GALA: Jest Pani uosobieniem delikatności, łagodności, zwiewności... Ma Pani w domu bokserski worek treningowy?

NATASZA URBAŃSKA: Worek?... (śmiech) Dlaczego?

GALA: Żeby wyładować złe emocje, których nigdy nie widać na Pani twarzy.

NATASZA URBAŃSKA: (śmiech) Nie, nie mam. Ale rzeczywiście, nie jestem osobą, która pokazuje emocje, która się wyładowuje. Wszystkie niedobre rzeczy ściągam do siebie i blokuję się na jakiś czas. Wtedy pojawia się mój ukochany anioł stróż (mąż Janusz Józefowicz – przyp. red.) i dosłownie literka po literce wyciąga ze mnie, o co chodzi, co się stało. Rzadko kiedy wybucham. Właściwie nigdy nie wybucham.

GALA: Nie odczuwa Pani złości, agresji, wsciekłości?

NATASZA URBAŃSKA: Czasami tak, bo życie nikogo nie oszczędza. Wtedy złość uderza mi taką gorącą falą do głowy i... zostaje w środku.

GALA: Nie zostawia żadnych fizycznych objawów?

NATASZA URBAŃSKA: Zabijam wzrokiem. Trudno mi w to uwierzyc. Czasami fuknę coś sobie pod nosem, cichutko (śmiech). Ale nie potrafię krzyknąć na kogoś, opierniczyć, zrobić awantury, walnąć książką czy rzucić kubkiem. My z mężem jesteśmy kompletnie różni. On jest emocjonalny i wybuchowy. Jak mu się coś nie podoba, od razu mi mówi. A ja, jak mi się coś nie podoba, to tak się kurczę w sobie, robię żółwika, znikam (śmiech). I wtedy Janusz pyta: „No dobra, mów, co się dzieje”.

GALA: Podobno raz zamknął się z Panią w samochodzie i powiedział, że nie wyjdziecie, dopóki mu Pani nie powie, co się stało. To romantyczne.

NATASZA URBAŃSKA: I chyba skuteczne...

GALA: Lepiej się Pani wtedy czuje?

NATASZA URBAŃSKA: Lepiej, no pewnie. Nie można kumulować w sobie złych emocji, wiem o tym. Kiedy byłam dzieckiem, na treningach uczyli mnie, że nie pokazujemy, jak coś nam nie wychodzi. W teatrze Janusz zawsze powtarza: „Nie zdałeś egzaminu, narzeczona cię rzuciła, jesteś chory, boli cię noga? Zostaw to w szatni. Mnie to NIE IN-TE-RE-SU-JE i widza też nie! Masz być tu i teraz”.

GALA: I Pani jest „tu i teraz”.

NATASZA URBAŃSKA: Tak. Wstaję rano i jestem pogodnie nastawiona do tego, co ma przynieść ten dzień. Z uśmiechem podchodzę do wielu rzeczy, bo mam wspaniałą rodzinę, zdrowe dziecko, kochanego męża, cudownie nam się układa. Ludzi spotyka tyle tragedii, tyle nieszczęść. Czasami czytam o sobie coś przykrego i wtedy powtarzam: „Nie masz na coś wpływu, nie trać na to energii”.

GALA: Pani ten optymizm odziedziczyła w genach?

NATASZA URBAŃSKA: Po tacie. Chociaż ostatnio myślę, że po córce...

GALA: Dalej jest Pani taka zachłanna na pracę, czy trochę już Pani odpuściła?

NATASZA URBAŃSKA: Jestem zachłanna na życie, na to, co robię, bo to kocham. Wciąż wydaje mi się, że jeszcze wiele do zrobienia przede mną i że wciąż za mało umiem. Ale uwierzyłam w siebie. Był czas, kiedy w teatrze robiłam postępy: śpiewałam, tańczyłam, i to wszystko szło do przodu. Ale nie było takiego szczytu, na który mogłabym się wspiąć. Czegoś mi brakowało. Wtedy pojawił się program „Jak oni śpiewają”, a po nim „Przebojowa noc” i „Złota sobota”, gdzie mogłam pokazać to, na co pracowałam tyle lat. Uwierzyłam, że to jest moja droga.

GALA: A czego spodziewa się Pani po „Tańcu z gwiazdami”?

NATASZA URBAŃSKA: Moim marzeniem jest zagrać w filmie muzycznym z prawdziwego zdarzenia, gdzie mogłabym zaprezentować swoje możliwości taneczne, wokalne i aktorskie. Chciałabym dostać taką szansę.

GALA: Miała Pani opory przed udziałem w tym programie? Wszyscy wiedzą, że tańczy Pani fenomenalnie. Nie miała Pani poczucia, że jest w dwuznacznej sytuacji wobec kolegów?

