Zespół Pectus istnieje od 2005 roku, ale dopiero dwa lata temu postanowiliście stworzyć braterski skład. Dlaczego tak późno, skoro każdy z Was ma w kieszeni dyplom szkoły muzycznej i predyspozycje do wykonywania tego zawodu?

Tomasz: Ja zapoczątkowałem istnienie tej marki. Z każdym rokiem skład zespołu się zmieniał. Zmieniali się muzycy, inni grali na koncertach, inni nagrywali w studiu. Wreszcie przyszedł czas na największą przemianę. Czterech rodzonych braci na jednej scenie. A z tym dyplomem prawda jest taka, że trzech z nas go ma, ale wszyscy studiowaliśmy w Instytucie Muzyki Uniwersytetu Rzeszowskiego.

Kto wpadł na pomysł, żeby stworzyć rodzinną kapelę?

Tomasz: Jestem najstarszy i to ja musiałem podjąć tę trudną decyzję. Wiedziałem, że każdy z nas jest uzdolniony muzycznie, a dodatkowo specjalizował się w grze na innym instrumencie. Postawiliśmy na rodzinę, i to nie tylko na zdjęciu. (śmiech)

Marek: Gdy Tomek nam to zaproponował, każdy z nas był rozproszony, pracował w innych branżach, ale udzielał się muzycznie na różnego typu imprezach. To był jeden telefon, krótka piłka. Zdecydowaliśmy się od razu.

Mateusz:Ja pracowałem wtedy w Austrii w branży budowlanej. Rzuciłem to wszystko i rozpocząłem nowy etap w życiu.

Maciej: A ja byłem pomocnikiem dekarza na Śląsku. Zarabiałem i odkładałem na sprzęt muzyczny, na którym dzisiaj gram. (śmiech)

Postawiliście wszystko na jedną kartę.

Maciej: Po trzech dniach od propozycji Tomka byliśmy już u niego w mieszkaniu pod Warszawą z materacami i głowami pełnymi pomysłów. Od razu zaczęliśmy pracować. Mieszkaliśmy razem przez pół roku. To był bardzo ciężki i intensywny czas, ale w gronie braci mijał szybko i szybko też pojawiły się owoce tej współpracy.

Tomasz: Ja musiałem dojrzeć do tej decyzji. Długo konsultowałem ją z naszą menedżerką, której zdanie niezwykle cenię. Chłopcy już od początku musieli mi bardzo zaufać, bo nie obiecywałem im gruszek na wierzbie, luksusu i mieszkań w najlepszych dzielnicach.

Po dwóch miesiącach pracy wystąpiliście już na pierwszym wspólnym koncercie podczas nocy sylwestrowej. Dużo koncertowaliście, nagraliście płytę „Siła braci” i zdobyliście najważniejsze nagrody na tegorocznym festiwalu w Opolu – w kategorii SuperZespół i SuperWystęp.

Tomasz: Tegoroczny festiwal w Opolu bardzo nam pomógł, dodał skrzydeł. To taka kropka nad i, potwierdzenie tego, że czterech braci, którzy są zdolni, mają ciekawe osobowości, historie do opowiedzenia, robiąc to, co kochają, może odnieść sukces.

Spędzacie ze sobą mnóstwo czasu, bo nie tylko pracujecie razem, ale również wspólnie wyjeżdżacie na wakacje, spotykacie się na obiadach, kolacjach. Macie jakieś sposoby na oczyszczanie atmosfery? Nie wierzę, że zawsze jest tak kolorowo.

Maciej: Tak jak w dzieciństwie, tak i dziś – wszystkie niedomówienia zostawiamy na boisku piłkarskim.

Mateusz: Zdarza się, że wchodzimy na boisko pokłóceni, ale schodząc z niego, już jesteśmy w zgodzie. W ten sposób się wyładowujemy i pozbywamy złej energii.

Marek: Zdarzają się sprzeczki, nieporozumienia wynikające ze zmęczenia i odmienności charakterów. Czasami odwracamy się na pięcie i rozchodzimy, ale po dwóch godzinach wszystko wraca do normy.

Pojawiają się chwile zwątpienia? Mieliście takie momenty, w których zastanawialiście się, czy podjęliście dobrą decyzję, zakładając zespół?

