Dom rodzinny. To, kim dzisiaj jestem, zawdzięczam rodzicom. Niektórzy mogą myśleć, że w takiej rockandrollowej rodzinie jak nasza rzadko mówi się o zasadach, ale wpojono mi wszystko, co najważniejsze. Pamiętam, kiedy miałam cztery lata, a tata woził mnie po lesie na masce samochodu. Dlaczego? Bo chciałam wtedy wiedzieć, jak to jest poczuć wiatr we włosach. Widzisz, miałam kompletnie szalone dzieciństwo. Często i bolesne. Bo wiele razy brakowało mi rodziców. Oni kochali zawsze to, czym się zajmują, i po prostu często ich nie było. Ale podarowali mi całe mnóstwo pięknych, prostych wartości, na przykład, żeby starać się nie krzywdzić innych ludzi. Pamiętam taką sytuację. Miała miejsce w szkole podstawowej, do której chodziłam. Była tam taka dziewczynka... trochę inna niż reszta dzieci. Wszyscy jej dokuczali, włącznie ze mną. Pewnego dnia moja mama powiedziała mi, dlaczego tak się dzieje. Wiele spraw mi wyjaśniła. Od tamtej chwili jako jedyna z dzieci próbowałam zrozumieć tę dziewczynkę. Stałam się jedyną ze szkoły, którą zapraszała do domu... Chciałabym umieć przekazać to wszystko Filipowi, mojemu synowi.

Moi rodzice to tacy hippisi, nie interesują ich dobra materialne, obrazowo: wolą grzybobranie od wycieczki po galerii handlowej (śmiech). Ja żyję w zupełnie innym świecie. Czego musiałam nauczyć się sama? Asertywności. Moi rodzice są jej zupełnie pozbawieni. A dzisiaj trudno się bez niej poruszać. Zwłaszcza w zawodzie, w którym dostaje się mnóstwo dziwnych propozycji… Jak byłam mała, świat mnie trochę przerażał. Wszystko wokół było piękniejsze, większe, odrobinę mnie przerastało. Ja miałam za duże okulary, włosy obcięte „pod garnek”, w sposób tak popularny w PRL-u. Świat mnie peszył. Może stąd wynika dzisiaj moja siła działania. Teraz spokojnie patrzę w lustro.

Kocham. Miłość – trudny temat.

Jej pojmowanie bardzo u mnie ewoluowało. Szczególnie po narodzinach syna. Miłość do dziecka jest nieporównywalna z niczym. Macierzyństwo uczy pokory. Bycie mamą bywa trudne. Wyczerpujące i bolesne. Ale czuję, że miłość do Filipa wszystko rekompensuje. Choć czasami siadam w ciszy, kiedy Filip zasypia, i myślę o tym, co bym teraz robiła, gdybym była sama... Może upragniona podróż do Chin, Indii? Zawsze kochałam podróże. Nie porzucam tych marzeń, odkładam je tylko na później.

Chcę widzieć, że obok mnie rośnie przyjaciel. Filip ma błysk w oku. Biega jak szalony na golasa z gitarą i śpiewa. W tym jest ogromna magia. Mam wyrzuty sumienia, gdy wychodzę z domu do studia czy na koncert. Zaczęłam pracować, kiedy Filip miał cztery miesiące. Ale kiedyś zadałam sobie pytanie: czy mogłabym zrezygnować z pracy? Im jestem starsza, tym bardziej zachłanna na muzykę. To również miłość, która daje mi szczęście. A dobra mama to szczęśliwa mama.

ędy, ból.

