Piotr Kraśko, popularny dziennikarz telewizyjny, jest szczęśliwym mężem i ojcem.  W rozmowie z "Galą" mówi o tym, jak narodziny dzieci zmieniły jego życie.

Kiedy urodził się Twój najstarszy syn Konstanty, od razu wiedziałeś, jak być ojcem?

PIOTR KRAŚKO: Żadne inne wydarzenie w życiu nie zmienia nas tak bardzo jak chwila, gdy zostajemy rodzicami. Na początku niczego nie jest się pewnym. Czy teraz położyć spać? Czy położyć na plecach czy na boku? Czy może nakarmić? Wszystko to są wyzwania na poziomie ostatniego roku fizyki kwantowej. Bo i wtedy też trudno, by dziecko było jakoś wyjątkowo spokojne. Ono doskonale czuje, że rodzice nie są przekonani, czy wszystko dobrze robią. Więc nic dziwnego, że samo jest zaniepokojone. Katar, kaszel, pierwsza gorączka wydają ci się końcem świata i zastanawiasz się, czy wzywać pogotowie. Przy trzecim... idylla. Doskonale wiesz, że będziesz miał masę problemów, ale ze wszystkim sobie poradzisz.

Pamiętasz ten początek dziesięć lat temu?

To wspaniałe, obezwładniające wręcz uczucie zobaczyć, jak kobieta, którą kochasz i podziwiasz, zostaje matką twoich dzieci. I co najbardziej w tym niezwykłe – właściwie od samego początku wie, co robić. To niesamowite widzieć, jak Malina, nawet jeśli nie do końca miała pewność, wspaniale sobie ze wszystkim radziła. Jak w najmądrzejszy na świecie sposób była opiekuńcza – wiedziała, kiedy karmić, położyć spać i obudzić. Narodziny dziecka i narodziny kobiety jako jego matki to jedne z największych cudów, których mężczyzna może w życiu doświadczyć.

Byłeś obecny przy narodzinach swoich dzieci?

Za pierwszym razem się spóźniłem, bo Konstanty przyszedł na świat wcześniej, niż się spodziewaliśmy. Zanim zdążyłem przełożyć lot i dotrzeć do Warszawy, on już od kilkunastu godzin znajdował się na świecie. Kiedy rodził się Aleksander, już przy tym byłem i okazało się to wspaniałe. A za trzecim razem, w przypadku Lary, czułem się tak, jakbym był kierownikiem oddziału położniczego. Oczywiście żartuję, ale przy pierwszym dziecku z podziwem patrzyłem na położną, że wie, jak kąpać i ubrać noworodka. Teraz miałem poczucie, że sam to zrobię co najmniej tak samo dobrze, a właściwie najlepiej.

Powiedziałeś kiedyś: „Łatwo jest dziecko obsługiwać, ale niełatwo stworzyć z nim relację”. Myślę, że niejednemu ojcu jest trudno i obsługiwać, i stworzyć relację.

To prawda i pewnie jak większość ojców mam wyrzuty sumienia, że na co dzień za mało czasu spędzam z dziećmi. A już zupełnie nie wierzę w pojęcie weekendowego taty. Nie jest sztuką zabrać dziecko na lody czy do kina, a dwa razy w roku na wakacje. Sztuką jest odrobić z nim lekcje, kiedy wraca zmęczone do domu, nie ma humoru, wybija już godzina 19-20, a trzeba jeszcze napisać wypracowanie. A i takie dni się zdarzają. Relacja z dziećmi składa się z codzienności, a nie świątecznych atrakcji. Wtedy najtrudniej być rodzicem, ale to właśnie najważniejsze na świecie. Bycie ojcem polega na położeniu spać, kiedy dzieci nie chcą spać, czy na wytłumaczeniu, dlaczego Rysiek z 5B jest taki, jaki jest... To są dziesiątki, setki różnych sytuacji.

Jak spędzasz czas z dziećmi?

