Twoja najnowsza płyta jest podobno prezentem, który zrobiłeś sobie na 40. urodziny. Ta czterdziestka była dla Ciebie przełomowa?

Już dawno temu miałem nagrać tę płytę, ale niemal przez 20 lat bez przerwy budowaliśmy wizerunek zespołu Bracia, więc ciągle odkładałem te plany na później. W końcu nastąpił taki moment, że zapragnąłem zrobić wszystko po swojemu. Zresztą każdy z nas postanowił pójść własną drogą i tworzyć muzykę, która mu w duszy gra.

A co Tobie gra teraz w duszy? Myślisz, że ominie Cię kryzys wieku średniego?

Kabrioletów jeszcze nie kupuję. Niczego w moim życiu bym nie zmienił. Myślę, że jestem szczęściarzem – robię to, co lubię, i to, co umiem. Czasami mój zawód przypomina drobny kierat, ale summa summarum jestem zadowolony. Nowa płyta solowa jest retrospekcją czasów, kiedy zaczynałem jako młody człowiek. Najważniejsza jest dla mnie szczerość i to, by być w porządku wobec ludzi, z którymi przez wszystkie te lata pracowałem. Poza tym udało mi się stworzyć normalną rodzinę. Mam 
żonę i ośmioletniego syna, chcę mieć dla nich czas. 

Jak funkcjonuje rodzina muzyka,którego czasami przez pół roku nie ma w domu?

Dziś raczej nie ma takich sytuacji. Kiedyś jeździło się w trasy, by zarobić. Trzeba było siedzieć za granicą przez wiele miesięcy. Dzisiaj pod tym względem czasy zmieniły się zdecydowanie na plus.

Udaje się pogodzić życie rodzinne z życiem rockmana?

Dla mnie życie rockmana to normalne życie. Ale wiadomo, że nie zawsze jest różowo. Wyliczyłem, że w ubiegłym roku 
około 200 dni spędziłem poza domem. Staram się jednak wracać do niego, kiedy tylko mogę, niezależnie, o której godzinie skończę koncert. Oczywiście 20 lat temu, kiedy nie miałem dziecka, wyglądało to trochę inaczej. Często po koncertach imprezowałem...

Ale życie rockmana i te imprezy Cię nie zepsuły. Poznanie żony i założenie rodziny Cię tak zdyscyplinowało?

Nie. Myślę, że wyniosłem to z domu. Lata 70. i 80. były trudne dla muzyków, więc mój ojciec był ciągle nieobecny. Choć wychowywano nas z bratem jak inne dzieci, wiem, co to znaczy tęsknić za rodzicem. I może dlatego nie chcę fundować takich doświadczeń mojemu synowi. Ale jak trzeba jechać w trasę, to się jedzie – nie ma wyjścia.

A w tej trasie spotykasz mnóstwo kobiet, które są Twoimi wielbicielkami. Żona nie bywa zazdrosna?

Jesteśmy małżeństwem od wielu lat, ufamy sobie.

Być może od wielu lat bywa zazdrosna... 

Eliza może jest trochę zazdrosna, to zdrowy odruch. Poznaliśmy się 20 lat temu i myślę, że obydwoje przyzwyczailiśmy się do takiego trybu życia. Kiedy zbyt długo siedzę w domu, zaczynam czuć się dziwnie. Ktoś mądry powiedział, że nie należy się narzucać z obecnością, i miał rację. (śmiech).

Czyli nie macie szansy się sobą znudzić? 

To prawda. Tak nam się to życie poukładało. Zdaję sobie sprawę, że dla mojej żony nie zawsze jest ono łatwe do zniesienia, ale dzięki moim wyjazdom zdarzają się też piękne momenty: wtedy, kiedy wracam, kiedy widzimy się na nowo. Przyznaję, że to wszystko nie jest jednak proste, dlatego mój zawód nie sprzyja utrzymaniu więzi rodzinnych.

Wiele pokus jest?

Wiele, wiadomo. 

Zdarzało Ci się im ulegać?

Na pewno dziś jestem bardziej zdyscyplinowany niż kiedyś. Kto nie robił w życiu głupot? Trzeba wszystkiego spróbować.

Mieliście kryzysy?

Uważam, że nie ma w tym nic dziwnego. Niesnaski są nieodłączną częścią każdego związku. A to, że wciąż mamy normalny dom, jest zasługą mojej żony. Poza tym fakt, że jesteśmy tyle lat razem, pokazuje, że nasza relacja jest dla nas ważna. I tego się trzymamy.