Jest taki tekst na nowej płycie Perfectu „Kiedy płacze ktoś skrzywdzony, płaczę też...”. Boli mnie brak tolerancji, cierpienie, najbardziej dzieci. Błędy? Najlepiej obrazuje to mój tekst „Hallo, Hallo” z mojej ostatniej płyty: „Choć pogubiłam szlak. Spalałam się nieraz. Poczułam słońca blask. Choć jak po linie szłam. Straciłam kilka szans. Objęcie nocy znam”. Popełniłam w życiu wiele głupich błędów. Szczeniackich, których się wstydzę. Zawsze byłam takim „roztrzepańcem”, brałam wszystko. Teraz jako ST-letnia kobieta wiem, że to nie na tym polega życie pełną piersią. Ale ta piosenka jest również o tym, że uczymy się na błędach. Że lepiej nie żałować niczego, bo wszystko dzieje się po coś.

"Ostatni”

 to tytuł piosenki na mojej nowej płycie. Podoba się szczególnie kobietom. Zastanawiam się: dlaczego? W refrenie jest takie wyznanie: „Dziś ranisz mnie ostatni raz...”. To chyba my częściej czujemy się zranione. Kobiety są niezwykłe, czuję to jeszcze mocniej, od kiedy zostałam mamą. Mamy wiele ról do spełnienia na różnych polach. Musimy być jednocześnie dzielne i wrażliwe.

Ciepło.

Nic mnie tak nie ładuje jak słońce. Jestem światłoczuła. Szukam takich miejsc, gdzie jest jasno, ciepło. Otaczam się ludźmi z taką aurą. Uwielbiam się przytulać, dotykać. Ważny jest dla mnie zapach. Nie wyobrażam sobie żyć „na chłodno”.

Tata.

Wyjątkowy facet. Zdolny, wielce skromny, śpiewa całym sercem. Zawsze był oddanym ojcem. W wielu kwestiach zdał egzamin. To jest taki człowiek, który po prostu żyje na maksa. Ale nie w sposób nieobliczalny, nie tylko dla siebie. Nigdy nie dostosował się do dzisiejszych czasów, pędu, który nas otacza. Nie ma komórki, internetu. Za to artystą jest ponadczasowym.

Upór.

Nie jestem uparta (cisza). Chyba nie... Choć gdybym nie miała uporu w ogóle, to po pierwszych, fatalnych recenzjach, koszmarnych wpisach w internecie, słuchaniu, że jestem tylko córką swojego taty, zrezygnowałabym ze śpiewania. Tylko nie wiem, czy to upór, czy wytrwałość?

Jacek.

Jest artystą, ale stąpa mocno po ziemi. Zajmuje się wszystkim, czego ja nie ogarniam. Jacek równa się konkret. Poznaliśmy się, zakochaliśmy i po okresie płomiennego uczucia musieliśmy zderzyć się z codziennością. Moja trochę szalona natura i jego wyważenie sprawiają, że musimy cały czas pracować nad naszym związkiem. Cenne jest to, że mogę na nim polegać.

Zapomnienie, złość, zatracenie?

 

Wybieram to ostatnie. Napisałam o tym piosenkę „W hotelowych korytarzach”, która będzie najprawdopodobniej trzecim singlem z mojej ostatniej płyty. Ciężko jest żyć na granicy: być i mamą, i artystką, która musi wyjść na scenę, porwać ludzi i wtedy się właśnie zatracić. Wielu artystów uzależnia się... W naszej pracy bardzo łatwo o zatracenie, bo to, co robimy, jest nieustającym wypalaniem. Życiem na krawędzi. W czasie koncertu otwieram duszę, a po kilku godzinach jak gdyby nigdy nic muszę wrócić do domu, zasnąć. Wystudzenie tamtych emocji jest niezwykle trudne. Z koncertów wracam zazwyczaj wyżęta jak szmata. Rozmawiałam kiedyś o tym z Urszulą. Powiedziała mi: „Patrycja, jedną ręką jeszcze macham publiczności na pożegnanie, a drugą już zmieniam pieluchy”. Na tym polega to rozdarcie.

Moje miejsce jest tutaj.

