Nerwowo?

Nerwowo było przez chwi­lę. Zostałem zaatakowany i nie rozumiem powodu, dla którego tak się stało Żyję zgodnie ze swoim sumieniem i poglądami. Ale po reakcji ludzi na publikację we „Wprost” stwierdzam, że Polacy są fajni. Wcześniej nie byłem o tym aż tak przekonany. Widzę, że mamy zdolność do samorefleksji i do samokorekty. To fantastyczna cecha.

Skąd taki wniosek?

Odebrałem wiele telefonów i uwag, w rodzaju: nie dajmy się zwariować i zmanipulować propagandzie. My nie wyskoczymy z miejsca, w którym żyje­my, Polska nie teleportuje się nagle i nie znajdzie np. w Afryce. Żyjemy tu, nad Wisłą, tu jest nasz dom, a za miedzą ma­my potężnego sąsiada i nie stać nas na to, żeby być z nim w konflikcie. Mu­simy kierować się rozsądkiem. I nie wy­stępować na pewno w pojedynkę, tylko brać pod uwagę, jak postępują Francja i Niemcy. A oni przede wszystkim bro­nią swoich spraw biznesowych. Oczy­wiście, jeśli przyjdzie taka potrzeba, będziemy bronić naszych ziem do krwi ostatniej, jak zawsze od wieków. Często za to obrywaliśmy, więc może na razie warto tę szabelkę schować.

Z okładki tygodnika „Wprost” uśmiechasz się do nas w mundurze oficera rosyjskiej ar­mii. Masz przy tym kciuk uniesiony do góry na znak, że jest ok. a jest ok.?

Nie jest. Grubo nie jest. Ta okładka to wyraźne naruszenie dóbr osobistych, imputowanie mi czegoś, co nie ma miej­sca. Na jakiej podstawie dokonano takiej manipulacji? „Skazano” mnie dlatego, że pracuję w Rosji, a pismo miało akurat potrzebę, żeby kogoś upolować. Jestem wkurzony, zniesmaczony tym, że polska żurnalistyka szuka kozłów ofiarnych.

A ja pracuję nie tylko w Rosji, ale fakt, że i tam, wystarcza niektórym prawico­wym pismom, żeby dokonać samosądu i linczowania. Nigdy w życiu nie zosta­łem tak mocno trafiony. Jest w Polsce duże ciśnienie, żeby rozliczać ludzi z po­glądów. To przedziwne, bo żyjemy w kraju demokratycznym, gdzie wolno mieć różne poglądy. A w moim przypad­ku nikt mnie o poglądy nie zapytał - osą­dzono mnie „zaocznie”. Żaden z dzien­nikarzy, tak zwanych prawicowych, którzy na mój temat pisali, nie pofaty­gował się, by zobaczyć mój filmowy do­robek albo zajrzeć do internetu na mój profil na Facebooku i znaleźć w nim coś, co pozwoliłoby nazwać mnie zdrajcą.

Zdrajca to poważne oskarżenie.

Bardzo. Tymczasem ja zagrałem główną rolę we francuskim filmie o zabójstwie Anny Politkowskiej („Une femme à abat­tre”). Można go ściągnąć z sieci. Inny francuski film „Wszyscy tak bardzo siebie nienawidziliśmy”, w którym grałem Niemca, m.in. z córką Romy Schneider, opowiada o powstaniu Unii Europej­skiej. A tak naprawdę o tym, jak w 1950 roku doszło do pojednania między Niemcami a Francuzami, którzy przez wieki się nienawidzili. Zagrałem też w „Pre Mortem” Konrada Łęckiego o za­bójstwie polskich oficerów w Katyniu w 1939 roku. To o czym my mówimy? Dla mnie, który kocha polską tradycję, historię, bohaterów, to absurdalne, że ktoś może dokonać podsumowania, że oto sprzedałem się za mamonę.

