Pierwszy raz widzę Panią na żywo.

I co Pan sądzi?

Jest Pani wysoka, tak jak sobie wyobrażałem, oraz subtelna, czego sobie nie wyobrażałem. Czerwone paznokcie, blond włosy starannie ułożone. Zamówiła Pani kawę z syropem smakowym. Gdzie się podziała groźna, waleczna Otylia?

Groźną i waleczną Otylią byłam głównie przed startem. Przy napięciu mięśniowym, jakie mi wtedy towarzyszyło, tak właśnie mogłam wyglądać, jak pan mówi. Nie będę zaprzeczać. Do tego presja widowni, kibiców, trenera i w końcu czepek plus kostium, które sprawiały, że wyglądałam zupełnie inaczej niż dzisiaj.

Nie pływa już Pani wyczynowo. Jak się z tym żyje?Kiedy nie ma gigantycznego napięcia, kiedy dnia nie rozpoczyna się w basenie przed wschodem słońca i kończy w basenie w blasku księżyca?

Dzisiaj chodzę na basen tylko wtedy, kiedy ktoś poprosi mnie, abym mu pomogła w opanowaniu techniki albo zobaczyła, jak radzi sobie w wodzie. Wtedy się zgadzam.

A sama dla siebie nie pływa Pani?

Na początku mojej przerwy w pływaniu cierpiałam na wodowstręt. Miałam go przez dobre 10 miesięcy. Przychodziłam na basen i nie mogłam zrobić kroku dalej. Wejść do wody. Nie jestem wyjątkiem. Są sportowcy, którzy przez 20 lat nie weszli do basenu po zakończeniu kariery. Ja przez 20 lat dzień w dzień trenowałam po osiem godzin. Całe tygodnie spędzałam w basenie, który dzisiaj kojarzy mi się przede wszystkim z ciężkim wysiłkiem, czterema ścianami i dnem. Czasami zmieniał się tylko kolor kafli, którymi wyłożona była pływalnia.

Pani pływaniu towarzyszyła ogromna adrenalina. Teraz jej nie ma. Pozostała pustka?

Dzisiaj życie dostarcza mi tak samo wielką dawkę adrenaliny jak pływanie, a czasami i większą. Ale faktycznie, kiedy skończyłam pływać, to zadałam sobie pytanie: co ja teraz będę robiła?

Jaka była odpowiedź?

„Kurczę, nie wiem, co mam robić” – pomyślałam. Nie znałam swojej wartości, nawet tej sportowej, bo zawsze, dążąc do sukcesu, powtarzałam: „Mogę mocniej, mogę lepiej, mogę szybciej”. Tak zostałam wychowana przez trenerów. Po wygranych zawodach myślałam sobie: „Muszę się przygotować do następnego startu, bo nikt mi za darmo nie da medalu”. I tak bezustannie. Zaklęty krąg. Człowiek zapomina o normalnym życiu, poza pływalnią, i nie musi o nim myśleć, bo inni organizują jego rzeczywistość. I nagle, kiedy byłam przed trzydziestką, uświadomiłam sobie, że ludzie z mojego otoczenia, przyjaciele, koleżanki mają pracę, zdobywają jakieś doświadczenie, zakładają rodziny, a ja dalej sobie pływam. No i co zrobię, jak wyjdę na brzeg?

Ma Pani 14 złotych medali z mistrzostw świata, Europy i igrzysk olimpijskich, a nie wiedziała, co robić z życiem?

Tak, dokładnie. Oprócz złota są jeszcze srebra i brąz, a problemy te same co u innych: wracałam do domu i myślałam: co będę dalej robić? Jak ma wyglądać moje życie? Są dyscypliny sportu, które dają o wiele większe możliwości po zakończeniu kariery: piłka nożna, tenis, siatkówka, a nawet koszykówka – jeżeli gra się w NBA. Ale nie pływanie. Z drugiej strony każdy z nas przeżywa w sporcie podobne emocje: są momenty, w których się wygrywa, są momenty, w których się przegrywa. Sytuacje, kiedy płaczemy i wszyscy to widzą albo nikt tego nie widzi, bo rozklejamy się dopiero w szatni. Nikt nie widzi tego, jak wracamy z treningów i jesteśmy tak zmęczeni, że wymiotujemy z wyczerpania.

Czy sport coś Pani zabrał, skradł?

Niczego mi nie skradł, ale pewnie gdybym go nie uprawiała, to mogłabym więcej czasu spędzać w domu i prowadzić zwyczajne życie. Czy sport mi zabrał dzieciństwo, młodość? Nie, nie zabrał mi, bo grałam w gumę na podwórku jak inne dzieci. Zasmakowałam wszystkiego. Moje życie mogę dzisiaj podzielić na dwa etapy: do trzydziestki żyłam sportem, teraz czerpię z tamtych doświadczeń. Tamto życie nauczyło mnie pewnego rytmu, jak wyznaczać sobie cele, dało bazę. Nie zamieniłabym go na żadne inne.

