Prowadzisz w „Mieście kobiet” wraz z Dorotą Wellman bardzo szczere i mocne rozmowy. Gdybyś miała siebie samą zaprosić do programu, to jaki dałabyś mu tytuł?

Jest taka anegdota, która krąży po wszystkich redakcjach, z którymi pracowałam, że ja jestem gościem dobrym do wszystkich tematów (śmiech). Bo jestem takim trochę nomadą. Teraz jest tak, że nagrywam programy w Warszawie, ale po kilku intensywnych dniach pracy wracam do Zakopanego, gdzie mieszkam. Dzięki temu mam zapewnione zmiany, co zaspokaja mój głód permanentnego bycia w ruchu.

Lubisz zmiany. Ale one bywają niebezpieczne.

Nie boję się ich. Wszystkie zmiany w moim życiu wychodziły mi na dobre. Ale bywały momenty, że się w coś wpakowałam, a potem lamentowałam: „Cholera, ja chcę odzyskać moje życie!”. Nie znam w swoim otoczeniu drugiej osoby, która się tyle razy przeprowadzała. Najpierw jako dziecko mieszkałam między Warszawą a Zakopanem, bo i tu, i tam chodziłam do szkoły. Potem jako 17-latka wyjechałam do Francji. W Paryżu w trudnych momentach było pomieszkiwanie u znajomych, różne służbówki, mieszkanie kątem. Kiedy urodziła się Ala, mieszkałam długo jak na mnie, bo aż 8 lat, pod Warszawą, w Złotokłosie. To był szczęśliwy czas. Ale musiałam to zmienić, bo podjęłam pracę w radiu i nie wyrabiałam się z dalekimi dojazdami.

Wszystkiego  próbowałaś. Byłaś reporterką, dziennikarką, było radio, telewizja, teatr, kino.

Szukałam swojej drogi, zachłysnęłam się radiem. Przedtem pracowałam też w wielkiej agencji reklamowej jako copywriter. Bardzo dobrze mi szło. Miałam 23 lata, szybko awansowałam…

I znudziło Ci się. Znowu gdzieś Cię niosło...

Nie, nie znudziło się. Po prostu Ala wymagała mojej obecności, a praca w agencji reklamowej to 14 godzin na dobę poza domem. Wychodziłam i zostawiałam ją w Złotokłosie wyjącą w ramionach opiekunki. Wracałam czasami tylko po to, żeby z nią pobyć przez 2 godziny w ciągu dnia i znów do roboty. Przeprosiłam się z graniem, poszłam do serialu „Złotopolscy” i do Teatru Nowego do Adama Hanuszkiewicza. To była pragmatyczna decyzja. Grając w serialu, miałam zajęte 10 dni w miesiącu, w teatrze byłam na 17.00, a o 22.00 najpóźniej w domu.

Paulino, tak Ci dobrze szło w aktorstwie. Czemu to rzuciłaś?

Bo to mnie nie interesowało kompletnie! Wiedziałam, że byli lepsi ode mnie.

Uczciwie sobie powiedziałaś, że nie masz talentu?

Jestem lepszym dziennikarzem, niż byłam aktorką. Najwyraźniej nie byłam człowiekiem filmu i teatru, bo rozstałam się z tym z ulgą i bez żalu. Wejście do radia to był moment przełomowy. Były wakacje, moja babcia świętej pamięci Magda Młynarska, która była cudowną osobą, całe życie przepracowała w Polskim Radiu. Prowadziła tam redakcję programów dziecięcych. Pewnego lata babcia ciężko zachorowała, a cała nasza rodzina rozjechała się na wakacje i zostałam w mieście tylko ja. To był darowany mi czas: tylko dla nas. Słuchałam radia TOK FM, jeżdżąc do niej z obiadami do szpitala. Myślałam sobie: jakie to fajne, oni ciągle tam gadają, nawijają, tyle tematów poruszają. Opowiedziałam o tym babci, a jej zapalił się wzrok. Długo rozmawiałyśmy o jej pracy. Wracając, weszłam na kawę do knajpy. Tam się natknęłam na Andrzeja Chyrę. I mówię mu: „Słuchaj, jakie fajne jest to radio, ja bym tam chciała pracować”. A on: „Właśnie robią nabór, wiem od znajomych”. Strasznie Andrzejowi za to dziękowałam. Byłam wtedy aktoreczką serialową bez wykształcenia akademickiego. Kazali mi rozwiązać test, taki jak w BBC. Byłam przerażona: „Oni to będą sobie pokazywać i mówić: >>Ale głupol!