Daniel Olbrychski jest stawiany w kontrze do Cie­bie, bo odmówił gry w moskiewskim teatrze, w roku 2000 zaprotestował przeciwko publicz­nemu wykorzystaniu kadru z filmu w mundurze oficera Wehrmachtu i na wystawie w Zachęcie pociął zdjęcie szablą. Ciebie jako pragmatyka nie pytam o szablę, ale o proces. Będzie? Będzie. Nie wyrywałem szabelki, choć miałem na to ochotę. Poszedłem do prawnika, który będzie bronił moje­go dobrego imienia. Chcemy pokazać, że tego typu nadużycia są niedopusz­czalne. Prasa jest dziś biznesem, wydaw­cy w imię słupków prowadzą agresywne działania, które de facto nas niszczą, bo potem przenosimy te zwyczaje na nasze życie - stajemy się cyniczni, złośliwi i paskudni dla siebie. A tabloidy są praktycznie bezkarne.

 

Alosza Awdiejew, polski aktor i piosenkarz, z pochodzenia Rosjanin, uważa, że kultura i polityka to dwie odrębne sfery.

Kultura nie powinna być artylerią, tylko platformą porozumienia, dyskusji. Przynależę do jej świata. Naszym obo­wiązkiem jest mówienie ludziom: kochajmy się i szanujmy, bądźmy zjed­noczeni i jednomyślni, pracujmy, żeby Polska była silna i nie musiała się niko­go bać. Współpracujmy, bądźmy soli­darni. Zbudujmy silny i zwarty kraj, silny ekonomicznie, politycznie, woj­skowo i kulturalnie. Już straciliśmy 1 mln 600 tys. ludzi, którzy wyjechali za granicę. A po­trzebujemy ich, bo jak ina­czej budować przyszłość?

Z kim? Młodzi Polacy tak chętnie stąd wyjeżdżają również dlatego, że mają dosyć tzw. złobnych ludiej - złowieszczych ludzi.

Wciąż sobie czegoś zazdro­ścimy, jesteśmy w stanie utopić kogoś w łyżce, bo odniósł sukces. Szkoda, że tłumimy w sobie tę do­brą, pozytywną energię.

Myślisz, że za linczem, jak mó­wisz, na Twojej osobie kryje się zazdrość o sukces?

Mój sukces - piszą - polega na tym, że zarabiam w Rosji fortunę. Ale nikt mnie o to nie zapytał, czy faktycznie zarabiam fortunę.

A zarabiasz?

Nie mogę powiedzieć, że nie zarabiam pieniędzy. Myślę, że wielu polskich ak­torów, tych z czołówki, może spać spo­kojnie. Oni nie mają mi czego zazdro­ścić. Wszystko jest w normie. A ja muszę się martwić o swoją przyszłość, bo mo­je polskie państwo nie zabezpieczy mi emerytury. Więc te środki, które w tej chwili zarabiam, muszę mądrze uloko­wać. Mam teraz swoje „pięć minut” i pra­gnąłbym jakoś zabezpieczyć starość sobie i kilku osobom, którym poma­gam. Na przykład mojej mamie, która jako pielęgniarka ma emeryturę grubo poniżej średniej krajowej, i dzieciom.

Jesteś w Rosji gwiazdą?

Gwiazdą, myślę, nie jestem, ale wiem, że mnie lubią i rozpoznają. Niedawno zaczepiła mnie na ulicy urocza, zadbana starsza pani, intelektualistka z Petersbur­ga, i ucięła ze mną pogawędkę o kinie.

A temperatura była minusowa... Aktor w Rosji jest darzony szacunkiem. Nie tylko przez widzów, ale i producen­tów. Po zdjęciach próbnych już następ­nego dnia mam wiadomość, jak wypa­dłem. Pytają mnie tylko, czy jestem gotów konkretnego dnia przyjechać na plan. Nie mówiąc już o tym, jak wygląda ca­sting! Wysłali po mnie samochód na lot­nisko, a później przez cały dzień miałem ten samochód do dyspozycji, razem z kierowcą. Oprowadzono mnie po stu­diu, a na casting ściągnięto trzy aktorki, moje ewentualne partnerki. Na koniec przyszedł sam producent, właściciel stu­dia. Był łaskawy przyjechać, a nie musiał, bo ma 25 innych produkcji. Widział moje ostatnie role, uznał za interesujące i za­proponował mi pracę.

Nie powiesz chyba, że tak trak­towani są tam wszyscy aktorzy.