Męcząca dyscyplina się skończyła. Na co teraz może Pani sobie pozwolić?

Na bezkarne spanie, do 11. Po latach rozpoczynania dnia o 4 czy 5. Pospałam sobie przez 10 miesięcy, ale zaczęłam się już nudzić i myśleć, że kiedy budzę się o 11, to tracę pół dnia. Sam pan widzi, jaka jestem. (śmiech) Już nie śpię do 11, bo zaczęłam się zajmować tym, na co wcześniej nie miałam czasu. Wspomniane przez pana paznokcie – co dwa tygodnie obowiązkowo manikiur. Kiedyś mniejszą wagę przywiązywałam do tego, jak wyglądam, bo wchodziłam dwa razy dziennie do basenu i się nie malowałam, no bo po co? Mam również więcej czasu na to, aby się z kimś spotkać, porozmawiać. Dalej piszę.

I to od kilku lat. Kiedy porównuje Pani to, co pisała w swoim dzienniku na samym początku, z tym, co dzisiaj,to na czym polega różnica? Jak się Pani zmieniała?

Dzisiaj zapisuję zupełnie inne emocje i chyba umiem rozgraniczyć w tekście siebie od tego, co sobie wyobrażam i czego bym chciała.

W grudniu kończy Pani 30 lat.

Dziękuję, że mi o tym pan przypomina, (śmiech) ale mam jeszcze ponad dwa miesiące. Pamiętam, że kiedy miałam 20 lat, powiedziałam: „Moje życie zacznie się po trzydziestce”. I rzeczywiście cały czas się tego trzymam. Zawsze kiedy ktoś z moich znajomych kończył 30 lat, składałam mu życzenia: „Słuchaj, twoje życie dopiero się zaczyna”. W wieku 30 lat powinniśmy wiedzieć, mniej więcej, co chcemy dalej robić.

Pani wie? I dlatego wyjeżdża z Polski na rok do Rosji?

Dostałam propozycję od Polskiego Komitetu Olimpijskiego i Rosyjskiego Międzynarodowego Uniwersytetu Olimpijskiego który właśnie otworzył się w Soczi. Będę tam studiować. W Polsce skończyłam Akademię Wychowania Fizycznego oraz studia PR na Akademii Leona Koźmińskiego w Warszawie. Teraz otrzymałam stypendium w Rosji. Przygoda! Zastanawiając się nad wyjazdem, pomyślałam: „W sumie nie mam nic do stracenia”. W Soczi w 2014 roku odbędą się zimowe igrzyska olimpijskie, a ja nigdy nie byłam na igrzyskach zimowych. Będę studiowała biznes i sport, zarządzanie jednostkami sportowymi, organizację igrzysk olimpijskich, marketing sportowy. Jak mówię o tym wszystkim przyjaciołom, słyszę: „Kiedy wrócisz tutaj, to zostaniesz od razu panią minister”. (śmiech)

To nie popływa Pani sobie w Soczi. Nie będzie czasu.

Popływam, popływam, jeśli znajdę basen. Nawet szukałam klubu sportowego, do którego mogłabym dołączyć, ale to tylko dlatego, że mam pewien pomysł związany z zakończeniem mojej kariery, które – nie bójmy się tego powiedzieć głośno – zbliża się wielkimi krokami.

 

Jakie momenty w ciągu tych 20 lat pływania były najtrudniejsze? Do których nie chciałaby Pani już nigdy wracać?

Przyzwyczaiłam otoczenie do tego, że przez 10 lat z każdej sportowej imprezy przywoziłam medale. Kiedy to się skończyło, czułam na plecach ciężki oddech kibiców, trenera, społeczeństwa. Medale mnie mobilizowały, były dopełnieniem, ale ja zawsze mówiłam, że to nie medale są dla mnie miarą sukcesu, ale umiejętność podniesienia się po przegranej. Bo często jest tak, że ludzie odnoszą sukces, a potem pojawia się pierwsza porażka, po której się zablokowują i boją zrobić kolejny krok.

Czym ta presja się objawiała? Co Pani słyszała od trenerów, innych zawodników?