NATASZA URBAŃSKA: Nie kończyłam szkoły baletowej, nie trenowałam tańca towarzyskiego, nie należałam także do żadnej formacji tanecznej. Kiedyś trenowałam gimnastykę artystyczną, a obecnie pracuję w teatrze muzycznym, w którym taniec jest jednym ze środków wyrazu. Więc pomyślałam – zapraszają mnie, to dlaczego miałabym nie skorzystać z tej szansy? Przecież na to pracuję całe życie. Dlaczego miałabym się teraz schować, skulić i nie iść do tego programu?

GALA: Brzmi rozsądnie. Ale kiedy Pani mówi do kamery, że pomyliła kroki albo o czymś zapomniała, mało kto Pani wierzy. To chyba niepotrzebna kokieteria.

NATASZA URBAŃSKA: Przyszłam do „Tańca z gwiazdami”, bo chcę w tym programie zatańczyć lepiej niż kiedykolwiek do tej pory. Dlatego ćwiczę po kilka godzin dziennie, tak jak inni uczestnicy. Powiem tak – każdy z nas startuje z innego poziomu i z innych powodów tam przyszedł. Ale każdy z nas chce przekroczyć pułap swoich możliwości. I w tym sensie nie czuję się lepsza od Otylii czy Radka. Ktoś kiedyś napisał, że na festiwalu piosenki aktorskiej we Wrocławiu „aktorzy grają, że śpiewają”. Ja nie chcę grać, że tańczę. Ja chcę tańczyć.

GALA: Więc to jest chyba dobry moment, żeby zapytać Panią, czy to jest prawda, że zawodowo chciałaby Pani zacząć robić coś sama, na własną rękę, bez męża?

NATASZA URBAŃSKA: Ale ja się nie czuję zniewolona.

GALA: Ja tego nie powiedziałam.

NATASZA URBAŃSKA: Ale jest w tym jakiś podtekst, że się czuję przytłoczona, przywiązana, zależna.

 

GALA: Nie wątpię, ale może ktoś inny odkryłby talent, którego mąż nie dostrzega?

NATASZA URBAŃSKA: Myślę, że Janusz dostrzega wszystkie moje talenty i właśnie dlatego dał mi pełną swobodę w „Tańcu z gwiazdami”. To jest dla mnie taki sprawdzian. Janusza nie bywa na tych próbach, a ja ciągle mam ochotę do niego zadzwonić. Ale tego nie robię. Chcę zobaczyć, na ile sama – też nie do końca, bo to jest nasza wspólna praca z Janem Klimentem – potrafimy coś wymyślić. I np. walc Januszowi bardzo się podobał. Powiedział, że wszystko było dobrze, piękne rozwiązania, piękne podniesienie. Nie wierzyłam własnym uszom. Byłam zszokowana.

GALA: Czyli zadowolona?

NATASZA URBAŃSKA: Dumna jak cholera. I szczęśliwa. (śmiech)

GALA: Więc właściwie nie ma sensu pytać, czy miała Pani taki moment w życiu zawodowym, kiedy czuła, że mąż jest Pani kulą u nogi?

NATASZA URBAŃSKA: Mój mąż jest jedynym polskim reżyserem, który pracował na Broadwayu, jedynym polskim reżyserem, który otrzymał prestiżową nagrodę Złotej Maski w Rosji i to właśnie jego wybrał Roger Waters, twórca grupy Pink Floyd, do realizacji swojej opery „Ça Ira”. To on stworzył Edytę Górniak, Katarzynę Groniec itd., to jego artyści wygrywają kolejne „Debiuty” w Opolu. Jeżeli taki facet poświęca ci czas, to trudno go nazwać kulą u nogi.

GALA: Ile lat jestescie razem?

NATASZA URBAŃSKA: Zaskoczyła mnie pani... (śmiech). Ile lat ja już jestem w Buffo... hmm, policzmy... od 1995 roku, czyli 14 lat. No to z Januszem tak 12 lat, może (śmiech). Ale ja się w nim podkochiwałam od mojego pierwszego spojrzenia. Zobaczyłam go, jak miałam 13 lat, w czasie eliminacji do drugiego „Metra”. Nie dostałam się, bo byłam za młoda, ale tę historię już wszyscy znają... W domu oglądałam w telewizji reportaż z Nowego Jorku, bo Janusz z pierwszą obsadą „Metra” był już na Broadwayu. Pamiętam, siedział na widowni w Teatrze Minskoff i opowiadał: „Właśnie trwają próby, jesteśmy w teatrze, gdzie będziemy grali spektakle”. Patrzyłam i myślałam sobie: „Boże, jaki cudowny mężczyzna, jaki talent, jaka osobowość, jaka charyzma”.

GALA: Rozumiem, że nie odczuwa Pani znużenia życiem małżeńskim.

NATASZA URBAŃSKA: (śmiech) Znalazłam swojego mężczyznę i chcę być przy nim na dobre i na złe.

GALA: Czy Panią się ktoś opiekuje?

