Gdziekolwiek się pojawią, wzbudzają taką samą sensację jak Angelina Jolie z Bradem Pittem. I sami nie wiedzą, co sprawiło, że z lokalnych, hiszpańskich gwiazd kina stali się prawdziwymi bożyszczami tłumów. Nie tylko w Europie. „To wciąż jest dla mnie niezrozumiałe. Czuję się jak Kopciuszek, który po nocy pełnej pięknych snów budzi się jako księżniczka” – opowiadała Penélope Cruz. Jej mąż Javier Bardem opisuje to trochę dosadniej. „To jakiś cyrk. Paranoja. Zainteresowanie naszym życiem przybrało takie rozmiary, że boję się skorzystać z publicznej toalety. Nie wiem, czy ktoś nie zrobi mi w niej zdjęcia”. Wszystko dlatego, że paparazzi za ich fotografie otrzymują najwyższe stawki. Szczególnie teraz, kiedy zakochani potwierdzili, że spodziewają się dziecka.

Życiem Penélope media interesowały się już wcześniej, jeszcze zanim związała się z Javierem. Piękna Hiszpanka zdobyła Hollywood pod koniec lat 90. Po sukcesie filmu Almodóvara „Wszystko o mojej matce” dostała główną rolę w swojej pierwszej amerykańskiej produkcji „Kobieta na topie”. Krytycy dobrze ocenili jej występ, ale dla gwiazdy była to tylko rozgrzewka. W 2001 roku premierę miały dwie duże produkcje: „Blow” i „Vanilla Sky”, a na planie tego drugiego filmu zakochał się w niej sam Tom Cruise. Z jednej strony był to marketingowy strzał w dziesiątkę – Penélope poznał cały świat. Niestety, nikt już nie interesował się nią jako aktorką. Była tylko partnerką gwiazdora.

Drugi oddech złapała dopiero w 2004 roku, zaraz po rozstaniu z Tomem. Już dwa lata później została nominowana do Oscara za „Volver” (kolejny film Almodóvara). Mimo że nie wygrała, przeszła do historii. Była pierwszą Hiszpanką nominowaną do najważniejszej nagrody filmowej. Upragnioną statuetkę zdobyła w 2008 roku (za film „Vicky Cristina Barcelona”). A wtedy już ukochaną oklaskiwał wyraźnie wzruszony Javier.

On także przecierał szlaki. Po premierze swojego pierwszego niehiszpańskiego filmu „Zanim zapadnie noc” w 2000 roku od razu został nominowany do Oscara. Wcześniej nie udało się to żadnemu aktorowi z Półwyspu Iberyjskiego. Również jako pierwszy w historii kraju odebrał wyróżnienie na gali w Kodak Theatre. Został doceniony za rolę w „To nie jest kraj dla starych ludzi”.

„Javier i Penelope są parą idealną. Szaleńczo w sobie zakochani, udowadniają, że prawdziwa miłość jest możliwa nawet w tym zwariowanym świecie. Poza tym są naprawdę utalentowani. Świadczą o tym nagrody, które zebrali przez całą karierę. W tym te najważniejsze. Dwa Oscary” – pisała Claudia Puig z „USA Today”. Dziennikarze zastanawiają się także, co sprawiło, że w show-biznesie zajęli pozycję wcześniej zarezerwowaną tylko dla Amerykanów.

Przyczyn jest kilka. Po pierwsze oboje już w dzieciństwie wiedzieli, co chcą robić w przyszłości. I wszystko podporządkowali spełnieniu swoich marzeń. Javier w pierwszym filmie zagrał jako sześciolatek. Pomogła mu w tym najbliższa rodzina. Aktorami byli jego matka i dziadkowie, karierę zrobiło też jego rodzeństwo. „Z takimi genami nawet jakby tylko leżał na scenie, zasługiwałby na Oscara” – żartował jeden z jego przyjaciół. Penélope w wieku 15 lat rzuciła ogólniak. Chciała skoncentrować się tylko na nauce gry aktorskiej. I zapłaciła za to wysoką cenę. Dwukrotnie przeszła poważną depresję po kolejnych niepowodzeniach. Jak sama mówiła, przez tempo życia i presję sławy rozpadały się też jej kolejne związki. Na szczęście teraz, kiedy oboje nie muszą już nic nikomu udowadniać, mogą skoncentrować się na swoim życiu prywatnym. Boją się tylko tego, że kiedy na świat przyjdzie ich dziecko, o prywatność będą musieli walczyć, tak jak kiedyś o światowe uznanie.

