Uwodzisz…

Lubię mężczyzn. (śmiech) Są cudowni. Zazwyczaj konkretni, czasami romantyczni. Tym, że nas adorują i podziwiają, sprawiają nam wielką przyjemność. Większość moich współpracowników to mężczyźni, i sztuką jest utrzymanie tej subtelnej granicy między flirtem, który doprowadza do romansu, a flirtem, nazwijmy to biznesowym.

Uwodzenie partnera jest ważne w biznesie?

Bardzo ważne, zresztą jak w każdej dziedzinie życia. To element sztuki negocjacji. Musisz tak umiejętnie przekonać rozmówcę do swoich racji, by uznał je za własne. A w negocjacjach liczą się nie tylko argumenty merytoryczne, ale również mowa ciała i twój strój. Strój musi być dostosowany do partnera i miejsca negocjacji. Z mowy ciała, sposobu bycia i intonacji można wiele wyczytać. Znajomość tych tajników pomaga nie tylko w pracy i biznesie, ale również w prywatnych relacjach. W mediach pracuje sporo osób, które nie są ani piękne, ani idealne, ale są fajnie postrzegane, ponieważ korzystają z tej wiedzy.

W biznesowej rozmowie należy podkreślać swoje atuty?

Jak najbardziej. My, kobiety, zbyt rzadko uwypuklamy swoje zalety, a za często skupiamy się na wadach. To trochę cecha narodowa, taka polska, co mnie czasami denerwuje. Nie potrafimy siebie dobrze zaprezentować.

Jesteś prezenterką. Teraz zapowiadasz pogodę, ale zaczynałaś od modelingu i udziału w programach o tematyce erotycznej, współprowadziłaś program „Projekt Plaża” i program kulinarny ze swoją córką. Od razu umiałaś się dobrze zaprezentować na wizji?

Ależ skąd! Występ przed kamerą to ogromny stres. Uczyłam się mowy ciała, żeby z nim wygrać. Na początku nie mogłam sobie poradzić z dykcją. Chyba najdłużej z nas wszystkich, uczących się sztuki prezentacji, chodziłam na zajęcia do profesora Młynarczyka. Żaliłam się profesorowi: „Tu się zestresowałam, tu mi coś nie poszło, tam się pomyliłam”, a on odpowiadał, co teraz wykorzystuję podczas szkoleń: „Pani Omeno, prezenter musi się czasem pomylić. On musi być naturalny i to jest piękne”. Oczywiście, widz lubi wiedzieć, że osoba za szklanym ekranem jest ludzka, że też ma słabości. Nikt nie jest idealny. Wiedziałam jednak, że jeśli nie zapanuję nad swoimi wadami, szybko pożegnam się z pracą. W telewizji jestem już jedenasty rok. I wciąż nie jestem idealna.

Ale wiesz już tyle, że dzielisz się tą wiedzą.

W telewizji przebyłam długą drogę. Doświadczyłam i nauczyłam się wiele. Spokojnie mogę podzielić się wiedzą z innymi. Stąd pomysł na książkę. Mam do przekazania fajną historię, know-how, którego nie można nauczyć się na żadnych studiach. Książka będzie o tym, co w nas, kobietach, jest najcenniejsze, czyli o 3i... intuicji, inteligencji emocjonalnej i indywidualności. Czasem panowie się z tego śmieją, ale wierzcie mi, tak naprawdę obawiają się tego! Podam kilka praktycznych rad, jak ćwiczyć intuicję, jak usłyszeć jej głos. Poznając swoją osobowość, można realizować odważny pomysł na siebie. Znając siebie, potrafimy również lepiej odczytywać innych.

Jakim kolorem można zaskarbić sobie czyjąś sympatię?

Zależy, w jakim towarzystwie.

Powiedzmy, że w męskim. Czerwień?

Czerwień to kolor miłości. Wszystko zależy od tego, czy pomalujemy sobie na czerwono usta – to erotyczny komunikat bardzo wprost, czy założymy czerwone szpilki, które mężczyzna zobaczy przez chwilę i będzie to subtelny sygnał raczej dla jego podświadomości.

A co Ty byś włożyła, żeby uwieść mężczyznę?

Pewnie byłaby to mała czarna. Usta pomalowałabym na czerwono albo pomarańczowo i zostawiła swoje naturalne afro, z którym wreszcie chodzę, choć przez dziesięć lat prostowałam włosy. Połowę życia przechodziłam ze związanymi włosami, bo tak mi radził mój pierwszy chłopak. Dopiero teraz zaakceptowałam siebie. Jestem na tyle ekspresyjna, że taki strój byłby wystarczający. Sukienka byłaby dopasowana.

