrałam Polskę. Moja mama się cieszy, że jestem bliżej rodziny. Nie wyobrażam sobie jednak życia w Polsce na stałe. Nie czuję się tu dobrze. Pogoda i ogólna energia są nie do przyjęcia. Zrobiłam szybką karierę, doświadczyłam więc sporo zawiści.

Na przykład zawistnicy wytykali Ci, że Twoja uroda to nie do końca zasługa genów. Jesteś zwolenniczką poprawiania urody?

Tak. Piersi mam poprawione. Nigdy tego nie ukrywałam. Zawsze miałam duże piersi, ale kiedy bardzo schudłam, około 7 kg, one po prostu klapnęły. Schudłam z nerwów. Bo właśnie się rozstawałam z poprzednim facetem, zaczynałam być z Mariuszem. Nic nie mogłam jeść. Ważyłam 46 kg.

Plotkowano, że uwiodłaś swojego męża, kiedy był jeszcze żonaty. Że w ogóle masz obsesję na punkcie żonatych facetów.

Kiedy poznaliśmy się z Mariuszem, rzeczywiście był żonaty. Ale wtedy byliśmy tylko znajomymi. Dopiero po jakimś czasie wpadliśmy na siebie i zaiskrzyło. A jeśli chodzi o obsesję, mam ją jedynie na punkcie seksu i zdrowego żywienia...

A jaki masz stosunek do seksu? Mam wrażenie, że Ty sprzedajesz taką jego radosną wersję.

Lubię seks. Może dlatego, że miałam po prostu farta? Trafiłam na odpowiedniego partnera. Bo nie ma nic piękniejszego i bardziej radosnego niż seks z ukochanym, który daje satysfakcję. Ale faktycznie, jeżeli ktoś zaznał seksu, który go nie cieszy...

W katolickim kraju takie otwarte mówienie o seksie nie zawsze się podoba.

Nie jestem katoliczką. Moi rodzice są wierzący, chodzą do kościoła. Moja siostra też jest bardzo religijna. Często się ścieramy na tym polu. Robi się wtedy niezły cyrk. Dlatego w moim domu, kiedy przyjeżdżam, religia jest tematem tabu. W ogóle nawet nie zaczynamy o tym rozmawiać.

Podobno w miejscu intymnym masz tatuaż z napisem: „Podziwiaj widok”. Dużo masz jeszcze tatuaży?

Na prawym nadgarstku mam imiona aniołów, aniołów ochronnych. Jeden ma chronić miłość, a drugi jest opiekunem mojego rozwoju i chroni przed zawiścią i zazdrością ludzi. Na drugim nadgarstku jest znak siły. Mam też napis: „I’m going insane now” – to jest właśnie to, co czasami czuję: że zaraz ogarnie mnie szaleństwo. (śmiech)

Kiedy przestałaś się wstydzić pokazywać nago?

Jak miałam 13 lat, zrobiłyśmy sobie z moją przyjaciółką zdjęcia na golasa. To były tylko takie dla nas. Wzięłyśmy je do szkoły i... Pamiętam, to była lekcja religii. Wszyscy oglądali jakieś zdjęcia, więc ksiądz się wydarł, żeby go słuchać, i zabrał mi tę kopertę, która leżała na ławce, z niecenzuralnymi fotkami, i poszedł z nią do dyrektorki. Pewnie nieźle się zdziwił, jak zobaczył, jakie tam są zdjęcia (śmiech) Oczywiście później dywanik, dyrektorka powiedziała, że do „Playboya” to możemy sobie pozować, ale dopiero, jak wyjdziemy z podstawówki. I chciała to pokazać na szkolnym apelu...

Czyli generalnie próbowali Cię zawstydzać, a Ty już wtedy poczułaś...

Pomyślałam, że wcale tak źle nie wyglądam, więc czego ja mam się wstydzić? Wszystko, co robię, robię w zgodzie ze sobą, nie dla innych. Bo jeśli żyjesz dla innych, nie żyjesz wcale!

A co myśli Twój mąż, kiedy ogląda Cię na okładce „Playboya”?

Jest dumny, cieszy się. Ale zdaję sobie sprawę, że każdy, kto ogląda taką sesję, coś sobie projektuje w głowie na mój temat. Nawet ty, rozmawiając ze mną. Na przykład to, że skoro żyję z tego, że pokazuję swoje ciało, to muszę być...

...pusta, zepsuta...

