Gdzie byłeś, gdy Cię nie było?

Dobre pytanie. Po prostu szykowałem się do nowego programu. Nazywa się „Smakuj świat z Pascalem”.

Chyba fajniej jest, zamiast siedzieć w nawet najśliczniejszej kuchni, podróżować po całym świecie, gotować w ekstremalnych warunkach, jeść larwy owadów.

Oczywiście! Jestem życiowym globtroterem. Mam teraz 36 lat, a już 27 razy przeprowadzałem się! Ciągle mnie nosi. Nawet gdy robiłem swój poprzedni program „Po prostu gotuj”, zbudowałem dom, stworzyłem rodzinę – mam czteroletniego syna i żonę. Dużo się działo.

Zanim znajdziemy się w Azji, wytłumacz mi, jak to jest z Twoimi korzeniami?

Mój ojciec urodził się w Warszawie, obok Galerii Mokotów, gdy była tam wieś. Wiem, że dziadek produkował bimber w piwnicy i przyszli po niego Ruscy. Wtedy moja babcia stwierdziła, że wraca do Francji, bo biedna została sama z dzieckiem, a nie mówiła po polsku. Ale Rosjanie powiedzieli: „Pani może, ale syn nie, bo jest Polakiem”. Później ojciec pojechał na wakacje do Francji i tam został. Poznał moją mamę, która jest pół Włoszką, pół Francuzką. Więc można powiedzieć, że jestem mieszanką europejską.

I teraz ciągnie Cię do Azji?

Tak. Bo bardzo fascynuje mnie tamtejsza kuchnia. Oni jedzą na ziemi, na ulicy. Mają takie fajne przyrządy do wynoszenia jedzenia na wynos. Jest to napompowana folia plastikowa. W środku masz potrawę i gdy ją tam zamykasz, opary sprawiają, że ta torba jeszcze się powiększa. Wszyscy chodzą po ulicach z takimi śmiesznymi kulami. Mogą jedzenie wziąć do domu lub jeść prosto z tej torebki. Tak jest w Tajlandii. A Laos jest pozytywnie szokujący. Tam była rewolucja i przez 10 lat ludzie nie mieli co jeść. Więc wszystko, co złapiesz, nadaje się do jedzenia.

Czym dla Ciebie pachnie Laos?

Trawą cytrynową, która rośnie wszędzie, bo odstrasza komary. Pachnie też galangą, czyli laotańskim imbirem.

Jak się porozumiewałeś z miejscowymi? Znasz laotański?

Znam język międzynarodowy, czyli ręce, oczy (śmiech). Mamy też oczywiście tłumacza. Ale czuje się, że jest to kraj, który się boi. A jednocześnie mieszkańcy tacy gościnni.

Jaka jest azjatycka filozofia jedzenia?

O filozofii jeszcze nie mogę mówić, ale my mamy trzy dania, a oni mają cztery potrawy jako podstawę obiadu. U nich, gdy przyjeżdża kolejna osoba, gość, nie dodają więcej składników do gotowanych potraw, ale przygotowują kolejne danie. W programie pokazuję kulturę kulinarną, ale również życie i warunki życia ludzi. I ja gotuję na ich warunkach. Każde danie można ugotować na ziemi, mając brudną deskę, a to w niczym nie przeszkadza.

Program naturalno-kulturalny?

Dokładnie! Jest pot, zmęczenie. Jak mi nie smakuje, to z całym szacunkiem do twórcy tego dania, przepraszam i wypluwam, a kamera to nagrywa. Raz wpadłem na faceta, który przyrządzał węża, i jako kucharz wyczułem, że on nie potrafi gotować, i mówię do niego: „Stary, co ty mi ściemniasz, nie jesteś kucharzem?”.

A skąd Ty, Pascal, wiesz, jak gotować węża?

Bo węża traktuje się w kuchni jak węgorza! Wiedziałem, że jest on źle przyrządzany. Bo wrzucił kilka kilo soli.

A wiesz, jak dobrze doprawić psa czy szczura?

Nie popieram gotowania psów, więc nie zobaczysz mnie jedzącego te zwierzęta. Nie jestem od tego, żeby oceniać kulturę gotowania Wietnamczyków, ja chcę jedynie pokazać ich kulturę. W Wietnamie jedzą psy. Ale ja ich nie będę próbował, bo dla mnie jest to jak kanibalizm. Sam mam w domu cztery psy.

Więc nie wiesz, jak smakuje pieczony pies?

Nie i nie chcę się dowiedzieć.

A pieczony szczur?

Wiem. I wiem, jak smakuje wiewiórka. Znam także smaki różnych owadów.

Która część szczura jest najsmaczniejsza?

Myślę, że comber. Czyli plecy. Tak jak i u królika.

Czy brud nie był problemem w czasie Twoich podróży?

Nie. Nie możemy zapominać, że to wszystko pochodzi od natury.

A co ja z tego będę miała, oglądając taki program? Tutaj, w moim aseptycznym świecie?

Będziesz widziała, że nie zależy to tylko od warunków, ale ważne są nasze chęci. I zobaczysz, że wprawdzie Azjaci mają gorsze warunki, ale jedzą lepiej niż my. Skoro oni mogą gotować w każdym miejscu, to i my nie powinniśmy się usprawiedliwiać, że nie umiemy gotować! W programie opowiem też o ciekawych składnikach, dowiesz się o trikach, jakie możesz stosować w kuchni na co dzień. Nauczę cię zastępować produkty dla nas niedostępne innymi, np. zamiast trawy cytrynowej skórka cytrynowa, i będzie pysznie jak w Laosie.