A buty, czerwone?

Nie, raczej szare szpilki. Wiesz: szare komórki, inteligencja, mądrość. (śmiech) Albo czarne, klasyczne. Może torba byłaby bardziej szalona, na przykład turkusowa. I koniecznie futro albo płaszcz.

Telewizja, szkolenia, masz też firmę projektowania mebli, napisałaś książkę… Sporo tego.

To nie wszystko – jestem na trzecim roku studiów doktoranckich w SGH. Nie mam czasu, ale na pracę i rozwijanie nowych pomysłów zawsze czas znajdę.

Na co nie masz czasu?

Chyba na miłość. Ale moje przyjaciółki twierdzą, że jak przyjdzie, to go znajdę.

Jak można nie mieć czasu na miłość?!

Z miłością jest u mnie tak, że ona puka do moich drzwi, ja jestem w tym domu gospodynią zajętą różnymi sprawami. I zastanawiam się, czy te drzwi otworzyć. Wtedy miłość podchodzi do okna i zagląda do wnętrza, a ja okno zasłaniam. Może uda jej się wejść od strony ogrodu, nie wiem… Jednym słowem, trzeba mieć na mnie sposób. Jak się go znajdzie, zmieniam się w czułą i niepoprawną romantyczkę.

Kiedy tak zasłaniasz te okna, przemawia przez Ciebie lęk przed miłością?

Na pewno nie lęk. Miłość to cudowna sprawa. Po prostu mam taki czas w życiu. Jest czas na miłość, jest czas, żeby realizować się zawodowo, i czas, żeby być stuprocentową mamą. Mam nadzieję, że wszystko jeszcze przede mną i ten książę z bajki, na którego czekam, z którym będę miała synka, gdzieś jest. (śmiech)

Synka? Media spekulowały, że to Twoje zdecydowane „nie” co do narodzin drugiego dziecka, stało się powodem rozwodu.

I to jest właśnie najbardziej wkurzające w opisywaniu tej historii! Bo wszystko można o mnie powiedzieć: że jestem zajęta, robię to czy tamto, ale nie to, że nie chcę drugiego dziecka. Dzieci uwielbiam. One mają cudowną filozofię, są spontaniczne, prawdziwe, pozbawione fałszu. To od nich powinniśmy się uczyć życia. Marzę o synku. Chciałabym go mieć, ale musi nadejść odpowiednia pora i odpowiedni człowiek.

Książę z bajki… Dopiero co jednego księcia odprawiłaś z kwitkiem.

To nie był książę.

Chyba nie zawsze tak myślałaś, skoro za niego wyszłaś.

W związek zawsze wchodzi się z dobrymi intencjami. Kiedy ludzie są zakochani, takie myślenie jest naturalne. Jestem optymistką, podchodzę do wszystkich z otwartym sercem. Do partnerów tym bardziej.

Wyjawisz powód rozwodu?

Coś się po prostu skończyło... Albo inaczej: sporo zainwestowałam w tę miłość, to było moje ogromne ryzyko, a na końcu okazało się, że trochę przeinwestowałam. To wielka przenośnia. Ci, którzy znają mnie i naszą relację, wiedzą dokładnie, o co mi chodzi. Nie traktuję rozwodu jako porażki. To kolejna lekcja, podczas której byłam pilną uczennicą – dlatego dziś wyciągam wnioski i… żyję. Nie było w naszym małżeństwie strasznie źle, ale przyszedł taki moment, kiedy wszystko stało się mdłe. Szkoda życia na taki związek.

 

Przestał być rozwojowy?

Związek ma przyszłość, dopóki się rozwija, kiedy para stawia sobie wciąż nowe cele, i te wspólne, i te jednostkowe, ale wzbogacające związek. Może masz rację. Ja zbyt wiele rzeczy robiłam sama. Nie spotkałam jeszcze nikogo, kto by mi dał poczucie bezpieczeństwa. Muszę na nie sama zapracować i to jest mój problem. A może szczęście? Dzięki temu jestem wolna.

Uważasz, że to dobry patent na związek, kiedy każde z małżonków mieszka w innym mieście? Ty w Warszawie, a Twój były mąż w Poznaniu?

