Miłość to przegrana gra” – śpiewała. Sama jednak nie mogła bez niej żyć. Powtarzała, że kiedy kocha, jest w stanie zrobić wszystko, kiedy cierpi, chce umrzeć. Amy Winehouse zaistniała w 2003 roku, kiedy wydała płytę „Frank”. Miała wtedy 20 lat i głos, którego zazdrościły jej największe diwy estrady. Jednak dopiero kolejny krążek wokalistki „Back to Black” (2006 rok) przyniósł jej prawdziwą popularność. „Na tym albumie są emocje. Dojrzałe, pogłębione” – zachwycali się krytycy. Amy stała się prawdziwym zjawiskiem. I nie chodziło tylko o jej twórczość, ale również o cały wizerunek artystki. Czasem wyglądała jak narkomanka z dworca, by po chwili zmienić się w piękność z czerwonego dywanu, którą podziwiał nawet dyrektor artystyczny Chanel Karl Lagerfeld.

Zdarzało się jej wychodzić na scenę w stanie upojenia alkoholowego. Paparazzi uwieczniali też siniaki na ciele po bójkach z ukochanym Blakiem Fielderem-Civilem. Była jak dynamit. Nikt nie wiedział, kiedy eksploduje. Doszło do tego, że przerażony Mitch, ojciec Amy, zaczął publicznie mówić o uzależnieniu córki. „To nasza ostatnia nadzieja. Musimy przestać ukrywać ten dramat” – tłumaczył. Mimo ostrzeżeń w 2007 roku trafiła na odwyk w stanie skrajnego wycieńczenia, a rok później pojawiły się kłopoty z płucami – Amy nie umiała odstawić używek. Fani jednak wybaczali jej wszystkie potknięcia, bo kiedy wychodziła na scenę i zaczynała śpiewać, była w stanie oczarować każdego.

Kolejne problemy zaczęły się w 2009 roku, gdy ostatecznie rozstała się z Blakiem. Kompletnie rozbita Amy znowu próbowała oszukiwać rzeczywistość, sięgając po narkotyki i alkohol. W pokonaniu nałogu nie pomogła jej nawet ucieczka na Karaiby, gdzie miała pracować nad nowym albumem, bo okazało się, że gwiazda cierpi na niemoc twórczą.

Po powrocie do Londynu Amy znowu zaczęła się bawić. Tym razem jednak skończyło się to tragicznie. 23 lipca 2011 roku policja znalazła ją martwą w domu, a po trwającym kilka miesięcy śledztwie ustalono, że przyczyną zgonu było zatrucie alkoholem. Miała 27 lat.

W szponach depresji

Był głosem pokolenia. To media i krytycy muzyczni narzucili liderowi Nirvany Kurtowi Cobainowi taką rolę. A on próbował walczyć z tą wielką odpowiedzialnością. „Jestem rzecznikiem własnych spraw. Tak się złożyło, że istnieje grupa osób, które obchodzi to, co mam do powiedzenia. Czasem mnie to przeraża, bo jestem równie zbity z tropu jak większość ludzi” – przekonywał.

Kurt od urodzenia był „inny”. Dorastał w małym miasteczku Aberdeen w stanie Waszyngton. Nazywał je gettem drwali i marzył tylko o tym, by z niego uciec. Nie dogadywał się z rodzicami, którzy chcieli, by zachowywał się jak reszta rówieśników, nie miał przyjaciół.

Dopiero fascynacja muzyką wyrwała go z życiowego marazmu. Grał punk rocka, ponieważ ten nurt najbardziej kojarzył mu się z wolnością. Próbował też narkotyków. W dzienniku napisał, że heroinę po raz pierwszy wziął w 1987 roku, jako 20-latek, jeszcze w Aberdeen. „Gdy wróciłem z trasy koncertowej, postanowiłem brać heroinę codziennie, ponieważ ciągłe dolegliwości żołądkowe, które męczyły mnie przez ostatnie pięć lat, doprowadziły mnie do tego, że chciałem się zabić. (...) Uznałem więc, że skoro czuję się jak ćpun, to równie dobrze mogę nim być”.

Od tego czasu Kurt praktycznie nie trzeźwiał. Nie przeszkadzało mu to jednak w tworzeniu legendy Nirvany, choć często czuł się jak marionetka w rękach producentów. Narzekał, że nie ma prywatności, żyje tylko po to, by zarabiać pieniądze dla wytwórni. „Zmuszono mnie, abym stał się wycofaną gwiazdą rocka” – mówił. I coraz bardziej pogrążał się w depresji. „Tylko najbliżsi wiedzieli, że naprawdę nie radzi sobie z tym, co się wokół niego dzieje. Wszyscy inni traktowali zachowanie Kurta jak artystyczną manierę” – zdradził przyjaciel muzyka. Wtedy jeszcze Cobain starał się walczyć z takim stanem rzeczy. Przekonał kolegów z Nirvany, by za własne pieniądze nagrali trzecią płytę. Pierwotnie miała nosić tytuł „I Hate Myself and I Want to Die” (Nienawidzę siebie i chcę umrzeć). Ostatecznie nazwali ją „In Utero” (W łonie).

