Gala:Cofnijmy się w czasie o 20 lat. Wydaje Pan właśnie swój debiutancki  „Pamiętnik”, za który otrzymuje Pan  milion dolarów honorarium.

Nicholas Sparks: Pamiętam ten moment, jakby to było wczoraj! Mam 28 lat i właśnie spełnia się moje największe marzenie: trzymam w rękach swoją pierwszą książkę. Wcześniej, podczas studiów z rachunkowości, napisałem dwa kryminały, które nie zostały opublikowane. Marzyłem, by zostać pisarzem, ale musiałem się z czegoś utrzymywać – zajmowałem się akwizycją nieruchomości, myślałem o otwarciu naleśnikarni. Ale  w głowie wciąż miałem jeden cel: pisanie. Gdy ukazał się „Pamiętnik”, byłem przeszczęśliwy.

Na co wydał Pan te pieniądze?

Opłaciłem agenta, podatek i pozbyłem się kredytu hipotecznego. Kupiłem żonie samochód, wysłałem dzieci na wakacje, a resztę odłożyłem na konto oszczędnościowe. Jestem rozsądnym człowiekiem, nie wiedziałem, jak potoczy się moja przyszłość, więc wolałem się zabezpieczyć.

Z pracy zwolnił się Pan dopiero po sukcesie „Listu w butelce”.

Podjąłem tę decyzję, gdy „Pamiętnik” przez cztery miesiące nie znikał z list bestsellerów. Byłem wtedy w trakcie pisania drugiej książki. Mój agent uważał, że jest na tyle dobra, że okaże się sukcesem.

Zapracował Pan na ten sukces. Razem  z agentem sprawdzaliście, jakiej książki rynek potrzebuje. Taka kalkulacja bardziej pasuje do rzemieślnika niż artysty.

Ale ja jestem rzemieślnikiem! Nie piszę dla idei, tylko dla pieniędzy. I nie uważam, żeby było to coś złego. „Pamiętnik” idealnie wpasował się w oczekiwania czytelniczek, które chciały przeczytać o dojrzałym uczuciu mającym w sobie świeżość pierwszej miłości.
 

Od tego momentu napisał Pan ponad  20 książek. Każdą z nich bardzo intensywnie Pan promuje, podróżując po świecie. Taki tryb życia sprzyja pisaniu?

Uważam, że jestem to winny czytelnikom, którzy poświęcają moim książkom swój czas  i pieniądze. Czytając je, odbierają sobie na przykład możliwość spędzenia chwil z przyjaciółką, wypicia dobrej kawy czy kupienia pączka z wiśniowym nadzieniem.

Swoją drogą, jeśli już jesteśmy przy pączkach… wczoraj zjadłem w Warszawie, na Chmielnej, najlepsze pączki w życiu!

Często przywozi Pan ze swoich podróży takie wspomnienia?

Bardzo często, i to jest w nich najwspanialsze! Poznaję miejsca, smaki, zapachy, a przede wszystkim ludzi, których inaczej nigdy bym nie spotkał. Przeprowadzam ciekawe rozmowy, jestem uczestnikiem niecodziennych  sytuacji. A co do pisania – nauczyłem się to  robić wszędzie. Zdarza mi się kończyć książkę na lotnisku, w samolocie. Wczoraj pracowałem nad rozdziałem ostatniej powieści w hotelu z widokiem na Warszawę.

Pisząc, myśli Pan o tym, w jaki sposób  te historie zostaną zekranizowane?

Teraz już tak, bo producenci czekają na kolejne scenariusze. Unikam psychologizowania. Skupiam się na faktach, a nie na przeżyciach bohatera. Zawsze pracuję przy ekranizacjach swoich książek: pomagam wybrać scenarzystę, dyskutuję z reżyserem, uczestniczę w castingach. Ale i tak najważniejszy jest dla mnie czytelnik i jego oczekiwania.

Sukces ustawia wyżej poprzeczkę?

Sukces to nie tylko przywilej, ale też obowiązek – pisanie stanowi dla mnie coraz większe wyzwanie. Ważna jest oryginalność. Pisarz, który zaczyna się powtarzać, skazuje się na literackie samobójstwo.

Dobra książka musi mieć niebanalną fabułę, ciekawych bohaterów. Po napisaniu kilkunastu książek to trudne, ale nie mogę odpuścić, bo wtedy dużo  straciłbym w oczach czytelników.