NIE TYLKO IKEA
Oficjalnie ostatni raz razem zagrali blisko 28 lat temu. Ale fani wciąż kupują ich płyty. Co roku zespół ABBA sprzedaje prawie trzy miliony krążków. W sumie od początku istnienia supergrupy ze Szwecji rozeszło się ponad 375 milionów ich albumów. To czwarty wynik w historii współczesnej kultury. Przed nimi uplasowali się tylko Beatlesi, Elvis Presley i Michael Jackson. „Byli absolutnie fenomenalni. Kiedy rozkochiwali w sobie Amerykanów, wielu z nich nawet nie wiedziało, gdzie leży Szwecja. Kojarzyli ją tylko z rodzinnymi volvo, którymi odwozili dzieciaki do szkoły” – zachwycał się fotograf gwiazd Wolfgang „Bubi” Heilemann.

I rzeczywiście. Anni-Frid „Frida” Lyngstad, Björn Ulvaeus, Benny Andersson i Agnetha Fältskog (skrót ABBA pochodzi od pierwszych liter imion członków grupy) dokonali rzeczy praktycznie niemożliwej. Z lokalnych, sztokholmskich sław przeobrazili się w gwiazdy znane na całym świecie. Przepis na sukces był banalnie prosty. Wystarczyły melodyjne, taneczne rytmy i łatwo wpadające w ucho teksty piosenek. Przeboje takie jak „SOS”, „Waterloo” czy „Take A Chance On Me” miesiącami okupowały listy przebojów.

Niestety, wspaniałą passę zespołu przerwały nieporozumienia między małżonkami. Najpierw w 1979 roku rozstali się Agnetha i Benny, a dwa lata później Anni-Frid i Björn. To był początek końca. Już kilka miesięcy później zdecydowali się zawiesić działalność. Mimo że nigdy publicznie nie ogłosili rozpadu ABBY, nie zagrali już więcej razem. „Dla fanów był to wielki cios. Ale na szczęście przetrwała ich muzyka” – mówił „Bubi” Heilemann.

 

W 2008 roku miał premierę musical „Mamma Mia” oparty na piosenkach Szwedów. Tylko do kwietnia 2009 roku zarobił ponad 600 milionów dolarów, przy 50 milionach budżetu. „Magia ABBY wciąż działa. Ich fani sprawią, że zespół będzie nieśmiertelny” – skwitowała sukces odtwórczyni głównej roli Meryl Streep. I rzeczywiście. W tym roku ABBA weszła do „hallu sławy” w muzeum rock'n'rolla w Cleveland.

FRANCUSKA NATURALNOŚĆ
Nie mogła sobie wyobrazić lepszego debiutu w anglojęzycznym filmie. Do swojej produkcji w 2003 roku zaangażował ją sam Tim Burton. Niestety, dramat „Duża ryba” mimo niezłego przyjęcia przez krytyków nie wyszedł jednak poza ramy kina niszowego. Kolejny, „Dobry rok” z Russellem Crowem, sprawił, że Marion Cotillard zaczęła już być rozpoznawana za oceanem.

Prawdziwy przełom nastąpił jednak dopiero w 2007 roku, po premierze filmu biograficznego o największej francuskiej piosenkarce „Niczego nie żałuję – Edith Piaf”. Cały świat oszalał na punkcie Francuzki. Marion przekonała fanów nie tylko wielkim talentem i urodą. „Jest prawdziwa, naturalna. Można się zakochać w jej gestach, sposobie mówienia czy uśmiechu” – komentowali dziennikarze na Oscarowej gali w2007 roku. Gwiazda wygrała statuetkę w kategorii Najlepsza Aktorka. „Dziękuję życiu, dziękuję miłości. To prawda, że żyją tutaj anioły (Los Angeles nazywane jest Miastem Aniołów – przyp. red). Dziękuję wam bardzo, bardzo” – mówiła wzruszona.