Niestety mimo kolejnego sukcesu (ten krążek sprzedał się w liczbie pięciu milionów sztuk) stan Kurta znacznie się pogorszył. W 1994 roku jego ukochana córka Frances Bean miała już dwa lata, ale nawet jej obecność w życiu frontmana Nirvany nie sprawiła, że zniknęła depresja. „(...) za bardzo przypomina mi mnie samego kiedyś, pełnego miłości. Ona całuje każdą nową osobę, ponieważ dla niej wszyscy są dobrzy i wierzy, że nikt nie zrobi jej krzywdy. A to przeraża mnie do takiego stopnia, że ledwo funkcjonuję. Nie mogę znieść tego, że Frances będzie kiedyś tak nieszczęśliwa, destrukcyjna jak ja” – to fragment listu pożegnalnego, który muzyk napisał tuż przed samobójczą śmiercią w kwietniu.

„Bałam się zostawić go samego nawet na chwilę. Wciąż miałam poczucie, że jego dusza już dawno z niego uleciała” – mówiła Courtney Love, żona gwiazdora. Kiedy Kurt wziął strzelbę do rąk, nikogo przy nim nie było. „Proszę, żyj dalej, Courtney, dla Frances, dla jej życia, które będzie o wiele bardziej szczęśliwe beze mnie... Kocham Was. Kocham Was” – kończył swój list. W chwili śmierci miał 27 lat.

Zabójstwo w imię Boga

 

Miał anielski głos i mroczną duszę. Biografowie Marvina Gaye’a zgodnie twierdzą, że legenda soulu była pełna sprzeczności. „Śpiewał o pięknej miłości, a sam swoje partnerki traktował tylko jak zabawki spełniające jego najskrytsze fantazje seksualne” – pisał Steve Turner. Słowa biografa potwierdziła Janis Hunter, druga żona gwiazdora. „Fascynowała go ciemna strona życia i ludzkiego umysłu. Robił takie rzeczy, o których nie chcę nawet pamiętać. Zakazane, niebezpieczne, przerażające” – zdradziła. Sam Gaye otwarcie mówił o sobie, że jest ostatnim prawdziwym szowinistą. „Lubię, kiedy kobieta mi służy, jest moją poddaną. Do obowiązków Janis należało spełnianie moich brudnych zachcianek” – opowiadał innemu biografowi Davidowi Ritzowi.

Marvin nie miał łatwego dzieciństwa. Jego ojciec, ortodoksyjny pastor Kościoła Dom Boży, nie tolerował w domu żadnych odstępstw od nauk Starego Testamentu. Za każde przewinienie dotkliwie bił swoje dzieci. Dodatkowo był uzależniony od alkoholu i po kilku głębszych prześladował najbliższych w ubraniach... żony. „Gdyby nie moja matka, która wspierała mnie na każdym kroku, popełniłbym samobójstwo” – wspominał Gaye. Na szczęście dzięki talentowi wokalnemu mógł wyrwać się z domu.

Najpierw występował w duecie z Tammi Terrell, razem nagrali takie przeboje jak „Ain’t No Mountain High Enough”. Po tym, jak umarła na raka, załamany Marvin rozpoczął karierę solową. Niestety już wtedy walczył z depresją, był uzależniony od kokainy i fencyklidyny, zwanej anielskim pyłem. A to niejedyne problemy, z jakimi się borykał. „Nałogowo oglądał filmy pornograficzne i masturbował się przy nich. Cierpiał na impotencję i inne seksualne dysfunkcje, lęk przed lataniem samolotami oraz występami publicznymi. Był paranoikiem, impulsywnym zazdrośnikiem i homofobem” – podsumowywał David Krajicek, autor tekstu „Życie i śmierć Marvina Gaye’a”.

Ostatnie miesiące gwiazdor spędził w miejscu, w którym zaczęły się jego koszmary. Zaćpany, bliski bankructwa, ścigany przez urząd podatkowy wrócił do domu rodziców. By raz na zawsze rozwiązać konflikt z ojcem...

Mieszkali pod jednym dachem, ale nie udało im się naprawić relacji. Wręcz przeciwnie. Marvin całymi dniami leżał w łóżku, oglądał porno i wciągał kokainę. A ojciec wyzywał go od diabłów. Na Gwiazdkę w 1983 roku Marvin wręczył mu rewolwer. Oficjalnie dla obrony rodziny przed złodziejami. Prawdziwy powód był jednak inny.

Do tragedii doszło dzień przed 45. urodzinami piosenkarza, 1 kwietnia 1984 roku. Gaye pokłócił się z ojcem, doszło między nimi do rękoczynów. Chwilę później wściekły pastor wpadł do pokoju syna i strzelił do niego dwa razy. „To nie ojciec go zabił. Marvin popełnił samobójstwo” – tłumaczyła później męża matka piosenkarza.