Odczuwa Pan na co dzień swoją popularność?

Nie jestem gwiazdą Hollywood, mimo że większość moich książek, na przykład „List w butelce” czy „Szkoła uczuć”, doczekała się ekranizacji. (śmiech) Mogę spokojnie przejść ulicą. Na czerwonym dywanie też nie jestem rozpoznawany. Dopiero gdy ktoś mnie podpisze: „Nicholas Sparks, autor powieści, na podstawie której powstał film X”, wiadomo, kim jestem. Ale bycie w centrum zainteresowania nie jest mi do niczego potrzebne. Jestem takim samym człowiekiem, jakim byłem. Nadal jadam w McDonald’s takiego samego hamburgera co przed laty, wciąż lubię czytać, chodzę na siłownię, podróżuję i spotykam się z kumplami na piwo. Tak naprawdę nic się nie zmieniło.

A dla przyjaciół nie jest Pan nikim  wyjątkowym?

Wiem, o co pan pyta: czy traktują mnie jak wielkiego pisarza, którego otacza się kultem? Nie. Mam na przykład przyjaciela, który nigdy nie przeczytał żadnej mojej książki.

Większość Pana książek opowiada o miłości. Pisanie romansów to chyba niezbyt męskie zajęcie?

Żyję, pracuję i zakochuję się w kobietach. Mam wspaniałą mamę, siostrę. Moimi agentkami i wydawcami zawsze były kobiety. Ich świat jest mi zdecydowanie bliższy niż świat mężczyzn. Może dlatego, że tak jak one kieruję się w życiu emocjami?

Kobiety chętnie się Panu zwierzają?

Mam w sobie dużo empatii, dlatego byłbym nie najlepszym terapeutą czy psychiatrą. Za bardzo angażuję się w historie, które ludzie mi opowiadają. A co do męskości… cóż, facet, który rozumie świat kobiet, to rzadkość, więc mam przewagę nad innymi!

A zdarza się Panu za bardzo obnażać w swoich książkach?

Nigdy nie piszę o sobie. Pierwsza, którą wydałem w wieku 28 lat, to historia 80-letniego mężczyzny. Druga opowiada o wdowcu, inna o samotnych, nieszczęśliwych facetach poszukujących w życiu właściwej drogi. Tworząc fabuły i bohaterów, raczej kompiluję życiorysy różnych osób, a nie odtwarzam jeden konkretny.

Zdarza się, że piszę o swoich przyjaciołach, ale robię to w taki sposób, że nikt, jak dotąd, się nie rozpoznał.

Umawiając mnie z Panem na spotkanie, agentka powiedziała, że bardzo nie lubi Pan, kiedy ktoś się spóźnia, bo skrupulatnie planuje Pan każdy dzień.

I wtedy pomyślał pan: „O Jezu, co za beznadziejny nudziarz!”. (śmiech) A ja wcale nie jestem tak dobrze zorganizowany, jak może się wydawać. Z pisaniem zwlekam, robię to na ostatnią chwilę. Tłumaczę swoje lenistwo tym, że aby napisać coś dobrego, najpierw trzeba o tym pomyśleć. I tak włóczę się po swoim miasteczku, piję kolejną kawę, dużo też czytam. Moim celem jest napisanie dwóch tysięcy słów dziennie, co zajmuje mi od czterech do siedmiu godzin. Nie zawsze się udaje, ale bardzo się staram.

Kiedy pisze się Panu najlepiej?

Od dziewiątej do szesnastej.

Jakby pracował Pan w biurze!

(śmiech) To pory, w których lubię pisać, ale nie zawsze się przecież do nich stosuję. Umiem dopasować się do okoliczności, w których akurat się znajduję, i do codziennych obowiązków.

A co Pan robi, by odreagować stres związany z pisaniem?

Kocham sport. Chodzę na siłownię, biegam. W młodości ćwiczyłem taekwondo i trenowałem lekkoatletykę. Potem pracowałem jako trener. To była dobra lekcja dyscypliny i panowania nad emocjami. Żeby być w dobrej formie psychicznej, potrzebuję około ośmiu godzin snu, codziennie. Jeśli udaje mi się poćwiczyć, wyspać i dobrze, ale zdrowo zjeść, nie odczuwam stresu towarzyszącego pisaniu.

 

Więcej wywiadów z gwiazdami przeczytasz w "Gali"