Oprócz Oscara zdobyła także BAFTĘ, Cezara i Złoty Glob. Z takim dorobkiem nie musiała długo czekać na reakcję hollywoodzkich producentów. Zagrała u boku Johnny'ego Deppa w dramacie „Wrogowie publiczni”. Wtedy prasa spekulowała, że gwiazdy nawiązały romans. Tabloidy donosiły nawet, że partnerka Deppa zaniepokojona plotkami przyjechała na plan, żeby go pilnować. „Coś się chyba w moim życiu zmieniło. Wcześniej nikt nie wiedział, kim jestem, a teraz mam etykietkę uwodzicielki gwiazd Hollywood. Nieźle” – żartowała Marion. Oczywiście do żadnej zdrady nie doszło.

Aktorka od lat związana jest z francuskim aktorem Guillaumem Canetem, ale nie lubi ujawniać szczegółów życia prywatnego. „Wolę, gdy mówią o mnie filmy, a nie to, z kim sypiam” – tłumaczyła. Kolejnym filmem po „Niczego nie żałuję – Edith Piaf”, w którym znowu mogła popisać się niesamowitym głosem, był musical „Nine". „Mimo że w obsadzie znajdowały się naprawdę wielkie nazwiska show-biznesu, Marion nie zginęła w tłumie sław. Jej rola była wyrazista, ona naprawdę ma charyzmę” – komplementowali ją krytycy. Nieoficjalnie mówiło się, że przyćmiła bardziej znane koleżanki – Nicole Kidman i Kate Hudson. Jednak nawet takie opinie nie sprawiają, że aktorka zadziera nosa. „Ma duży szacunek dla wszystkich, z którymi pracuje. Bardzo dogłębnie analizuje też życie swoich bohaterek. Pogłębia je na ekranie. Sprawia, że nie są jednowymiarowe” – komplementował ją krytyk Roger Ebert. Jeżeli Marion utrzyma ten poziom, już niedługo może być nazwiskiem numer jeden w notesach wszystkich liczących się reżyserów i producentów.

WIELKI GŁOS
Marzył, że zostanie bramkarzem w klubie piłkarskim Modena FC. Jednak po zakończeniu szkoły, kiedy musiał wybrać zawód, zdecydował się na karierę... nauczyciela. Na szczęście dla fanów opery Luciano Pavarotti już po dwóch latach stwierdził, że nie spełni się w roli pedagoga. Wrócił do swojej największej pasji – śpiewania.

Głos ćwiczył od dzieciństwa. Kiedy miał dziewięć lat, śpiewał już w kościelnym chórze. „Słuchałem płyt mojego ojca i próbowałem naśladować największych tenorów tamtych czasów. Stawałem przed lustrem i wyobrażałem sobie, że jestem na scenie. Kładłem rękę na brzuchu w charakterystycznej pozie i pozdrawiałem publiczność. Oczywiście wszyscy byli zachwyceni moim występem” – żartował artysta. Jednak mimo wielu poświęceń Luciano nie od razu zdobył serce słuchaczy. Przez pierwsze lata studiów muzycznych miał tylko kilka recitali. Wszystkie za darmo. Również pierwszy angaż nie wyglądał zbyt obiecująco.

Pavarotti zaczął śpiewać w 1961 roku w małej operze w Reggio Emilia. Miał wtedy 26 lat. Już dwa lata później wystąpił w roli Rodolfa w „La Boheme” w Operze Wiedeńskiej. Od tego momentu jego kariera nabrała rozpędu. „Luciano bez kompleksów wchodził na kolejne sceny, na których śpiewali najwięksi. Po występach publiczność już wiedziała, że pojawił się nowy mistrz” – komplementowała go Joan Sutherland, partnerka z opery „La Boheme”. Tenor oprócz niezapomnianych występów zrobił coś jeszcze. Sprawił, że operą zainteresowali się nie tylko melomani.