NATASZA URBAŃSKA: W jakim sensie?

GALA: Dosłownym. Przyniesie herbatę, pogłaszcze po głowie, przytuli, pomoże.

NATASZA URBAŃSKA: Jestem rozpieszczona przez ojca, który woził mnie na treningi i był bardzo zaangażowany we wszystko, co mnie dotyczyło. Budził mnie rano, robił śniadanka, był od takiego porannego masażu, czułego dobudzania, głaskania. Zabierał mnie na lody, dbał o mnie, to było cudowne. Czułam się przy tacie bezpiecznie, byłam z nim bardzo związana. Teraz dba o mnie mój mąż. Jest opiekuńczy i czuły. I oboje dopieszczamy naszą córeczkę.

GALA: Całowała ją Pani dzisiaj?

NATASZA URBAŃSKA: Tak, o szóstej rano, bo rosną jej kolejne ząbki i płakała przez sen. Wzięłam ją do nas, do łóżka i kiedy znowu zaczynała płakać, to ją całowałam i przytulałam. Boże, ona tak pięknie pachnie! To jest najpiękniejszy, zapach, jaki można sobie wyobrazić. Wącham nawet jej oddech, po prostu zawąchuję się naszą córką (śmiech).

GALA: Nie czuje się Pani osaczona przez dziecko?

NATASZA URBAŃSKA: Nie, ale bałam się tego. Nigdy nie czułam takiej specjalnej potrzeby posiadania dziecka. Moja siostra Magda zawsze mówiła, że ona bardzo chce dziecka, a ja na to: „Boże, Magda, daj spokój. Będzie ci tak wisiało to dziecko na rękach, będziesz taka umęczona, wielka jak namiot po ciąży. Po co?”. Taki miałam stereotyp. Oczywiście mamy cudowną nianię, ale jak tylko przychodzę do domu, mimo że jestem zmęczona, cały swój czas poświęcam wyłącznie Kalince.

GALA: Ulubione wspólne zabawy?

NATASZA URBAŃSKA: Poranki należą do nas. Najpiękniejsze chwile to te, kiedy leżymy w łóżku we trójkę i ona turla się między nami, wdrapuje się na tatę, przytula do mnie, raczkuje między jednym a drugim. Bardzo lubi, jak Janusz opowiada jej bajeczkę o Katarzynie, która miała katar. Zawsze czeka na ten moment, kiedy oboje zrobimy głośne „apsik”. Patrzy wtedy raz na mnie, raz na niego oczami wielkimi jak talerze (śmiech). Uwielbia, kiedy ganiamy się po mieszkaniu. Ja z nią na rękach uciekam przed tatą i on nas goni, albo na odwrót. Zaśmiewa się wtedy do łez.

GALA: Kiedy myślała Pani o swoim dorosłym życiu, to jaka była hierarchia ważności: praca, kariera, małżenstwo, dziecko?

NATASZA URBAŃSKA: Przede wszystkim myślałam kategoriami „ja”: JA to zrobię, JA tam pojadę, JA tam pójdę, JA to sobie kupię, JA to chcę... Byłam troszkę samolubna. Myślałam, że sukcesy są też tylko moje i tylko dla mnie, bo tylko mnie dają frajdę. Późno odkryłam, ile radości dają one moim rodzicom.

GALA: Nadal nie kojarzy mi się Pani z praniem, sprzątaniem, gotowaniem.

NATASZA URBAŃSKA: Po treningach do „Tańca z gwiazdami” piorę, sprzątam, gotuję, bawię się z córeczką i staram się być dobrą żoną.

GALA: Zakłada Pani fartuszek?

NATASZA URBAŃSKA: Kalinka nauczyła się pluć podczas jedzenia, traktując to jak wspaniałą zabawę. Tu nawet fartuszek nie pomoże.

 

GALA: Proszę sie przyznać, kiedy ugotowała Pani ostatni obiad? Pół roku temu?

NATASZA URBAŃSKA: Wczoraj ugotowałam rosół z naszej kury. Uwielbiam go, mogłabym go jeść codziennie.

GALA: To takie dziecięce danie.

NATASZA URBAŃSKA: I tak mi się kojarzy – z domem, niedzielą, rodziną, czasem wolnym, beztroską.

GALA: Czy czasami wyobraża Pani sobie siebie za – powiedzmy – 20 lat. Gdzie Pani będzie, kim będzie, jak będzie Pani wyglądać?

NATASZA URBAŃSKA: Człowiek starzeje się tak, jak żyje. Jak żyje fajnie, w zgodzie ze sobą i w miłości, to pięknie się starzeje. Uwielbiam obserwować na spacerach w parku pary kochających się staruszków. Piękniejszego widoku nie ma. Patrzę na nich i myślę: „Boże, jakie oni mieli szczęście, że ciągle są razem”. Właśnie tak bym chciała się zestarzeć