Nie wszyscy, bo i w Rosji ak­torzy ciężko się biją o dobrą stawkę i w ogóle o pracę. Ten rynek jest na tyle duży, że aby zasłużyć na miano gwiazdy, trzeba mieć szczę­ście i zagrać w kilkunastu filmach, tak jak Barbara Brylska. Rosjanie kochają ją do dziś. Podobnie jak Annę German. To niesa­mowite, że producenci ro­syjscy i ukraińscy ją nam przywrócili. Ten chłopak, który przyniósł nam właśnie kawę, to mój syn, Paweł. Ma 21 lat, studiuje produkcję filmową. Mówię mu, że jeśli chce być dobrym producentem, musi zobaczyć, jak filmowy rynek działa w Europie, Chinach, Rosji, Ameryce.

 

Środowisko gwiazd rosyjskich jest hermetycz­ne. Ciebie zaakceptowało?

Nie bywam na salonach moskiewskich, tak samo jak nie bywam na warszaw­skich. W pracy, na planie spotkam się z olbrzymią życzliwością. Nigdy nie poczułem się wykluczony.

Czy konflikt ukraińsko-rosyjski i zaangażowa­nie się weń Polski odbił się w jakiś sposób na Twojej sytuacji zawodowej w Rosji?

Na razie nie. Gram obecnie w filmie ukraińsko-rosyjskim i nawet tu konflikt „rozchodzi się po kościach”. A my, Pola­cy, chcemy odwoływać rok kultury ro­syjskiej w Polsce. We Francji nikt mnie nie pyta o ten konflikt. Właśnie podpi­saliśmy umowę na serial „Destination Mars”- ja jako współproducent ze strony francuskiej. To historia o wyprawie na Marsa w 2020 roku ekipy, która składa się z Ukraińców, Rosjan, Niemców, Ame­rykanów, Francuzów. Będzie tam też Po­lak. Serial ma być koprodukcją francusko-rosyjską, z możliwością współpracy ze strony amerykańskiej. Moje projekty aktorskie w Rosji, co chcę podkreślić, są starannie przeze mnie wybierane. Nie uczestniczyłem w ani jednym o wymowie antypolskiej, czego nie można powie­dzieć o niektórych polskich artystach.

Kogo masz na myśli? Michała Żebrowskiego, który zagrał w filmie „Rok 1612”?

Jest też film „Wilcze słońca” o historii polskiej „Dwójki”, chluby naszego wy­wiadu, która została przez Rosjan nega­tywnie przedstawiona.

Dlaczego reprezentujesz stronę francuską, a nie polską?

Bo w Polsce nie ma osób zainteresowa­nych projektem. A ponieważ działam w Rosji i we Francji, wykorzystuję moje kontakty biznesowe i artystyczne. I tu widzę miejsce dla siebie w przyszłości. Producenta?

Tak długo, jak Pan Bóg pozwoli, będę starał się grać, ale rozwijam też in­ną działalność. Wiem, że balansuję na cienkiej linie, bo sytuacja na Ukra­inie, w Rosji i Polsce może się gwałtow­nie zmienić. Dzisiaj optuję za dialo­giem. Jak będzie jutro, nie wiem.

Liczysz się z tym, że możesz zniknąć z rynku rosyjskiego?

Nie sądzę. Ciężko pracowałem przez ostatnie lata na to, żeby tam zaistnieć. Jednocześnie mam świadomość, że je­stem teraz w najlepszym okresie swojej tężyzny artystycznej. Dostaję ważne propozycje, interesujące role. Ale wiel­kiego nieszczęścia nie będzie, jeśli... bo w końcu mam na swoim koncie tych 60 filmów. Będę wtedy szukał swojego miejsca gdzie indziej.

Również po drugiej stronie kamery?

Taka myśl przychodzi z wiekiem. To ko­chany zawód, ale wyczerpujący. Dobrze jest czuć, że możesz swoją rolą wypowie­dzieć się w jakiejś sprawie. Na szczęście u nas takie filmy powstają.