Jestem tarczą, w którą się rzuca lotkami. (śmiech) Ludzie zawsze coś sobie wyobrażali na mój temat, mimo iż to nie miało ze mną nic wspólnego. Media też kreują taki mój wizerunek: „jak seksowna, to głupia i tylko seks jej w głowie”... Nie za bardzo mnie to dotyka. Ten, kto mnie zna, wie, jakim człowiekiem jestem, i tylko to się dla mnie liczy!

Sama to podsycasz, na przykład deklarując, że chciałabyś iść do łóżka z kobietą.

Teraz mam fazę na Rihannę. Muszę ją poznać i pewnie tak się stanie. Z Anią Przybylską też mogłabym być. I Joanną Krupą. Lubię piękne kobiety. (śmiech)

Byłaś kiedyś z kobietą?

(śmiech) Byłam. Ale kobiety są takie delikatne, za delikatne dla mnie.

Może jednak jesteś facetem w związku?

(śmiech) Nie. Mój mężczyzna musi być silny i we mnie wpatrzony. Na pewno szukałam tego samego co mam w modelu rodzinnym. Słyszę od rodziców: „My cię wspieramy we wszystkim, co robisz, bo jesteśmy twoją rodziną”. Tata zawsze mówi: „Natalijko, nieważne, co się stanie, ja zawsze będę za tobą”. Mój tata ma taki charakter jak ja. Mama żyje w innym, wyimaginowanym świecie, pracuje w banku i jest bardzo profesjonalna. Mam to po niej, że tak samo funkcjonuję – bujam w obłokach, ale jeśli chodzi o pracę, to jestem bardzo solidna i poukładana. Oboje rodzice są bardzo pracowici i zakochani w sobie po uszy. Jak jestem w domu, mój tata robi i podaje nam wszystkim śniadanie, obiad. Zawsze wycina z warzyw wzorki dla swojej żony i córeczek, żeby było ładnie. Siadamy, gadamy i jest fantastycznie.

Jesteś bardzo kochana przez rodzinę.

Tak, i chyba dzięki temu tak mi się w życiu układa.

 

Kiedy weźmiecie z Mariuszem prawdziwy ślub, nie w Las Vegas?

Mam swoją teorię na temat ślubów. Nie zależy mi na tym. Kobiety myślą, że ślub to taka uroczystość, podczas której dostajesz pudełeczko, w którym jest wszystko: miłość, szacunek, przyjaźń, recepta na szczęście. Zakładają, że odbędzie się ślub, a potem przez całe życie będzie już tylko można czerpać z tego cudownego pudełeczka. A ja uważam, że tak nie jest. Pudełeczko trzeba najpierw czymś wypełnić, zanim będziesz mogła coś z niego wyciągnąć. I nie można z niego wyciągnąć więcej, niż się włożyło... Ale do tego nie trzeba ślubu...

Tyle wokół Ciebie pokus, tylu mężczyzn szaleje na Twoim punkcie. Z takimi warunkami mogłabyś zmieniać facetów jak rękawiczki, a Ty jesteś wierna temu jednemu?

Jestem. Od ośmiu lat, odkąd jesteśmy razem. To dla mnie oczywiste! Nie interesują mnie tak zwane związki otwarte. Faktycznie czasami niektórzy sugerują: „Mogłabyś spędzać czas na jachtach, w prywatnych jetach, nic nie robiąc”. Ale czy o to w życiu chodzi?

Uważasz, że jety i jachty nie dają szczęścia?

Jednym dają, innym nie. Szczęście według mnie odnosi się do sfery uczuć, takich jak miłość, zaufanie, spełnienie w związku, spędzanie ze sobą czasu i realizacja wspólnych marzeń. Sama lubię spędzać w ten sposób czas, ale nie wyobrażam sobie, żebym robiła to u boku osoby, której nie kocham. Dla mnie najważniejsze jest, żeby mieć wspólny „lot”, przeżywać życie wspólnie, czerpać z tego radość, być sobą i nie udawać przy najbliższej osobie kogoś, kim się nie jest.

Byłam zdziwiona, oglądając zdjęcia Twojego mieszkania w internecie. Nie pławisz się w luksusach.