Mateusz: Tomek pierwszy raz zwątpił, jak nam to zaproponował. (śmiech)

Maciej: A drugi raz, jak się wprowadziliśmy do niego do domu, żeby zacząćwspólną pracę. (śmiech)

A tak serio?

Marek: Ja nie miałem wątpliwości. Od pierwszego momentu, kiedy przyjechaliśmy do Warszawy, wierzyłem, że to się uda.

Maciej: Pamiętam, jak pewnego dnia na salę wszedł Tomek, a my byliśmy po tygodniowej próbie we trzech. Przez 45 minut graliśmy ten sam motyw piosenki „Jeden moment”, a on powtarzał ciągle: "Źle, nierówno, jeszcze raz”. Myślałem, że wyjdę i już nie wrócę, ale jakoś wytrzymałem. Pomogła mi wtedy pokora i wiara w siebie.

Tomasz: To jest jak z nauczycielką od matematyki – im większa „kosa”, tym lepiej się ją pamięta. Moja dewiza jest taka, że zawsze trzeba pracować na 200 procent. Nawet jeśli pojawiają się ból, łzy i nie czujesz palców, to zawsze są tego efekty. Jest wiele zespołów, które marzą o tym, żeby wystąpić na festiwalu w Opolu, ale nie da się tego osiągnąć, siedząc z pilotem przed telewizorem, sam zakup instrumentu też nie wystarcza. Trzeba poświęcić dużo czasu na analizowanie. Trzeba myśleć perspektywicznie, planować, co będzie za rok, a nie tylko jutro. Miałem chwile zwątpienia i przyznaję się do tego. Pojawiły się nawet łzy. Pewne osoby zakwestionowały moją zdolność do pisania tekstów piosenek, stwierdziły, że nie jestem autorem niektórych utworów, i założyły mi sprawę karną. Nigdy nie spodziewałbym się, że najbliżsi współpracownicy mogą zrobić coś takiego. Popłakałem się wtedy z bezsilności. Sprawę po roku sąd rozstrzygnął na moją korzyść. Dzięki temu smutnemu doświadczeniu jestem teraz silniejszym człowiekiem. Warto wierzyć w swoje ideały i nawet gdy jest bardzo ciężko, walczyć o prawdę.

Jacy byliście w dzieciństwie? Rywalizowaliście o względy rodziców, stawaliście za sobą murem, kiedy jeden coś przeskrobał, czy żyliście „oddzielnie”?

Tomasz: Wychowaliśmy się w biednym domu. Nie było przepychu. Był jeden pokój i kuchnia, ubrania noszone po sobie, przynoszenie wody z piwnicy i brak centralnego ogrzewania. Chyba dlatego każdy z nas zna wartość życia, ma respekt i szacunek dla drugiego człowieka.

Mateusz: Dzieciństwo mieliśmy wspaniałe i beztroskie. Mieszkaliśmy na wsi, chodziliśmy na grzyby, zbieraliśmy ziemniaki, budowaliśmy domki na drzewie i cały dzień graliśmy w piłkę. Nie było cybernetycznego świata.

Maciej: W wakacje wstawaliśmy rano i przygotowywaliśmy boisko do piłki nożnej. Każdy z nas szedł do taty do warsztatu, wynosił gwoździe, młotek i deski i robiliśmy bramki. Prace trwały do 13, później była przerwa na obiad, a po niej zaczynały się mecze do samego wieczora.

Marek: Mieliśmy taki złoty podział: Maciek był od brojenia, Mateusz od spraw mechanicznych, Tomek od śpiewania, ja od gotowania.

 

A o dziewczyny nigdy się nie biliście?

Mateusz: Zdarzało się nawet, że mieliśmy te same dziewczyny. (śmiech)

Marek: Ale nie w tym samym czasie!

Który z Was był największym kobieciarzem?

Tomek: Ja w tym temacie byłem skryty i zawsze szukałem czegoś głębszego, nie byłem macho. Nie lubiłem chodzić do klubów, miejsc, gdzie jest mnóstwo ludzi, i tak mi zostało. Wolę spędzić czas na łonie przyrody, gdzie jest spokój i cisza.