 

Róża”, „Drogówka”, „Ida”, „W imię...”, „Chce się żyć”. Nie żałujesz, że Ciebie w nich nie ma? Mam sam dzwonić do reżyserów i pytać: „Słuchaj, może masz dla mnie rolę?”. Teraz w Canal+ jest pokazywany „Klucz salamandry”. Gram tam z Rutgerem Hauerem i Michaelem Madsenem. Za chwilę na nasz rynek telewizyjny wej­dzie kilka innych produkcji, które zro­biłem poza Polską. Może w ten sposób dotrę do naszych twórców? Najbardziej brakuje mi w pracy ojczystego języka, chciałbym być częścią polskiej kultury. Ale mam nadzieję, że najbliższe lata coś zmienią i przyjdzie taki moment, kiedy ktoś pomyśli, że warto spotkać się z tym aktorem. Co ciekawe, to nie tylko mój problem. Wielu świetnych aktorów nie jest wykorzystywanych.

A właściwie, dlaczego stad wyjechałeś? Bałeś się, że nie zrobisz w Polsce kariery?

Nie. Miałem poczucie, że się duszę. Ubrano mnie w kostium...

Amanta?

Coś takiego. I nie mogłem odnaleźć własnej tożsamości, własnej drogi zawo­dowej. Dopiero reżyserzy francuscy i ro­syjscy zobaczyli mnie inaczej. Gram głównie w filmach gatunkowych: akcji, historycznych, kryminalnych, kome­diowych. W Polsce najczęściej robi się kino autorskie. Ale z szacunkiem myślę o naszym kinie, bo ono ma w tej chwili fajny szwung.

Jak Emma, Twoja narzeczona, patrzy teraz na to, że grasz w Rosji? Armenia, skąd Emma pochodzi, również należała kiedyś do Związku Radzieckiego.

Emma doskonale zna Związek Radziec­ki z przeszłości. Jej rodzina została mocno doświadczona przez Sowietów. W Armenii stracili wszystko. W czasach siermiężnego komunizmu wyjechali szukać miejsca do życia, w którym bę­dzie więcej swobody. Trochę nie mam prawa mówić w jej imieniu, ale Emma jest nasza, europejska. Czasami dużo bardziej polska ode mnie. Ja chciałbym doskonalić język i proszę, żeby ze mną rozmawiała po rosyjsku, a ona uparcie - po polsku. Jej w domu wpajano ważne wartości. I Emma w moim życiu jest ta­kim wektorem, siłą, która mówi: „To jest właśnie wartość: dom, w którym mieszkasz, rodzina i to, w jaki sposób ze sobą rozmawiamy, nasze relacje”. Dzięki niej widzę, jak strasznie dużo roboty jest w Polsce do zrobienia.

A co z Twoim mieszkaniem w Moskwie? Podob­no je kupiłeś...

To nieprawda. Tak podały tabloidy. Nie kupiłem w Moskwie żadnego mieszkania - czasami wynajmuję. W Polsce jest mój dom, ale to nie znaczy, że będziemy tu mieszkać zawsze. Oboje z Emmą chcie­libyśmy trochę pożyć w innej kulturze, głównie po to, by się otworzyć na nowe. Ciągną mnie Anglosasi. Uwielbiam bry­tyjską kulturę. Nie mówię, że tam wyje- dziemy, tylko, że to nasze pragnienie. Taka decyzja wymaga reorganizacji życia. Jeszcze nie jesteśmy na tym etapie. Oboje mamy potrzebę, by w przyszłości żyć na przecięciu różnych kultur. Emma pochodzi przecież z innej kultury. I to nie chodzi o to, by emigrować czy jechać za pracą - mnie interesuje odmienny styl życia, dotknięcie innego widzenia świa­ta, mentalności, kultury. Mam ochotę na coś nowego, na nowy „Stary Świat”.

W jednym z wywiadów powiedziałeś, że uczysz się od syna wartości. Jak to możliwe? Na ogół porządek jest inny.

Najlepszym świadectwem nas samych są nasze dzieci. Paweł dostał dużo od swojej mamy i babci. A będąc młodym człowie­kiem, nie został zepsuty przez życie. Przed intelektem jest mądrość serca. On tę mądrość serca ma. Definiuje w ten sposób świat, tak podchodzi do zadań, które go czekają. Przyglądając mu się, przypominam sobie o uczciwości, szcze­rości. Bo, niestety, z biegiem czasu jesteśmy jak te statki, nabierające wodoro­stów. Te wodorosty to przyzwyczajenia, czasami niepotrzebne kłamstwa, manipulowanie innymi, cynizm, ironia albo wręcz pustka. Dzieci przypominają nam o uczciwości, wrażliwości, potrzebie du­chowości. Są naszym katalizatorem. To, co im przekazujemy, powinno być uczciwe i prawdziwe. To jest taka nauka.