To mieszkanie jest miejscem, gdzie chwilowo jestem i trzymam rzeczy, to nie mój dom. Nie mam jeszcze miejsca, które mogę nazwać domem. Razem z Mariuszem czujemy się obywatelami świata, dużo podróżujemy. Musimy latać, zmieniać miejsce, bo w innym wypadku obumieramy. Potrzebuję wolności, by latać tam, gdzie chcę. Do szczęścia nie potrzebuję złotych klamek i kranów. Za to potrzebuję zmiany. Ludzie często boją się zmian, a ja nie potrafię bez nich żyć! Uwielbiam ten stan ducha, kiedy czuję, że mogę wszystko, a nie muszę nic.

I dlatego nagrywasz płytę w Londynie? Chcesz być teraz piosenkarką?

Nie chcę być piosenkarką! To po prostu kolejne marzenie i propozycja, która sama do mnie przyszła, a ja postanowiłam spróbować. Nie wyobrażam sobie, że jadę gdzieś w Polskę, wychodzę na scenę i... jestem Dodą. Teraz pojadę do Anglii kończyć singiel i nagrywać teledysk, ale o karierze muzycznej nie myślę.

Czy Twój debiutancki singiel będzie utrzymany w stylistyce R’n’B?

Próbuję różnych rzeczy. Zobaczymy, jak to będzie finalnie wyglądało.

A jak trafiłaś do teledysku amerykańskiego zespołu Thirty Seconds to Mars, w którym liderem jest Jared Leto? To Twój kumpel?

Poznaliśmy się dwa lata temu po koncercie w Brazylii i się polubiliśmy. Z Jaredem do dziś mam kontakt, więc poprosił mnie, żebym wystąpiła w teledysku jego zespołu do piosenki  "Up in the Air”. Niestety okazało się, że muszę mieć pozwolenie na pracę w Stanach, więc ostatecznie mogli wykorzystać tylko ujęcia moich oczu i ust. (śmiech) Zawsze bardzo lubiłam muzykę tego zespołu, więc fajnie, że takie marzenie się spełniło. Oni są genialni. Teraz sobie myślę, że muszę uważać, o czym marzę, bo wszystko się sprawdza. Ostatnio na przykład oglądamy z Mariuszem film „Mechaniczna pomarańcza” i mówię: „Ale świetne rzeźby! Wiesz, chciałabym, żeby ktoś mnie tak wyrzeźbił”. Dwa dni później dzwoni pan Marek Sułek i mówi, że chce zrobić moją rzeźbę, że to jego marzenie. (śmiech)

A Ty o czym teraz marzysz? O podboju Stanów?

O żadnym podboju nie myślę. Będzie, co będzie... Po prostu chcielibyśmy z Mariuszem zamieszkać w Los Angeles. Tam jest wspaniała energia, chce się żyć i działać. Myśleliśmy o Miami, ale tam zginęlibyśmy. Bo to jedna wielka imprezownia. (śmiech)

Lubisz Amerykę?

W Stanach jest śmiesznie, inaczej. Tam jest niesamowity kult „celebrities”. Wystarczy, że jesteś tylko trochę znana, już szaleją na twoim punkcie. Byłam na imprezie między innymi z Salmą Hayek. Wchodzę, przedstawiają mnie: „To jest Miss Euro”. I wszyscy: „Wow, Miss Euro! A kiedy oddajesz koronę?” (padłam ze śmiechu) i całują mnie po rękach: „Wróć do nas. Jesteś cudowna!”. „No, może nie w tym roku, ale przyjdę do was” – odpowiadam. Wiem już, że najważniejszy jest dystans do siebie i do tego wszystkiego, co się dzieje. (śmiech)

Mówisz, że to wszystko przez przypadek. Ale ta mała Natalka na Śląsku marzyła, że podbije świat? Że świat jest jej?

Od samego początku tak czułam. Już w dzieciństwie wiedziałam, że nie chcę mieszkać w Wałbrzychu, nie chcę mieszkać w Polsce. Chcę mieszkać wszędzie!

Miałaś dość familoków?

Tak! (śmiech)

Wcześnie zdałaś sobie sprawę ze swoich warunków, z tego, że jesteś atrakcyjna?

Tak, dosyć szybko. I miałam z tym duży problem. Jestem chłopaczarą i uwielbiam spędzać czas z facetami. A oni ciągle się we mnie zakochiwali, więc nie mogłam być tylko kumpelą. A bardzo chciałam. Jako mała dziewczynka modliłam się o to, żeby być brzydsza. Teraz mam nadzieję, że to się nie spełni! (śmiech) Kiedyś uroda to było dla mnie przekleństwo, bo nie mogłam mieć normalnych kolegów.

A koleżanki?

