GALA: Nina Andrycz podarowała Ci naszyjnik, który sama przed laty dostała od premier Indii Indiry Gandhi, i powiedziała: „Odznaczam panią na gwiazdę i życzę zdrowia”. Masz go nadal?

NATASZA URBAŃSKA: Co za pytanie?! Leży na honorowym miejscu.

GALA: Możesz go opisać?

NATASZA URBAŃSKA: Złoto połączone z perłami, całość utrzymana w stylistyce lat 20. To naszyjnik, który nosi się blisko szyi. Minimalistyczny i elegancki. Widać jego klasę.

GALA: Często go nosisz?

NATASZA URBAŃSKA: (śmiech) Boję się, że ktoś mi zerwie. Tak naprawdę miałam go na szyi raz, w momencie kiedy go dostałam. W jakimś sensie nie sam naszyjnik jako biżuteria jest dla mnie najważniejszy. Największe znaczenie ma sam gest. Pani Nina Andrycz potrafiła rozstać się z niezwykłą pamiątką, częścią jej samej, kawałkiem historii swojego życia, i podarować go obcej osobie. Była zła, nie zgadzała się z werdyktem jury (w finale X edycji „Tańca z gwiazdami” – przyp. red.) i pomyślała: „Muszę tej dziewczynie coś dać”. Poznałyśmy się w chwili, kiedy podała mi ten cudowny naszyjnik. Nigdy nie zapomnę tego gestu.

GALA: „Naznaczenie” na gwiazdę wyczarowało dla Ciebie główną rolę kobiecą w filmie Jerzego Hoffmana „Bitwa warszawska 1920”, który niedługo wejdzie na ekrany kin.

NATASZA URBAŃSKA: Nie mogłam uwierzyć w swoje szczęście. I nie wierzyłam aż do pierwszego dnia zdjęciowego, że pan Jerzy Hoffman właśnie mnie powierzył główną rolę w takim filmie.

GALA: Ale powierzył, zagrałaś Aleksandrę, i to podobno bardzo dobrze.

NATASZA URBAŃSKA: Ola jest aktorką, piosenkarką, artystką przedwojennego kabaretu. Ale jej gwiazda wschodzi w niesprzyjających dla niej czasach, ponieważ wojska bolszewickie nacierają na Warszawę i jej narzeczony, ułan, wyrusza na front. Wtedy pojawiają się przeróżne komplikacje. Jest dramatycznie, romantycznie, niebezpiecznie, zabawnie...

GALA: Pewnego dnia cała ekipa popłakała się na planie... ze śmiechu.

NATASZA URBAŃSKA: Miałam scenę, w której musiałam strasznie się rozpłakać. Pan Jerzy mówi tak: „Wiesz, wbiegasz do tej garderoby – chodziło o moją filmową garderobę – i w takim płaczu, w takim szlochu rzucasz się na to łóżko...”. Ja na to: „Aha, aha, aha...”, ale on widzi, że ja tak nie za bardzo to „kupiłam” i nagle mówi: „Dobra, pokażę ci to”. Rzuca na bok okulary, cofa się kilka kroków, bierze rozbieg i w kilku susach, w tej mojej damskiej garderobie, w tych tiulach, piórach i w tej biżuterii, wpada na łóżko... (śmiech). A ponieważ to była próba generalna, wszyscy byli obecni na planie. Niby normalna sytuacja – reżyser pokazuje aktorce, jak grać, ale pan Jerzy, postawny, duży mężczyzna, nagle stał się mną! Rzucił się na leżankę i łka bez tych okularów, z chusteczką przy oczach, tiule go omotały... Wszyscy się zagotowali, a pan Jerzy tak wczuł się w rolę, że nie zauważył, że go nagrywają. Leży w tych tiulach i nagle słyszy huk z sąsiedniego pokoju, gdzie siedział Sławomir Idziak z drugim reżyserem i kilkoma innymi osobami. Wszyscy tak głośno się śmiali, że pan Jerzy Hoffman do nich wpadł, zobaczyć, co się stało. Kiedy ujrzał siebie na ekranie, sam się zaśmiał. Po chwili, odwrócił się do mnie i zapytał: „No dobra Nataszek, to jak? Jesteś gotowa? Pamiętasz wskazówki?”. Przez 15 minut ekipa nie potrafiła się uspokoić.

GALA: Patrzysz na siebie na ekranie z dumą czy niepokojem?

NATASZA URBAŃSKA: Teraz jest już za późno, żeby o tym myśleć. Mam zaufanie do pana Jerzego, że wybierze najlepsze duble. Na samym początku mówiłam mu: „Pan się nie boi, pan na mnie krzyknie. Jestem na to gotowa, jestem przyzwyczajona. Jak coś będzie nie tak, poprawiajmy!” (śmiech). A pan Jerzy takim miłym, ciepłym głosem odpowiadał: „Jest dobrze, Nataszek. Jakby coś było nie tak, to ja bym ci powiedział. Jest dobrze”. A ja: „Jak to jest dobrze?! To jest niemożliwe!” (śmiech). To była dla mnie superprzygoda. Najpiękniejsze wakacje, jakie miałam w życiu.