Emma i jej córeczki, które z Wami mieszkają, dają Ci energię?

Tak, rodzina daje kopa energetycznego, poczucie, że nie jesteś sam, że masz się dla kogo starać. Że jest przy tobie, nie­zależnie od tego czy jesteś na górze, czy na dole. Moje dziewczyny stworzyły dom, do którego chcę wracać. Nie wszystko jest cacy, ale myślę, że zostali­śmy z Emmą sobie przeznaczeni. Oboje jesteśmy dla siebie wysokimi poprzecz­kami do przeskoczenia. Na pewno nie jestem łatwy we współżyciu, pewnie sprawiam wiele kłopotów. Emma z kolei dobrze wie, czego chce, a że ma połu­dniowy temperament, potrafi walczyć o swoje. Najcenniejsze jest to, że oboje czujemy, że będąc razem, stajemy się po prostu lepsi.

 

Jakie błędy popełniałeś w innych związkach?

Brakowało mi cierpliwości. Byłem bez­kompromisowy. Mówiłem partnerkom: „Masz brać odpowiedzialność za to, kim jesteś”, „Jeśli masz problemy, musisz się z nimi sama uporać”. Często uważałem, że sposób myślenia tej drugiej osoby jest nieodpowiedni.

Kiedy zrozumiałeś, że powinieneś się zmienić?

Dzielę ludzi na tych, którzy żyją świa­domie, i na takich, którym życie prze­biega w błogiej nieświadomości - nie są w stanie wyskoczyć poza ramki własne­go umysłu, postępowania i sposobu oce­niania rzeczywistości. To straszne oso­by najczęściej manipulują innymi, czasem nawet o tym nie wiedząc. Brakuje im tej mądrości serca i systemu wartości, o których mówiłem. Są ego­centrykami skupionymi na „ja” i „mo­je”. Takich ludzi jest dużo. Kiedyś mnie poraziło, że może jestem do nich po­dobny. A kiedy? Gdy pojawiły się poraż­ki. To one mnie skorygowały, zmieniły, mam nadzieję, że na lepsze... No, i roz­począłem wszystko od nowa.

Miałeś okres w życiu, kiedy się nie szanowałeś?

Oczywiście. Nie wszystkie poprzeczki w życiu udało mi się przeskoczyć. Od­niosłem kilka porażek zawodowych i prywatnych. Nie zawsze zachowywałem się elegancko czy tak, jakbym chciał. Bałem się odpowiedzialności. Czasami z tchórzostwa nie mówiłem ludziom, których kochałem, o swoich proble­mach. Uciekałem, by uniknąć trudnych sytuacji. Ale bez tych ciemnych, destruk­tywnych emocji i postępków nie mogli­byśmy pójść dalej. Na tym też polega sens życia. Bo nie jesteśmy tu po to, by zbu­dować piękny dom i mieć kilka milio­nów dolarów na koncie, tylko by zrozu­mieć sens naszego bycia na tym „padole łez”. Kiedy się nad sobą nie pracuje, po­jawia się depresja, zniechęcenie, zgorzk­niałość, zamknięcie, lenistwo, a potem niedbalstwo, brud, pijaństwo i narkoty­ki. I człowiek przestaje się szanować.

Co najważniejszego możesz przekazać synowi z perspektywy różniących Was 20 lat?

Bądź otwarty i odważny, a jeżeli chcesz czerpać ze świata, różnych kultur i moż­liwości, możesz to osiągnąć. I może to banalne... ale, że najbardziej liczy się miłość i pasja.

Wyobraź sobie, że spotykamy się za rok o tej samej porze. Coś się zmieni w Twoim życiu? Będzie obrączka na palcu?

Myślę, że tak się stanie. Nie mam jakichś wielkich pragnień, żeby moje życie gwałtownie się zmieniło. Chcę dobrze żyć. Mądrze, z dnia na dzień.