Maciej: Mam 25 lat i już się wyszumiałem. Chyba Mateusz najlepiej potrafi powiedzieć to, co kobieta chciałaby usłyszeć. (śmiech)

A Ty, Tomku, jako najstarszy z braci przewodziłeś stadu?

Tomek: Jestem dużo starszy od braci i kiedy kończyłem studia, to oni je dopiero zaczynali. Z zawodu jestem stolarzem, ale nigdy nie udało mi się zrobić żadnego mebla. W czasach technikum nie byłem jeszcze gotowy, żeby pójść w kierunku muzyki. Dopiero na studiach zaczęło się myślenie o własnych kompozycjach, zespole, przyszłości. Musiałem do tego dojrzeć. Oczywiście zawsze chciałem dawać młodszym braciom dobre wzorce i poczucie, że mogą na mnie liczyć.

A Wy nigdy nie mieliście muzycznych marzeń?

Mateusz: Przyglądaliśmy się temu, co robił Tomek, i kibicowaliśmy mu. Nie myśleliśmy o tym, bo nie wiedzieliśmy, w którą stronę potoczy się nasze życie.

Czy sukces, jaki odnieśli na rynku bracia Golcowie czy Cugowscy, utwierdził Was w przekonaniu, że to właśnie w rodzinie jest siła?

Tomasz: Nie sugerowaliśmy się kolegami z branży. Jesteśmy oryginalni, bo takiego składu jeszcze nie było. Czterech braci, w tym bliźniacy. To jest ewenement na polskim rynku muzycznym i tym samym wielka odpowiedzialność i wyzwanie dla nas.

Myślę, że Twoi bracia mieli nieco ułatwioną drogę, bo dołączyli do Ciebie w momencie, kiedy zespół miał już na koncie liczne nagrody, ugruntowaną pozycję na rynku muzycznym, popularność.

Mateusz: Ale z drugiej strony ciążyła na nas ogromna presja – czy podołamy.

Tomasz: Nagrody z Carpathia Festival, Sopot Festival 2008 i festiwalu w Opolu w 2009 dały nam silną pozycję na rynku, ale z braćmi musieliśmy udowodnić, że to nie jest pusty projekt stworzony na potrzeby marketingu. Co więcej, cały czas musimy udowadniać, że mamy talent, wartości do przekazania w tekstach i muzyce. Fajnie jest patrzeć na to, jak moi bracia się rozwijają, jak poszukują swojej muzycznej drogi, brzmień. Instrument jest przecież przedłużeniem wrażliwości i osobowości muzyka.

Czy macie jakąś alternatywę, w razie gdyby coś nie wyszło? Myślicie o tym? Wizja powrotu do poprzednich zajęć, z których zrezygnowaliście na rzecz zespołu, chyba nie jest kolorowa.

Maciej: Nie mamy żadnej alternatywy, dlatego wszystko musi być już tylko lepiej. Najważniejsze, żeby każdy z nas wiedział, jakie ma miejsce w grupie.

Jesteś liderem i pomysłodawcą tego zespołu. Czujesz na sobie presję otoczenia i odpowiedzialność za powodzenie i dalszy rozwój formacji w takim składzie?

Tomek: Za każdym sukcesem mężczyzny stoi kobieta i w moim przypadku to się potwierdza. Im lepsza atmosfera w domu, tym większe efekty w pracy. Żona Monika daje mi wiele siły i motywacji, a przy tym jest również świetnym menedżerem. Duża zasługa naszych rodziców i przyjaciół, którzy są obecni nawet w trudnych chwilach i wierzą w nas. Zawsze zależało mi na tym, aby każdy w zespole znał swoje miejsce, realizował się jako muzyk i człowiek. To jest nasz wspólny pociąg, którym jedziemy w jednym kierunku. Na przestrzeni tych ośmiu lat mamy efekty, które są ważne dla historii zespołu. Chłopcy, mimo że są moimi braćmi, muszą dbać o wygląd, wizerunek, sprzęt muzyczny i wciąż muszą nad sobą pracować. Wszystko, co osiągnęliśmy, wymagało długich miesięcy pracy, wielu poświęceń i wyrzeczeń, ale przecież to nasze życie, to co kochamy. No i mamy siebie.

Więcej o zespole Pectus znajdziecie na oficjalnej stronie - www.pectus.com.pl