Czas, kiedy mieszkaliśmy osobno, był dla nas najcudowniejszy. Bo się tęskni, bo się dba. Ale przez ostatnie lata mieszkaliśmy razem w Warszawie, więc nie wiem, skąd te opowieści. W mediach wypisywano różne rzeczy – że ja mieszkałam w Poznaniu, a moje dziecko w Warszawie… Gdy czytałam te rewelacje, to się zastanawiałam, czy ci, którzy to piszą, są normalni? Miałabym zostawić swoją małą córkę, a sama mieszkać w Poznaniu?! To z kim moje dziecko miałoby tu być? Vanesska, która ma dziś 11 lat, od samego początku była ze mną. Urodziłam ją na piątym roku studiów. Wtedy kupiłam pub w Poznaniu, ciężko pracowałam i równocześnie pisałam pracę magisterską. To, co się dzisiaj dzieje wokół mnie, przypomina mi trochę tamten szalony czas. Wtedy się udało, mimo że mój ówczesny narzeczony powtarzał, że nie ogarnę wszystkiego. Im częściej tak mówił, tym bardziej pobudzał mnie do działania. Nie można się poddawać! Trudno mi zrozumieć kobiety, które swoje życie uzależniają albo podporządkowują mężczyznom i mają w głowie tylko jedno: „Co będzie, jak on odejdzie?!”. Na coś takiego nie chcę sobie pozwolić.

Jak smakuje odzyskana wolność?

Cudownie! (śmiech) To chyba widać. Ona ma zupełnie nowy wymiar. Po raz pierwszy w życiu jestem singielką. Dotąd byłam zawsze w związkach: najpierw jeden – osiem lat, i kolejny – siedem. Przechodziłam z jednego związku w drugi. Dziś mogę robić wszystko, co sobie zaplanuję. Jeśli coś cudownego mi się przydarzy, w co wierzę, będzie pięknie. Ale sama nie szukam. Wręcz odwrotnie.

Twoi znajomi mówią, że po rozwodzie rozkwitłaś, ożyłaś, zaczęłaś wychodzić na imprezy...

Gdybym wcześniej wiedziała, że to taka fajna zabawa. (śmiech)

Rozstaliście się w przyjaźni?

Jest OK.

Urządziliście przyjęcie rozwodowe?

Nie. Ale wiesz, że przemknęło mi to przez myśl? Nie dlatego, by to był jakiś szczególny powód do radości, ale dla celebracji ważnej chwili. W końcu spędziliśmy razem siedem lat. Jestem monogamistką, długodystansowcem, nie mam czasu na przelotne romanse. Wolność i samodzielność są więcej warte od samochodów czy pałaców. Ale taką wiedzę wynosi się z domu – w moim wykształcenie i praca nad sobą były na pierwszym planie. Tytuł magistra to minimum.

Jesteś przedsiębiorcza, znasz swoją wartość. Takie właśnie są kobiety w Twojej rodzinie? I tej w Ghanie, i tej w Polsce?

Po tacie jestem pół-Ghanką, pochodzę z rodu Ashanti, który kiedyś zamieszkiwał sporą część Afryki Subsaharyjskiej. W Ghanie decyzje w rodzinie leżą w rękach kobiet. Omenaa oznacza „przedsiębiorcza królowa”. Tak naprawdę nazywam się: Amma Omenaa Yaa Ware Mensah. Amma – po babci, która urodziła się w sobotę, Yaa to urodzona w czwartek, tak jak ja, Ware to imię ojca, a Mensah to nazwisko z rodziny Ashanti. Członkowie tego rodu byli uparci w dążeniu do celu. Kiedy patrzę na Vanessę, Ghankę w jednej czwartej, upartą od urodzenia, wiem, że odzywają się w niej afrykańskie korzenie. Mówię jej: „Gdziekolwiek będziesz, pamiętaj, że musisz być dumna ze swego pochodzenia”. I ona się z tego cieszy. Wie, że ludzie są różni, również kolorowi.

Vanessa była z Tobą w Ghanie?

Nie i ja też nie byłam. Wybieramy się w tym roku. To będzie podróż życia.

A przecież miałaś tam się udać w podróż poślubną…

…z mężczyzną mojego życia, ale jakoś nie dał rady. (śmiech) Więc wybierzemy się tam z córką, bo ona jest niekwestionowaną i jedyną moją miłością.

Masz jeszcze w Ghanie rodzinę? Wiem, że Twój tata i jego bracia mieszkają teraz w Londynie.

No jasne! Mam liczną rodzinę ze strony taty i w Londynie, i w Ghanie. Ogólnie jest kolorowo (śmiech)

Ciekawa jestem, czy poczujesz jedność z kobietami z Ghany.