GALA: Przyglądam Ci się od lat, pniesz się konsekwentnie po szczeblach kariery, ale zawsze zachowujesz w sobie i skromność, i pokorę. W show-biznesie to naprawdę rzadkość.

NATASZA URBAŃSKA: Myślę, że pokory nabywa się po drodze. Musisz dostać po tyłku, żeby z szacunkiem podchodzić do rzeczywistości. Już jako 7-letnia dziewczynka zaczęłam trenować gimnastykę artystyczną. Nie zawsze wygrywałam zawody, generalnie je przegrywałam (śmiech). Miałam mnóstwo porażek, z którymi musiałam dawać sobie radę jako mały szkrab, który sam niewiele jeszcze rozumie. Ale pamiętam do dziś, jak mówiłam: „Może kolejne zawody wygram, jak się postaram”. Od dzieciństwa mozolnie wspinałam się pod tę górkę. Tysiące dzieciaków tak się wspina i to daje taką fajną zaprawę przed dorosłym życiem.

GALA: Bo szybko uczy walki ze swoimi słabościami. Uczy odpowiedzialności.

 

NATASZA URBAŃSKA: Nic nie przyszło mi ot tak (Natasza pstryka palcami). Musiałam wiele lat ciężko pracować. Po latach gimnastyki podobnie było w teatrze, gdzie dostałam się jako tancerka. Moim wielkim marzeniem było tańczyć i śpiewać, tak jak to robi Józefowicz i nikt inny w zespole, chociaż odradzano mi to. Ale ja byłam zawzięta, uparłam się, że będę próbowała. To mi zajęło 6-7 lat, zanim dostałam szansę, malutką solówkę, na chwilkę mogłam wziąć mikrofon do ręki. Ale myślę, że jak się kocha swoją pracę, to nie jest to ciężki kawałek chleba, tylko wielka frajda.

GALA: Widziałam Cię w „Wieczorze bałkańskim” w Buffo. Rozsadza Cię energia i radość.

NATASZA URBAŃSKA: Bałkany kojarzą mi się z jakąś dziką energią. Taki świat cygański, troszkę niesforny, na przekór wszystkiemu, nieprzydeptany nakazami i zakazami. I faktycznie na scenie można dać upust niemal organicznej radości i nieokiełznanej energii. Ja na co dzień jestem troszkę zasznurowana, taka przykładna, ale jak wchodzę na scenę w tym spektaklu, mam ten moment wolności: ach, a co mi tam...! (śmiech)

GALA: Zaczęłaś trochę poluzowywać wstążki od gorsetu?

NATASZA URBAŃSKA: Pytasz, czy już sobie troszkę odpuszczam? Usiłuję sobie nie odpuszczać, ale prawda jest taka, że teraz inaczej myślę o sobie. Jestem w innym momencie życia. Mam Kalinkę i już boli mnie, kiedy praca odbywa się kosztem mojego dziecka. Zmądrzałam w sensie życiowym. Odpuszczam sobie czasami różne zawodowe plany, bo wiem, że to będzie czas, który zabiorę Kalinie. A ja chcę obserwować, jak rośnie, jak się zmienia. Jestem matką, jestem żoną i ta sfera jest dla mnie najważniejsza.

GALA: Usłyszałaś dziś rano jakieś czułe słówka od swojej córeczki?

NATASZA URBAŃSKA: Ona teraz ma taki etap, że intensywnie uczy się mówić. Kilka dni temu powiedziała mi: kocham cię (śmiech). Pierwszy raz moje dziecko wypowiedziało słowo „kocham”! Niesamowite przeżycie. A dzisiaj rano kompletnie mnie zaskoczyła, powiedziała: „Mamusiu, prosię moja damo” i... przepuściła mnie w drzwiach! Jest zachwycająca.

GALA: Czyli Kalinka stała się punktem zwrotnym Twojego życia?

NATASZA URBAŃSKA: Ona mnie na nowo „ustawiła”. Zostałam artystką-mamą. Osobą, która musi łączyć obie te funkcje.

GALA: Udaje Ci się?