Czym się zajmuje Twoja żona?

Pracuje w telewizji. Skończyła dwa fakultety: resocjalizację i dziennikarstwo. Nic więcej nie mogę powiedzieć.

A możesz powiedzieć, kto dba o Twój sceniczny wizerunek?

Nigdy nie miałem szczęścia do stylistów. Do czasu spotkania z Norbertem Zimeckim, to on ostatnio dba o to, jak wyglądam. No i staram się pilnować tego, co mam na głowie, choć nie zawsze się udaje. Nie jestem skory do eksperymentów.

Gdy patrzyłam na Twoje różne fryzury i kolory włosów, wydawało mi się, że jesteś bardzo skory.

To były eksperymenty na własną rękę. Zawsze zależało mi na tym, by mieć długą grzywkę, ale głupio się przyznać, z jakiego powodu: żeby nie było widać, że czasem czytam teksty piosenek z promptera. Dzisiaj, nie mając grzywki na oczach, muszę wszystkie utwory kuć na blachę. (śmiech)

„Dziś jestem bardziej zdyscyplinowany niż kiedyś. Kto nie robił w życiu głupot? Trzeba wszystkiego spróbować”. PIOTR CUGOWSKI

A dbasz o siebie? Rockmani słyną z tego, że palą, piją, niezdrowo się odżywiają, prowadzą nieregularny tryb życia.

Od pewnego czasu staram się zwracać uwagę na to, co jem. Kiedy tylko mogę, wysypiam się. Natomiast palenia rzucić 
nie umiem. Zły jestem o to na siebie, ale co robić? Ten nałóg jest koszmarny.

Czy patrząc na swoje życie z perspektywy czasu, uważasz, że nazwisko Cugowski bardziej Ci przeszkadzało czy pomagało?

W ogóle się nad tym nie zastanawiam. Na początku kariery każdy chce robić wszystko na własny rachunek. To jest naturalne 
i nie warto z tym walczyć. Dzisiaj sytuacja jest kompletnie inna. Funkcjonuję na rynku od 20 lat. Kilka lat temu nagraliśmy nawet wspólnie z bratem i ojcem płytę, żeby grubą kreską podkreślić, że obie strony się połączyły. I my byliśmy gotowi na tę płytę, i ojciec, który zakończył wtedy współpracę z Budką Suflera. To był dobry moment: spotkaliśmy się w imię muzyki, a przy okazji spędziliśmy ze sobą więcej czasu. Pracowaliśmy razem trzy i pół roku. Daliśmy kilkaset koncertów i nie przeszkodziło nam to ani trochę w dalszym byciu rodziną.

Jesteście ze sobą bardzo zżyci?

Normalnie. Nie siedzimy sobie na karku,bo nie w tym rzecz. Ale ten wspólny czas był nam trzem bardzo potrzebny.

Rywalizujecie trochę ze sobą?

O rywalizacji nie może być mowy. Ojciec jest od 50 lat na scenie, więc jak ja w ogóle mógłbym wpaść na taki pomysł?

A z bratem? Nie byliście zazdrośni o wzajemne sukcesy? 

Nie, myślę, że nie. 20 lat pracowaliśmy i pchaliśmy wspólnie wózek o nazwie Bracia. Na razie powiedzieliśmy sobie „stop” i każdy robi własne rzeczy, właśnie po to, by nie musieć się ze sobą ścierać. To był odpowiedni moment na zrobienie przerwy. Nie chcieliśmy dopuścić do tego, by stało się coś nieodwracalnego, złego.

„Zawsze starałem się nie zwariować. Pilnowałem, żeby woda sodowa nie uderzyła mi do głowy”. PIOTR CUGOWSKI

Ojciec Was bardziej krytykuje czy wspiera?

Najlepszą odpowiedzią na to pytanie jest fakt, że z nami współpracował. Że wszyscy chcieliśmy nagrać wspólną płytę i byliśmy na to gotowi. Zarówno ojciec, jak i mama zawsze powtarzali, że zawód muzyka nie jest prosty, że nie zawsze jest fajnie i nie zawsze wszystko wychodzi.

Czujesz jednak, że ojciec jest z Ciebie dumny?