Czuję się Europejką. Wiele zależy od wychowania. Jest przecież sporo kolorowych dziewczyn w Polsce, ale nie wszystkie były wychowywane przez oboje rodziców. Ja miałam to szczęście, że wychowywał mnie również tata, więc w domu zawsze było dużo kultury afrykańskiej, narodowej kuchni. Tata jest dumny ze swojego pochodzenia. Afrykę chłonęłam dzięki niemu, jestem zafascynowana tamtejszą kulturą. Mimo że wychowywałam się w Polsce, częścią serca jestem w Ghanie.

Miałaś 16 lat, gdy Twoi rodzice się rozstali. Czy tata zdążył ukształtować w Tobie wzorzec mężczyzny?

Tata nie jest moim ideałem mężczyzny. Rodzice poznali się podczas studiów we Wrocławiu. Mama skończyła inżynierię środowiska na Politechnice Wrocławskiej, tata Akademię Medyczną, jest kardiochirurgiem. Zawsze miał hopla na punkcie nauki. Praca była jego największą miłością. Jest w tym świetny, ale tylko w tym. (śmiech)

Surowa jesteś.

Tylko sprawiedliwa, i on o tym doskonale wie. Tata był wymagający. Powtarzał, że będę musiała dużo ciężej od innych pracować, by udowodnić, że jestem coś warta. I że to, co mamy w głowie, jest nam dane raz na zawsze i nikt nam tego nie może ukraść. Te dwie maksymy towarzyszą mi w życiu. Dzięki temu, że dużo pracowałam nad sobą, zmieniłam się z dziewczynki, która odnajdywała siebie w pracy, w kobietę, która dokładnie wie, czego chce i ma plan na siebie. Wiele tacie zawdzięczam, ale nie chciałabym, żeby mój ideał miał jego wszystkie cechy. Tym bardziej że miłość przychodzi, jak grom z jasnego nieba i pewne rzeczy przestają mieć znaczenie. Śmieję się, że mój ideał to wysoki blondyn. Ale to najmniej istotne. Cechy zewnętrzne się nie liczą, ważne jest to, jakim jest się człowiekiem. Mój partner musi mieć poczucie humoru, bo uwielbiam żartować. Być inteligentny i wrażliwy na muzykę i sztukę. Powinien mnie wspomagać, dodawać wiatru w żagle. Tylko gdzie takiego księcia znaleźć?! (śmiech)

I jeszcze żeby, jak mówi Ewa Wachowicz, był mniej wydepilowany od Ciebie...

No tak, zwłaszcza że jestem kobietą, która ma w sobie pierwiastek męski. Wszystko, co mam, zawdzięczam swojej ciężkiej pracy. Nikt mi w życiu niczego nie dał. Dla takich kobiet jak ja ważne jest, żeby mężczyzna był po prostu męski – tupnął nogą, kiedy trzeba, i miał coś mądrego do powiedzenia.

Sama mówisz, że to książę z bajki.

Tacy faceci istnieją, tylko trzeba mieć trochę szczęścia i być otwartą na spotkanie. Uwielbiam mężczyzn, którzy adorują kobiety w sposób klasyczny. Bywam niepoprawną romantyczką.

Kwiaty, spotkania, telefony...

Są piękne! To, że kobieta jest pewna siebie i ma plan na życie, nie oznacza, że nie potrzebuje adoracji. Przeciwnie. Fajny jest flirt, zabawa, rozmowa. Szkoda, że nie wszyscy o tym pamiętają…

 

Sztuka adoracji obumiera. Może winę ponoszą same kobiety, nie reagując, gdy on wali prosto z mostu: „Pójdziesz ze mną do łóżka?”.

U mnie coś takiego nie wchodzi w grę. Niech ten mężczyzna trochę powalczy, niech się wykaże. Przecież o to chodzi. Każdego dnia wszyscy się „sprzedajemy”. Pokazujemy, kim jesteśmy, co sobą reprezentujemy. Powinniśmy o siebie dbać, żeby dumnie kroczyć przez życie, nie robiąc krzywdy innym. Z miłością, ze związkiem, jest podobnie – trzeba o te sprawy zadbać.

A Ty dbałaś o swój związek?

Czy dbałam? Myślę, że dałam tak dużo, że już bym nie chciała drugi raz tego powtórzyć. Miłość to swego rodzaju inwestycja, która nie zawsze się zwraca, ale w którą warto zainwestować. Jestem teraz bogata w doświadczenia.

A pieniądze u mężczyzny są ważne?