Oczywiście, że wspaniale jest razem biegać, grać w piłkę czy pływać, a oni kochają wszystkie sporty. Ale nawet odrabianie razem lekcji bywa całkiem ciekawe. Ich strasznie interesuje wszystko, co dotyczy świata, geografii czy historii. Absolutnie ulubione są opowieści o wojnach. Przerobiliśmy już wszystko: od bitwy pod Cedynią, Psie Pole, Chocim, Wiedeń, po Napoleona i oczywiście I i II wojnę światową. Dzięki nim musiałem jeszcze raz przerobić wszystkie wojny, które toczyli Amerykanie, zaczynając od tej o niepodległość, przez secesyjną, aż po Pacyfik.

Ciekawe, co będziesz przerabiał z córką. Obcasy ósemki, jedenastki?

Szczerze? Nawet nie bardzo rozumiem pytanie (śmiech).

Potrafisz wszystko przy dzieciach zrobić? Gdybyś został sam na tydzień z całą trójką, dałbyś sobie radę?

Jeśli ludzie wylądowali na Księżycu, to pewnie i to jest wykonalne, ale sam z trójką nie zostałem jeszcze dłużej niż na jedną noc.

Stosujesz jakiekolwiek metody wychowawcze czy po prostu robisz wszystko intuicyjnie?

Bardzo to trudne. Każdy, kto ma więcej dzieci, wie, że czasem bywają bardzo różne, wszystko zupełnie inaczej przeżywają. Jednemu możesz wprost powiedzieć, co robi źle, z drugim trzeba postępować zupełnie inaczej, aby się nie poddał z czymś zupełnie. Mam wrażenie, że dzieciom dobrze robi, jeśli raz na jakiś czas się je rozdzieli. Czasem wyjeżdżamy na weekend w dwie różne strony: ja jadę z którymś z chłopaków na mecz, a Malina – na Mazury. Jeśli chcesz w miarę poważnie z którymś z dzieci porozmawiać, nie mogą cały czas być w gromadzie.

Ale jak to się ma do zasad wychowawczych, o które pytałam?

Sztywne można mieć, kiedy się ma jedno dziecko. Przy trojgu to bardziej skomplikowane, chociaż trzeba przestrzegać pewnych zasad organizacyjno-porządkowych. Pewnie cię zaskoczy, ale tak naprawdę najważniejsza odnosi się do pory spania. Mamy umowę z Konstantym, że mecze polskiej reprezentacji wolno oglądać do końca. Nawet jeśli kończą się po 23, mówi się: „trudno”. Generalnie jednak dzieci chodzą spać ok. 21, bo muszą wstać o 7.

Mają jakieś domowe obowiązki?

Tak, dotyczy to zwłaszcza sprzątania swoich rzeczy, ale nie jest to jakiś sztywny regulamin, który wisi na lodówce w kuchni.

Znam niewielu ojców, którzy mają tak dużo cierpliwości w stosunku do dzieci jak Ty. Musisz nad sobą pracować, by ten spokój zachować czy po prostu taki jesteś? A może dzieci masz tak idealne, że nie są w stanie wyprowadzić Cię z równowagi?

Nie żartuj, ja też czasami tracę cierpliwość. Ale pilnuję się, bo ojciec, którego często nie ma w domu, zwyczajnie nie powinien sobie na to pozwalać. Może to się zdarzyć w niedzielę wieczorem, po długim weekendzie, ale w ciągu tygodnia, gdy wychodzi się z domu o 7 rano, a wraca o 21, to by było bardzo słabe, choć pewnie czasem tak bywa.

Od roku jesteś też ojcem Lary. Masz do niej inny stosunek emocjonalny niż do synów? Bardziej Cię rozczula?

Każdy, kto ma dzieci, wie, że kocha się je tak samo. Ale tkliwość w stosunku do córki jest jednak inna. W przypadku syna wyobrażasz sobie od razu: „Niech no tylko trochę podrośnie, to zagramy w piłkę!”. I czekasz na moment, kiedy stanie w bramce. A gdy myślisz o Larze, to... „Niech tylko podrośnie i wtedy....”. Co?