Nie mogłabym mieszkać nigdzie poza Polską. Nawet sobie nie wyobrażam życia w innym mieście. I nigdy nie kusiłam losu, żeby było inaczej. Na M są jeszcze momenty... Tych miałam w życiu mnóstwo. Z dzieciństwa ci opowiem jeden – jak z kuzynami stawaliśmy na kanapie i słuchaliśmy Toto, Deep Purple, Whitney Houston. Oczywiście śpiewaliśmy. Robiliśmy sobie własne koncerty. Teraz, kiedy skończyłam 30 lat, czuję, że pewne momenty już nie wrócą. To przykre.

X Przyszło mi kiedyś postawić na kimś krzyżyk.

I chyba nie ma nic bardziej bolesnego. Dlaczego kogoś skreśliłam? Brak lojalności. To był przyjaciel. Nie wiem nawet, czy tak mocno zabolałaby mnie zdrada partnera. Czułam się wtedy jak bezbronne trzyletnie dziecko, któremu odbiera się coś bardzo ważnego.

Impreza.

Kiedy jest rock and roll, to musi być impreza! Ona mnie oczyszcza, pozwala zresetować umysł. Doradzam to każdemu ;). Ludziom się wydaje, że każdy koncert to swego rodzaju impreza. A to przecież często stres. Kiedyś pod koniec jednego z występów straciłam głos. Wyobraź sobie, że mam do zaśpiewania jeszcze tylko „Świat się pomylił” na koniec. Przede mną stoi _S tys. ludzi, a ja odkrywam, że nie mówię. Poprosiłam szeptem publiczność: zaśpiewajcie za mnie. I tak zrobili. Miałam łzy w oczach. Artysta nie powinien płakać, to należy do widowni. Ale czułam wtedy, że oni są ze mną. Co innego imprezy po koncertach. To lubię. Są dla mnie tym bardziej ważne, że mój zespół traktuję jak rodzinę.

Ambicja.

Jestem ambitna. Tak samo w życiu jak i w pracy. Choć nie zmierzam do celu po trupach. Ambicja sprawia, że się rozwijam. Bez niej staje się w miejscu, a ja chcę mieć kolejne wyzwania. Bardzo chciałabym, aby mój synek też miał pasje. Nie chcę, żeby wyrósł na bananowca, któremu na niczym nie zależy.

Seks?

Po trzydziestce moje podejście do niego trochę się zmieniło. Inne jest jego odczuwanie. Teraz czerpię z niego jeszcze inną przyjemność niż kiedyś. Rozsmakowuję się (śmiech). Ktoś powiedział pięknie, że u kobiety gra wstępna trwa od rana do wieczora, a u mężczyzny jakieś 20 sekund. Dzisiaj byłabym dużo bardziej wymagająca wobec facetów. Trudniej niż kiedyś zwrócić moją uwagę. Podnieca mnie intelekt. Największy afrodyzjak – poczucie humoru.

F jak film.

Ukazały się dwie wersje mojej najnowszej płyty – podstawowa z CD i druga z DVD. Powstał 40-minutowy film z trasy. Dokonał tego Klaudiusz Boczkowski. Był z nami na około 10 koncertach. Towarzyszył nam w każdej minucie, krocząc z kamerą za kulisami, w garderobie, itd... Wreszcie przestaliśmy go zauważać. Powstał świetny obraz tego, co naprawdę dzieje się na trasie. Czuć atmosferę koncertu, tego, co nas łączy. Od zawsze interesowałam się kinem. Skończyłam trzyletnią szkołę filmową. Na zaliczenie zrobiłam dokument zatytułowany „Człowiek Perfectu”, w którym pokazałam Wiesia – technicznego zespołu mojego ojca. Wiesio to szara eminencja kapeli. Fajnie jest pokazać to, co się dzieje od drugiej strony kulis.

Lubię ludzi i to mi pomaga w zawodzie.