Wszyscy moi znajomi wiedzieli, że ja nigdy nie zawieszam medali na szyi, bo to wywoływało u mnie wielką presję. Kiedy ktoś mnie pytał, w jakiej jestem formie, to już się nauczyłam odpowiadać i powtarzałam jak mantrę: „Stoję na czerwonym, czekam na zielone”. Kiedy pracowałam z trenerem, podstawową rzeczą, jaką chciałam wiedzieć, było to, czy on we mnie wierzy. Od razu czułam, kiedy mój trener nie wierzył w to, co robię, albo nie był przekonany do pracy, jaką oboje wykonaliśmy, a to zdecydowanie odbijało się na moich wynikach. Spędzałam na zgrupowaniach 257 dni w roku. Z trenerem i z grupą. A do tego codzienne treningi, więc razem jakieś 350 dni. No, 345, bo 5 dni przerwy się znalazło.

Po czymś takim nie śni się Pani pływanie, zawody?

Bardzo często. Ostatnio miałam taki sen: jestem na zawodach i okazuje się, że zapomniałam kostiumu. W innych natomiast bywa tak, że mój kostium jest podarty i popękany albo że szukam kogoś na pływalni, biegając wokół basenu bez celu, bez sensu. Może to znak, żebym jednak nie przestawała pływać?

Pływanie przez lata było przecież dla Pani wszystkim. Tak jak pewnie trener był wszystkim.

Dokładnie. Tatą, nauczycielem, pedagogiem... Zarzucano mi kiedyś, że zmieniam trenerów jak rękawiczki. Tak, rzeczywiście zmieniałam trenerów, kiedy uważałam, że nie są w stanie nic więcej wnieść w to, co robię, albo przestali we mnie wierzyć. Wtedy lepiej, aby taki trener nie pokazywał mi się na oczy. Problem tkwi w tym, że trener nigdy nie przyzna się do tego, że nie jest w stanie dać więcej zawodnikowi. Mentalność większości trenerów w Polsce – szczęście, że nie wszystkich – jest taka, że jeżeli jest źle, to wina zawodnika, a jak jest dobrze, to zasługa trenera.

Z trenerem jest jak z reżyserem, który również powinien wierzyć w aktora. Zresztą może już to Pani zauważyła, kiedy grała najpierw w serialu „Rodzinka.pl”,a potem w „Pierwszej miłości”?

W „Rodzince.pl” zagrałam czterosekundowy epizod. Kiedy zadzwonili z „Pierwszej miłości”, od razu powiedziałam: „Tak, z przyjemnością, ale to nie może być epizod czterosekundowy”. I posłuchali mnie. Zawsze chciałam spróbować aktorstwa. Sportowiec musi być czasami aktorem. Przed startem gramy rozluźnionych, żeby choć trochę zmylić rywala. Zawsze podobało mi się, że aktor może wcielać się w inne postacie. Dopiero na zdjęciach do „Pierwszej miłości” przekonałam się, jaka to ciężka praca.

Ile miała Pani dubli?

Chyba miliony! (śmiech) Pamiętam, że w pierwszym dniu zdjęciowym miałam tylko jedną scenę do zagrania. Nie wiedziałam jeszcze, że dopiero ustawiamy światło. Byłam przekonana, że już gramy i kamera jest włączona. Wpadam zatem na plan pełna energii, z nastawieniem: „Wow, będzie super!”. Mówię swoją kwestię, wychodzę i słyszę: „Dobra, to jeszcze raz”. „Jak to?” – pytam zdziwiona. „Dopiero ustawiamy światło” – słyszę od ekipy. Do tej pory miałam cztery dni zdjęciowe. Mam nadzieję, że będzie więcej.

Zagrała Pani w serialu „Pierwsza miłość”, więc wykorzystam ten tytuł i pozwolę sobie zapytać o sprawy sercowe.

Mam swoje zdanie i to się odbija – że tak powiem (śmiech) – na moich relacjach partnerskich. Lubię dominować, ale jednocześnie chcę, żeby mnie czasami również przytulić.

To potencjalny ukochany...

Tak, wiem, co chciałby pan powiedzieć: że będzie miał ze mną ciężko. (śmiech) W związkach trzeba szukać kompromisów. Chciałabym założyć rodzinę. Nie ukrywam, że partnerzy życiowi, których do tej pory spotykałam na swojej drodze, również posiadali pewnego rodzaju doświadczenia. Nie żałuję ani jednego związku, w którym byłam. Jestem osobą, która pozostaje ze swoimi były partnerami w dobrych relacjach. Zawsze wspólnie dochodziliśmy do wniosku, że nie ma sensu się dłużej męczyć.

Dzisiaj jest Pani sama?

Dzisiaj? Szczerze mówiąc, w dużej mierze postawiłam na siebie. Niektórzy moi znajomi mówią, że nie zauważam, kiedy jakiś facet wysyła sygnał w moim kierunku. Odpowiadam im, że będzie musiało mną „tąpnąć”, abym go zauważyła. I czekam na takie tąpnięcie. (śmiech)