Miałam. Ale czasami mówiły, żebym nie szła z nimi na dyskotekę, bo znowu wszyscy będą tylko na mnie zwracać uwagę. Za to innym razem chciały, żebym z nimi poszła, żeby dosiedli się do nas chłopcy, których chciały poznać. Zawsze coś...

 

A odbijałaś koleżankom chłopaków?

Nie! Przez cztery lata, od 14. roku życia, miałam jednego faceta. Byłam z nim bardzo szczęśliwa. Takie dłuższe związki miałam trzy. Teraz jestem w długim związku z facetem, w którym jestem bardzo zakochana, który mnie rozumie, i podoba mu się to, co robię.

Natalia, wygląda na to, że Twoje 5 minut sławy zamienia się w 10 minut albo nawet dłużej...

Tak, mam wrażenie, że ludzie zaczęli mnie traktować bardziej poważnie. Jesienią wystąpię gościnnie w nowym serialu, prowadzę też rozmowy i być może zagram w filmie.

Erotycznym?

Mogę tylko zdradzić, że będzie o amazonkach. Nagrywam piosenkę i teledysk.

Krążą plotki, że kończysz z rozbieraniem?

Spokojnie, tylko na razie kończę. (śmiech) Agencja PR-owska w Londynie, która teraz się mną zajmuje, przyjęła inną strategię. Jestem tam jedyną dziewczyną z naszej części Europy i mają wobec mnie jakieś poważne plany. Zobaczyli moje zdjęcia w „The Sun” i teraz mam kolejny kontrakt, moja sesja ukaże się w magazynie „Loaded”. Właśnie skończyłam zdjęcia do reklamy produktów samoopalających. Mam jeszcze kilka propozycji. Z jednych korzystam, inne odrzucam. Słucham swojej intuicji i staram się nie zmarnować szans, które dostaję.

Ale wiesz, że uroda przemija, a czas płynie i nic go nie zatrzyma?

Ja płynę razem z nim.

Jak w takim razie widzisz swoją przyszłość?

Ciężko mówić o przyszłości, jeśli żyje się tylko dniem dzisiejszym... Myślę, że będę podróżować po świecie, zagłębię się w tajniki ajurwedy i jogi. Będę siedziała sobie gdzieś w Indiach i odkrywała swoje wnętrze. Czekam na to z niecierpliwością. Bo najważniejsza jest ta podróż „do środka”. Dlatego tutaj, za uchem, mam znak nieskończoności. On oznacza perfekcję. Ale ten tatuaż jest nieskończony. Bo ja cały czas szukam...

Wydaje się, że wszystko idzie Ci jak z płatka, Twoje życie to sielanka. A popełniałaś błędy?

Ja niczego w życiu nie traktuję jako błędu! Po prostu wyciągam lekcje z pewnych porażek i to one ukształtowały ze mnie takiego człowieka, jakim jestem teraz. Może dziś mediom powiedziałabym mniej o pewnych rzeczach. Bardziej uważałabym na dziennikarzy. Jak przy tej aferze, po której pisano, że mogę każdą sumę wydać na ciuchy.

Ale sama w wywiadzie powiedziałaś, że możesz jednorazowo wydać 90 tys. zł.

No właśnie, to nawet nie był wywiad. To był mój błąd – osoby początkującej w show-biznesie. Rozmawiałam z pewną dziennikarką w moim wieku. Stwierdziła: „Masz takie fajne ciuchy... Ile na nie wydajesz?”. Więc powiedziałam, że wydaję tyle i tyle. No i zrobiła się z tego afera. A przy moich koleżankach, które potrafią wydać na stroje nawet 200 tys. zł, to i tak niewiele. (śmiech) Ale wiadomo, że przez takie wyznania wzbudza się w ludziach zawiść. Poza tym zaczęło się wokół mnie kręcić wielu ludzi, którzy chcieli coś ugrać. Dlatego teraz nie dziwię się osobom publicznym, że się zamykają. Bo często ci, którzy kręcą się koło nich, chcą wykorzystać cokolwiek, chociażby najdrobniejszą wiedzę na temat takiej osoby. Teraz już to wiem, ale na początku nie zdawałam sobie z tego sprawy, jak bardzo trzeba na to uważać.

Więc na co trzeba uważać w show-biznesie?

Na ludzi. Bo bywają groźni. (śmiech)

Nie lubisz ludzi?

Kocham ludzi i dalej w nich wierzę. Ale dziś już wiem, że ludzie są bardzo różni.