Dzięki nim kocham grać koncerty. Najcudowniejsze są chwile, kiedy w jakiś niezwykły sposób „łączę” się z publicznością. Wtedy wstępuję w rodzaj transu. Takie momenty się zdarzają. Zjednoczenie, interakcja, ludzie chłoną muzykę. Dzięki takim chwilom łatwiej znosić te przykre strony mojego zawodu, a kilka by się znalazło...

Wolność.

mi ostatnio powiedział, że wydaję mu się wolna... Chyba daje mi to zawód. Przy okazji koncertów sporo jeżdżę, poznaję ludzi, jestem trochę panią swojego losu. Wtedy tej wolności jest dużo. Kiedy wsiadamy z zespołem do busa, to czujemy, że jedziemy odkrywać nieznane. Kocham to uczucie. Po urodzeniu Filipa sporo tamtej beztroski umknęło... Jednak przecież wolność ma się w sobie. Prawdziwa wolność to bycie sobą. Wolność nie oznacza bycia tylko dla siebie. Cały czas się tego uczę.

Nurkowanie, narty.

Zawsze miałam spory apetyt na życie i wielu rzeczy chciałam spróbować. Kiedyś nurkowałam z butlą, ale dopiero teraz uczę się jeździć na nartach. Życie jest krótkie i czasami martwię się, że coś przegapię. Ale widocznie wszystko ma swój czas, np. jako nastolatka czytałam niewiele. Teraz nadrabiam zaległości w literaturze. Ostatnia pozycja – „Sto lat samotności” Marqueza.

Ekspresja.

Nie kwestionuję tutaj techniki, która jest potrzebna, ważna, żeby śpiewać, grać. Jednak dla mnie nigdy technika nie była najważniejsza. Z wiekiem odkryłam, że jej miejsce zajmuje właśnie ekspresja, prawda. Dlatego bliższy jest mi Ray Charles niż Celine Dion.

Rozum.

Trzeba jednak w życiu i miłości kierować się też rozumem. Takie zachowanie może nas uchronić od wielu problemów. Wcześniej setki razy o tym zapominałam. Teraz już tylko kilka (śmiech).

Grzech.

Dla każdego grzech jest czymś innym. Dla mnie największym grzechem jest krzywdzenie innych. Byłabym ostrożna z nazywaniem wielu spraw jako grzesznych i ocenianiu innych.

Humor.

Sprawia, że życie nabiera kolorów. Jest dla mnie bardzo ważny. Tak jak ważny jest dystans. Do siebie. Do życia. Nawet kiedy wiatr wieje w oczy, to próbuję się śmiać. Uwielbiam poczucie humoru Woody’ego Allena i polskie komedie.

P jak Patrycja.

 

Najnowsza, piąta płyta, jest pierwszą, którą zatytułowałam po prostu „Patrycja Markowska“. Mija \] lat, odkąd śpiewam zawodowo, a czuję, jakbym dopiero teraz rozwijała skrzydła. Wierzę, że mam jeszcze wiele do przekazania muzyką. Ulubione piosenki z tego albumu? Pierwszy singiel – „Księżycowy” odniósł sukces, ale dla mnie ważne są te trudniejsze piosenki... Jak choćby blues z tekstem Bogdana Loebla „Stoisz u drzwi”, napisany przez Ines Zaczek z rockowym powerem. Na tej płycie nie ma „wypełniaczy”. a\ grudnia moje urodziny. Czy zaśpiewałabym sobie „Sto lat”? Nie wiem, czy chciałabym żyć tak długo. Najchętniej to właśnie teraz zaczęłabym zapominać o moim wieku. Jak najdłużej chcę być młoda, podobnie jak moi rodzice. Jak moje idolki Beata Tyszkiewicz, Maria Czubaszek. Mam wrażenie, że z wiekiem stają się coraz młodsze. Myślę, że przestanę obchodzić urodziny, a zacznę się czuć pełną życia kobietą, która nie chce zatracić dziecka, które wciąż w sobie ma.