Tak, oczywiście, że tak! To jest naturalna sprawa. Czuję całkowite wsparcie ze strony ojca i mamy. Wiem, że ojciec jest ze mnie dumny, on też bardzo dobrze wie, że może na mnie liczyć. To jest bezcenne. Ale nie mamy takiej relacji, że
codziennie wpadamy sobie w ramiona.

Jakim ojcem starasz się być dla swojego syna?

Nie wiem, nie umiem być sędzią we własnej sprawie. Pewnie mój syn mnie kiedyś oceni. Kiedy tylko mogę, staram się być w domu. Być z nim. Każdego dnia być obecnym w jego życiu. Tyle mogę zrobić.

Syn też wykazuje talent muzyczny?

Wiemy z żoną, że świetnie słyszy. Natomiast interesuje się piłką nożną i być może będzie z niego pierwszy piłkarz w rodzinie. Kto wie?

Czyli nie będzie wspólnej płyty?

(śmiech) Bóg raczy wiedzieć. Ma jeszcze chwilkę czasu, by się zająć muzyką, jeśli oczywiście zechce. Szkoła muzyczna,
do której ja chodziłem, odebrała mi dzieciństwo, więc w tym temacie nie ma żartów.

Ale uważasz, że to miało sens? Rezygnację z dzieciństwa na rzecz wykształcenia muzycznego oceniasz dzisiaj na plus?

Wtedy były trochę inne czasy. Szkoła muzyczna im. Karola Lipińskiego w Lublinie była naprawdę dobra. A ponieważ obydwaj z bratem przejawialiśmy talenty muzyczne, wydawało się naturalne, że rodzice nas do niej posłali. Wspominam te czasy jako trudne, bo przecież dzieciom nie chce się ćwiczyć po lekcjach, wolą iść na podwórko. Zresztą jeśli mam być szczery, to i tak za bardzo się do tych ćwiczeń nie przykładałem. Granie na instrumentach szło mi raczej jak krew z nosa.

Na czym grałeś?

Przede wszystkim na skrzypcach. To bardzo trudny instrument, wymagający. To jest horror dla dziecka, dlatego bardzo się cieszę, że mój syn nie zaczął na nich grać. Zobaczymy, co będzie dalej. Na razie niech robi, co chce, gra w piłkę i jak najdłużej cieszy się dzieciństwem.

A czy syn słucha Twojej muzyki?

Jest moim pierwszym recenzentem. Ostrożnie wyraża swoje zdanie, chyba wyrośnie z niego niezły dyplomata.(śmiech)

A żona?

Jest krytycznym recenzentem. Ma wspaniały słuch, sama kiedyś uczyła się grać na pianinie. Mamy w domu na dole pracownię, w której powstają wszystkie moje utwory. Czasem sobie tam siedzimy i żona przyznaje, że żałuje, że porzuciła naukę gry. Fajnie, gdyby do tego wróciła. Choć szkoła muzyczna w dzieciństwie jest trudna, to później jednak miło się ją wspomina.

Ten łańcuszek z Matką Boską, który masz na szyi, to ważna pamiątka czy element stylizacji?

Dostałem go na komunię świętą i jak go wtedy zawiesiłem, tak do tej pory wisi. Już się niestety przeciera.

Jesteś wierzący?

Tak. Może nie chodzę zbyt często do kościoła, ale jestem człowiekiem wierzącym. Zresztą Lubelszczyzna, na której mieszkam, jest jednym z nielicznych regionów, gdzie ludzie przywiązują ogromną wagę do wartości chrześcijańskich.
W centrum Polski ludzie walą po prostu do pracy i mimo że mają wszystkie dobra wokół siebie, tracą gdzieś po drodze ducha. Gonią za czymś. A jakbyś się zapytała, czy do końca są szczęśliwi, to okazałoby się, że wcale nie.

A Ty jesteś szczęśliwy?

Staram się być. Ale o szczęście trzeba walczyć.

Jak o nie walczysz?

Trudne pytanie. Zawsze starałem się nie zwariować. Pilnowałem, żeby mi woda sodowa nie uderzyła do głowy. Z każdego koncertu wracałem na tę swoją Lubelszczyznę. Zawsze dążyłem do tego, żeby nie musieć wyprowadzać się z rodzinnego miasta, które kocham. Nie wyobrażam sobie życia gdzie indziej. Stamtąd, gdzie mieszkam, bardzo dobrze się wszystko obserwuje. Można ochłonąć, złapać dystans. To czyni mnie szczęśliwym. Zdecydowanie.