„Pavarotti stał się prawdziwą gwiazdą. Rozpoznawalną na całym świecie. Wszyscy, nawet osoby niemające nic wspólnego z operą, wiedziały, kim jest. Wystarczy spojrzeć na listę gwiazd, z którymi wystąpił” – podkreślała Mariah Carey po duecie z Pavarottim. Świadczy też o tym liczba sprzedanych płyt Luciano. Na całym świecie rozeszło się ich ponad 100 milionów sztuk. Podobny wynik osiągnęły gwiazdy bardziej popularnych nurtów, m.in. Paul McCartney i Metallica. „Myślę, że poświęcenie życia muzyce to dobry wybór. Dlatego właśnie ja tak zrobiłem” – opowiadał. Zmarł w 2007 roku na raka trzustki. Miał 71 lat.

PIĘKNOŚĆ Z WŁOCH
Nie ma aktorskich korzeni jak Javier Bardem czy Marion Cotillard. Nie poświęciła też młodości na wydeptywanie sobie ścieżek w filmowym przemyśle. Kariera Moniki Bellucci potoczyła się bardzo naturalnie. Jako 18-latka zaczęła studia prawnicze na uniwersytecie w Perugii. Żeby opłacić studia, zgłosiła się na casting dla modelek. Już dwa lata później dziewczyna rzuciła szkołę i podpisała kontrakt z agencją Elite. Przeprowadziła się też do Mediolanu. „Zaczęła stosunkowo późno, ale ze względu na wyjątkową urodę i figurę szybko zdominowała świat mody” – wspominała jej ówczesna opiekunka.

 

Monica pracowała m.in. dla Dolce & Gabbana, ale po dwóch latach życia na walizkach stwierdziła, że czas zmienić zajęcie. Wtedy zapisała się na lekcje aktorstwa. W 1992 roku zagrała rólkę w horrorze „Drakula”. Pięć lat później miała szansę na „romans” z Jamesem Bondem, ale przegrała casting z Teri Hatcher. „Paradoksalnie właśnie chyba to sprawiło, że jej kariera nabrała rozpędu. Na kochankach agenta 007 ciąży klątwa, praktycznie żadna z nich nie przebiła się później do pierwszej ligi aktorskiej” – żartował przyjaciel Bellucci. I rzeczywiście, Monica spokojnie wyrabiała sobie aktorską markę.

Kolejnymi filmami, m.in. kontynuacją hitu „Matrix” – „Matrix: Reaktywacja” – udowodniła, że jest wszechstronna i co najważniejsze nie boi się wyzwań. Dodatkowym atutem gwiazdy jest jej zjawiskowa uroda. Zakochani w niej Włosi nazywają ją najpiękniejszym towarem eksportowym Italii. Nie mogą jej tylko wybaczyć tego, że na życiowego partnera wybrała sobie Francuza Vincenta Cassela...

CAR TAŃCA
Jest jednym z największych baletmistrzów wszech czasów. Nawet teraz, w wieku 62 lat, wciąż jest aktywny zawodowo. Tańczy i za pośrednictwem swojego centrum artystycznego promuje balet na całym świecie. Pomysł na taki ośrodek wynika z miłości Michaiła Barysznikowa do łączenia klasycznego tańca z nowoczesnymi elementami choreografii. Wcześniej nie pozwalały mu na to sztywne ramy baletu narzucone najpierw przez Leningradzką Szkołę Choreograficzną, a potem przez Teatr i Balet im. Kirowa w Leningradzie (obecnie Sankt Petersburg).

Pomimo że jako solista baletu Misza odniósł w Związku Radzieckim wielki sukces, nie mógł rozwijać skrzydeł. Dla człowieka, dla którego „balet jest obsesją, sensem życia”, to był prawdziwy cios. Podczas tournée w Kanadzie w 1974 roku podjął bardzo ryzykowną decyzję – poprosił o azyl polityczny. Od tego momentu kariera artysty rozwinęła się w szybkim tempie. Misza został solistą Amerykańskiego Teatru Baletowego i zmienił oblicze baletu. „Nie staram się tańczyć lepiej niż inni. Dążę do tego, aby tańczyć lepiej od siebie” – tłumaczył.

O wielkiej popularności Barysznikowa świadczy też fakt, że został zaangażowany do serialu „Seks w wielkim mieście”. Zagrał rosyjskiego kochanka Carrie Bardshaw. Obecnie żyje na Dominikanie z partnerką, byłą baletnicą, Lisą Rinehart. Mają trójkę dzieci. Tam rozwija swoją drugą pasję – fotografię.