NATASZA URBAŃSKA: Nie do końca, chociaż bardzo bym chciała. Błyskawicznie wróciłam do pracy i to w takim dzikim pędzie, że muszę nadrobić ten „stracony” czas ciąży! A tak naprawdę teraz już widzę, że nie ma za czym tak gonić. Że moja córeczka tak szybko się zmienia, że tutaj w domu jest najciekawiej i nie chcę niczego nadganiać. Oczywiście pracuję, swoim tempem idę dalej, rozwijam się, ciągle się uczę. Przede mną kolejny projekt i wielkie wyzwanie, czyli spektakl o Poli Negri w reżyserii Janusza Józefowicza, z muzyką Janusza Stokłosy. Duża rola, śpiewanie, tańczenie, setki przebieranek, 16 peruk, niewyobrażalne kostiumy... Szykuje się fantastyczna przygoda. I oczywiście czuję ten ciężar, denerwuję się, czy dam radę. Ale z drugiej strony nie ma już we mnie tego napięcia, że muszę wszystkie sroki za ogon złapać, już wybieram. Na pewno miałam w życiu to szczęście, że trafiłam na Janusza Józefowicza, mam pracę w teatrze i to jest mój dom.

GALA: Nie uwierzę, że etacik w teatrze zaspokaja Twoje ambicje.

NATASZA URBAŃSKA: Nie mam etatu, na szczęście. Nikt u nas nie ma. Ten brak poczucia bezpieczeństwa nas mobilizuje. Musimy ciężko pracować, żeby móc... pracować. Ale nic za wszelką cenę, nic na siłę. Już nie muszę nikomu niczego udowadniać. Tylko Januszowi w dalszym ciągu chcę udowadniać, ile jestem warta. On jest jedyną osobą, która patrzy na mnie tym srogim wzrokiem i wytyka mi błędy i potknięcia: „Ale Natasza, ten dźwięk tu i tam jest niedobry, źle zaśpiewałaś... Chcesz grać główną rolę i takie coś mi wykonujesz?!” (śmiech). W tym momencie mam serce w gardle i myślę: dobra, biorę się za siebie. Właśnie dostałam od Janusza zadanie – wybrać trzy ulubione ballady na długich dźwiękach i mu zaśpiewać. Udowodnić, że jestem gotowa na Polę Negri!

GALA: Czujesz lekki oddech młodszych, 20-letnich koleżanek na karku?

NATASZA URBAŃSKA: O Boże! (śmiech). Wiedziałam, że to pytanie kiedyś padnie!

GALA: I ja pierwsza je zadałam?

NATASZA URBAŃSKA: Tak! Czy już go czuję...? Dziewczyny bardzo się starają, rzeczywiście ciężko pracują. I tak naprawdę daję im szansę, żeby próbowały sił w moim repertuarze, który śpiewam w teatrze.

GALA: To miłe z Twojej strony, mówię to bez ironii.

NATASZA URBAŃSKA: Różnie to bywa: byłam w ciąży, wciąż pojawiają się propozycje nowych programów. To jest naturalne, że kiedyś może mnie nie być, kiedyś może wyfrunę. Myślę, że to jest fair, żeby dziewczyny miały swoją szansę. Zresztą już grały, zastępując mnie. Normalne!

GALA: Pojawił się smutek, że coś powoli, ale nieuchronnie się zmienia?

 

NATASZA URBAŃSKA: Nie wiem, chyba nie... Ja już jestem na innym etapie niż moje młodsze koleżanki. Swoje buciki już wytarłam w tym teatrze i teraz jestem głową w innych projektach. Przychodzę, bo kocham to miejsce, kocham grać w teatrze, bo to jest po prostu świetny warsztat. Śpiewając, codziennie ćwiczysz dalej, pracujesz nad sobą. Ale mam też inne propozycje: ostatnio wcieliłam się w postać Julii w najbardziej stukniętej komedii roku „Gnomeo i Julia”. Jest to dzieło twórcy „Shreka 2”. Już we wrześniu premiera „Bitwy warszawskiej 1920” i zaraz potem „Poli Negri” – filmu, który jest chyba największym wyzwaniem w mojej artystycznej karierze... Tyle rzeczy się wokół mnie dzieje. Nie muszę kurczowo trzymać się moich kostiumów, nie muszę mówić: „Nie, nikomu tego nie dam zagrać, bo to jest moje miejsce”. Zupełnie tak nie myślę. Wręcz przeciwnie...

GALA: Masz tam swoje bibeloty?

NATASZA URBAŃSKA: Małe sygnaliki, że to jest moje miejsce: różne zdjęcia, np. ze spektakli, oczywiście zdjęcie Poli Negri z Charlie Chaplinem, którzy stoją, trzymając się za ręce, żadnych słoników, małpek, nic z tych rzeczy. No i jest przede wszystkim moja toaletka z takim odrąbanym kawałkiem blatu... (śmiech).

GALA: Wygryzałaś z rozpaczy, z radości, z przepracowania?

NATASZA URBAŃSKA: Raczej na zawsze wgryzłam się w to miejsce. Ma charakter! (śmiech). To jest mój drugi dom, choć bywał pierwszy. Teraz w tym pierwszym czeka na mnie mała istotka. Mam do kogo wracać.