Fajnie, jakby był zaradny, zwłaszcza jeśli kobieta jest zaradna. Ale ważniejsze jest, żeby w jakiejś sferze życia po prostu imponował kobiecie. To przecież dalszy ciąg tańca godowego: kto ma ładniejsze pióra, kto się lepiej rusza, z kim się nie nudzimy, kto jest dla nas oparciem...

Ty się ruszasz jak dzikie zwierzę.

Trochę tak, jestem dzikim kotem, bo domowych nie lubię. Nie czekam na faceta z pieniędzmi. Pracuję, rozwijam się zawodowo, a dodatkowo od kilku lat rozwijam swoją markę – Ammadora.

Powstają dzięki niej oryginalne meble. Skąd taki pomysł?

Kiedy urządzałam swój apartament, okazało się, że większości rzeczy, które chciałabym mieć, nie można dostać. Trzeba było je specjalnie projektować. Efekty tak spodobały się znajomym, że postanowiłam wykorzystać ten pomysł. W aranżacji apartamentu pomagała mi scenografka Dorota Banasik. Teraz współpracujemy, tworząc projekty dla innych. Do współpracy zapraszam artystów malarzy, rzeźbiarzy.

Sama sobie zaprojektowałaś meble?

Tak. Chciałam, by były unikatowe, inspirowane sztuką. Tego nie ma w Polsce. Moje meble mają rzeźbione fragmenty, we fronty wkomponowane są prawdziwe obrazy. Jeden z fantazyjnych foteli dałam przed rokiem na aukcję Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Moimi meblami zainteresowała się galeria w Szwecji. Najnowszy projekt to szkatułki na biżuterię. Zrobiłam już kolekcję dla sieci sklepów Ania Kruk. Wszystko to można oglądać na stronie internetowej firmy.

Masz jeszcze czas dla Vanessy?

Nie ma w moim życiu nikogo ważniejszego od dziecka. Spędzam z nią każdą wolną chwilę. Uprawiamy sport, mamy swoje „wieczorki”, gdy robimy różne śmieszne rzeczy. Szłyśmy też razem w charytatywnym pokazie mody. Córka jest fajną, rezolutną dziewczynką, niewątpliwie będzie piękną kobietą. Mam nadzieję, że zrealizuje swoje marzenie i pójdzie w ślady dziadka. Śmieję się: „Boże, Vanessa, jak ty będziesz chirurgiem, wszyscy będą chcieli być chorzy, żeby tylko się u ciebie leczyć”.

Vanessa podobno była bardzo związana z Twoim byłym mężem. Przeżyła Wasze rozstanie?

Mieli poprawną relację. Teraz obie jesteśmy szczęśliwe. (śmiech)

Ze swoją mamą także masz taki doskonały kontakt?

Mama to mój największy przyjaciel! Rozmawiamy na wszystkie tematy. W wieku 54 lat spotkała miłość swojego życia i teraz pół roku spędza w Stanach, a pół w Polsce. Jest dowodem na to, że miłość można spotkać w każdym wieku. Moim przyjaciółkom – singielkom z konieczności, które są już tym podłamane, mówię: „Cieszcie się wolnością, pamiętajcie, że moja mama...” i tutaj następuje historia tej miłości, magicznej i romantycznej.

To prawda, że nie przyjaźnisz się z kobietami?

Tak było do maja. Nie wierzyłam w przyjaźń między kobietami. Uważałam, że jedyną prawdziwą przyjaciółką jest mama. Ale po wakacjach z Magdą i Edytką, zmieniłam zdanie. Muszę przeprosić wszystkie dziewczyny: „Słuchajcie, laski, jednak okazuje się, że przyjaźń między nami może istnieć! Można przeżywać cudowny czas, bawić się, robić różne dziwne rzeczy, pokłócić się do łez i na koniec się pogodzić”. Trochę jak w związku, bo przyjaźń to jakby miłość, tylko inna. Teraz wiem, że mam przyjaciółki. Potrafią mnie skrytykować, powiedzieć, co myślą na mój temat, ale też umieją pochwalić i natchnąć nadzieją. To fajne.

Jakie plany na przyszłość ma kobieta, która doskonale wie, czego chce?

Najważniejsze jest teraz wydanie książki, rozwój firmy Ammadora i napisanie pracy doktorskiej.

No, a miłość?

Ona tak naprawdę cały czas krąży wokół mnie. Jest tylko kwestia, czy otworzę przed nią drzwi, czy poczekam... Co ma być, to będzie... (śmiech)