Czarodziej estrady

Kochał sławę. Wręcz się nią upajał. „Niczego innego nie znam. To jak wygrywanie w totka, tyle że ja mam szczęście codziennie” – podkreślał. Freddie Mercury był urodzonym hedonistą. „Najważniejszą rzeczą, skarbie, jest mieć fantastyczne życie. Dopóki jest fantastyczne, nie dbam o to, jak długie będzie” – powtarzał znajomym. Ekstrawagancki wokalista zespołu Queen przeżył tylko 45 lat. Ale zgodnie ze swoją maksymą nie żałował ani minuty.

Zanim stał się sławny, Farrokh Bulsara, bo tak naprawdę się nazywał, był cichym i spokojnym chłopakiem. Przyjaciele z tamtego okresu wspominali jednak, że kiedy tylko zaczynał mówić o muzyce, w jego głosie pojawiała się prawdziwa pasja. W 1970 roku dołączył do zespołu Briana Maya i Rogera Taylora – Smile. Najpierw przekonał ich do zmiany nazwy na Queen, a później sprawił, że usłyszał o nich cały świat.

Michele Primi, autor książki „Klątwa rock and rolla. Gwiazdy, które odeszły za wcześnie”, pisze, że Freddie kochał zaskakiwać ludzi. „Gdybym nie robił tego dobrze, po prostu nie miałbym nic do roboty... Nie umiem gotować i byłbym okropną panią domu. Chcę wciąż osiągać sukcesy, pisać piękne piosenki i zakochiwać się” – tłumaczył Mercury. Nie zmienił się nawet wtedy, gdy w 1987 roku lekarze stwierdzili u niego AIDS. Mimo postępującego wycieńczenia organizmu pracował tak samo ciężko jak wcześniej. Szybko też pogodził się z faktem, że czeka go śmierć. „Freddie otwarcie powiedział przyjaciołom, że muszą się przygotować i zaakceptować najgorsze, a potem żyć normalnie, jak zwykle” – pisze Primi.

Ostatnim singlem Queen był „The Show Must Go On” (Przedstawienie musi trwać). Freddie chciał w ten sposób pożegnać fanów. 23 listopada 1991 roku wydał oświadczenie. „W związku z pojawiającymi się w ostatnich dwóch tygodniach licznymi doniesieniami prasowymi pragnę poinformować, że mój test na HIV był pozytywny i mam AIDS. Uważałem za właściwe utrzymać tę informację w tajemnicy, aby chronić prywatność osób z mojego otoczenia. Jednakże nadszedł czas, żeby moi przyjaciele i fani z całego świata poznali prawdę. Moja prywatność zawsze była dla mnie ważna i słynę z tego, że nie udzielam wywiadów. Proszę, zrozumcie, że ta polityka się nie zmieni”. Następnego dnia Freddie Mercury zmarł na zapalenie płuc.

Królowa ery psychodelicznej

„Druzgocąco oryginalny głos” – pisał o niej historyk muzyki Tom Moon. Pisarka Megan Terry porównała Janis Joplin do Elvisa Presleya. „Umiała rozruszać publiczność jak on” – uzasadniała. Fani mogli podziwiać ją na scenie tylko przez kilka lat. „Miała bardzo intensywną karierę. Długo przebijała się na szczyt. A kiedy w końcu jej wokal oczarował miliony, narkotyki zniszczyły wszystko” – tłumaczy Moon.

Janis zyskała przydomek „fanatyczka speeda”, który wziął się od jej uzależnienia od amfetaminy. „Cały czas była na haju. Eksperymentowała ze wszystkimi prochami, jakie wpadły jej w ręce. Używała heroiny i kwasów, po których miała psychodeliczne wizje” – pisała jej siostra Laura w biografii Janis. Kilka miesięcy przed śmiercią próbowała rzucić narkotyki. Wyjechała do Brazylii i tam walczyła z nałogiem. „W końcu przypomniałam sobie, że nie muszę stać na scenie przez dwanaście miesięcy w roku. Postanowiłam przez jakiś czas poodkrywać dżunglę” – mówiła w wywiadzie dla magazynu „Rolling Stone”.

 

Jednak po powrocie do USA Janis znowu zaczęła brać heroinę. „Nie radziła sobie z życiem. Jego odcieniami szarości. Wszystko, co robiła, musiało być aż przesycone kolorami, emocjami. A tak nie da się funkcjonować bez wspomagaczy” – zdradzał anonimowo przyjaciel piosenkarki. Trzy dni po tym, jak nagrała w studiu jeden ze swoich najbardziej znanych kawałków „Mercedes Benz”, znaleziono ją martwą w mieszkaniu. Sekcja wykazała, że Joplin przedawkowała heroinę. Był to jednak nieszczęśliwy wypadek.

Okazało się, że diler sprzedał jej bardzo czysty, a przez to dużo silniejszy narkotyk. Janis, zwana też Perłą, odeszła 4 października 1970 roku, 16 dni po śmierci swojego przyjaciela Jimiego Hendrixa. Oboje mieli wtedy po 27 lat.