Jedzenie jest bardzo zmysłowe. Nasz stosunek do jedzenia jest również naszym stosunkiem do rzeczywistości, którą widzimy, słyszymy i czujemy.

Oczywiście! Wszystko gra rolę. Kochamy Włochy, bo w ich suszonych pomidorach jest zaklęte ich słońce i światło. Zapachy są tak ważne i działają na naszą wyobraźnię w kuchni. Gdy byliśmy w Bangkoku, było ok. 41°C, a w Laosie było 35–36°C. I to już zmienia myślenie o jedzeniu. W Tajlandii np. kobiety mają sześć posiłków dziennie; jedzą troszeczkę, ale za to cały czas.

A co chcesz przenieść z Azji do naszego życia, jeśli chodzi o savoir-vivre i inne nowinki?

 

To, żeby nie bać się mieszać dziwnych rzeczy! Np. w Tajlandii są trzy rodzaje kuchni: kuchnia szlachetna, uliczna i uboga. I kuchnia szlachetna to jest 9 tys. przepisów. Ale jeśli chcesz poznać prawdziwą kuchnię tajską, to jest to kuchnia uliczna. W ciągu 20 minut możesz zjeść zieloną sałatkę z papają i krewetkami, które łowił pan obok. Jedziesz dalej i masz mężczyznę oferującego mnóstwo warzyw, które może ci przygotować w woku. Ja dopiero tam zrozumiałem, że jedzenie jest piękne.

Jak w Azji sprawdza się świeżość ryb, owoców morza? Słyszałam, że rybę można trzymać jak pistolet.

Jak ryba jest świeża i trzymasz ją za ogon, ona nie powinna opadać, powinna się trzymać sztywno. To jest pierwszy znak. Później masz oczy. Muszą być żywe i błyszczące, nie mogą być mętne. Ale sprzedawcy mają taki trik na to – wkraplają do oka odrobinę soku z cytryny. Ale najważniejsze są skrzela, które muszą być intensywnie purpurowe. W programie pokażę też, z jakimi niebezpieczeństwami wiąże się jedzenie pangi.

Czy można powiedzieć, że po tych programach stałeś się bardziej ekstremalny? Trochę dziki?

Jestem dziki. To prawda. To jest moje życie. Szybko przechodzę na ty i wolę walić prosto z mostu. W „Po prostu gotuj” miałem wizerunek „młodego żabojada”, który gotuje i ma superznajomych. Ale to był format, to nie byłem ja. I teraz chcę, żeby widz poszedł ze mną w świat, żebym mógł mu pokazać jego różnorodność.

Największe szaleństwo Twojego życia?

To, żeby zostawić wszystko i wyjechać. Teraz mam obowiązki życiowe i to jest moje szczęście. Ale mam kobietę, która jest na to gotowa. Ona wie, że ja nienawidzę rutyny i że może pewnego pięknego dnia znów ruszymy w drogę!

Najdziwniejszy smak? Szokujący, zwariowany?

Była to galaretka sojowa z kawałkiem bawoła w środku. Zawinięta w liść bananowca, kisiła się dwa miesiące. Gdy żułem, czułem zgniliznę w nosie. Poza tym jadłem larwy pszczoły złożone w kawałku miodu. Żywe.

I jak to smakuje?

Jest to bardzo oleiste i ma smak miodu. Zjadłem też larwę takiego dużego motyla białego, która żyje w łupince. Takie larwy smażysz w łupinkach na oleju, później je rozłupujesz i w środku widzisz coś, co wygląda jak glon. Jeśli zjesz 10 koników polnych, to jest to równoważne białkowo z płatem polędwicy wołowej. Te owady nie są wcale takie złe. Takie duże koniki polne są frytowane i później spryskane sosem sojowym. Potem dodaje się troszeczkę przypraw i już możesz jeść. Ale bez odnóży! Jest to taka chrupiąca przekąska. Pyszne są też larwy jedwabnika, świerszcze.

Nigdy nie było Ci niedobrze?

Nie, ani razu. No może wtedy, gdy wąchałem w Laosie hardcore’owy sos rybny Padek... Zapisałem go w swojej pamięci i nigdy nie zapomnę.

A jak przeżywasz dobre jedzenie? Co czujesz, gdy zjesz coś dobrego?

Przeważnie to wzrok mi sugeruje, że to mi się podoba: „Aaa, jedz mnie!”. I jak już żuję, zawsze przy tym oddycham, żeby lepiej poczuć smak. Wydychasz nosem, żeby czuć przyprawy, a nie tylko ostrość. Całe życie się uczę. Zacząłem pracować w kuchni, gdy miałem 16 lat, i szkołę kończyłem korespondencyjnie. Później zacząłem podróżować i kuchni włoskiej uczyłem się od Włocha, kuchni indonezyjskiej i tajskiej od prawdziwych Tajów. I za to jestem wdzięczny losowi! Mamy cały świat. I to będzie wspaniałe. W ogóle jedzenie jest niesamowite w tym, jak potrafi łączyć ludzi. Kiedyś wieczorem w trzy minuty wymyśliłem przepis potrawy i ugotowałem ją mężczyźnie w Laosie. Kroiłem na liściu bananowca i gotowałem na ognisku, bo tam nie ma gazu. Zrobiłem nawet nitki z karmelu. Był w szoku. Uważał to za czary! A po moim programie widz przekona się, że też może to zrobić u siebie. Dla takich chwil warto żyć!