Jakoś nie miałem sportowych skojarzeń z Larą. Chociaż czuję, że po mamie będzie wspaniale jeździła konno. Ale pewnie ma też znaczenie to, że jestem o dziesięć lat starszy niż w chwili, gdy urodził się Konstanty. Z wiekiem coraz łatwiej się rozczulam.

Czy Konstanty i Aleksander się zmienili, odkąd pojawiła się Lara?

Stali się przy niej doroślejsi.

Opiekują się siostrą?

Bardzo. Nie traktują jej jak konkurencji. To chyba idealna różnica wieku. Nie mają obaw, że będzie im zabierać albo niszczyć zabawki, i nie jest też dla nich przeciwnikiem w sporcie. Nie muszą z nią rywalizować, bo wiadomo, że i tak wszystko zrobią lepiej. Ta świadomość daje im pewien komfort.

Przyznałeś kiedyś, że przytulanie dzieci, noszenie ich na rękach to bardzo ważne. Nie wszyscy ojcowie mają tego świadomość.

Dzieci są bardzo różne. Jeden z naszych synów w wieku sześciu lat uznał, że noszenie na barana i na rękach jest „dla dzieci”, a on już jest dorosły. Drugi jednak wciąż to uwielbia, choć nie wiem, czy przypadkiem nie poświęca się dla mnie (śmiech).

Malina zdradziła, że kiedy jesteś już bardzo zdenerwowany, to nie krzyczysz, tylko mówisz wolno. Rzeczywiście nigdy nie podnosisz głosu na dzieci?

Bez przesady, zdarza mi się. Dzieci potrafią zaleźć za skórę. Czasem też testują, na ile mogą sobie pozwolić.

Masz w stosunku do nich konkretne oczekiwania? Chciałbyś, aby jeden syn był lekarzem, drugi – prawnikiem, a córka – modelką?

Jednego sobie nie wyobrażam: że zostaną dziennikarzami.

Dlaczego?

To jest bardzo ryzykowna droga, kiedy chcemy naśladować swoich rodziców. Może się tak się, że niedługo zaczną się tym za bardzo martwić.

A jak Ty łączysz w głowie tak odmienne programy jak „DDTVN” i „Fakty z zagranicy”?

Sam jestem zaskoczony, jak bardzo to połączenie mi się podoba. „DDTVN” jest tak naprawdę programem o tym, o czym rozmawiamy w domu po powrocie z pracy. Czasem o demonstracji przed Sejmem i Trybunale Konstytucyjnym, czasem o szkole albo o tym, do jakiego powinny pójść lekarza, czy wreszcie o tym, co zjemy na kolację i dokąd wybierzemy się na wakacje. Swoją drogą jeśli w „DDTVN” rozmawiamy też z Andrzejem Sewerynem, Agnieszką Holland czy dalajlamą, to trudno mi sobie wyobrazić ciekawszych gości. Ale w pewnym momencie w tym zawodzie zdajesz sobie sprawę z tego, że naprawdę każdy człowiek ma do opowiedzenia swoją historię. Od tytułu naukowego ważniejsze może być, czy to, co robisz, jest rzeczywiście twoją pasją, o której mówisz z fascynacją. Tylko wtedy rozmowa o włoskiej kuchni wciąga tak samo jak dyskusja o topnieniu lodowców. A te kategorie poranny albo wieczorny program mają mniejsze znaczenie niż to, czy jest po prostu dobry czy zły. „DDTVN” zawsze uważałem nie tylko za najlepszą telewizję śniadaniową w Polsce, ale też w ogóle za jedną z najlepszych audycji, które u nas powstają. No a „Fakty z zagranicy” to dla mnie o tyle wyjątkowy program, że jest dokładnie o tym wszystkim, co mnie najbardziej pasjonuje.

Kiedy prowadzisz „Fakty z zagranicy”, wracasz do domu pewnie po 21. Nie masz czasem wyrzutów sumienia, że nie zdążyłeś tego dnia pobawić się z dziećmi?

To jest pewnie zmartwienie wielu ojców. Oczywiście, że to Malina poświęca dzieciom więcej czasu i to jej najwięcej zawdzięczają. Widzę też, jak wspaniałe dla dzieci jest mieć mamę z jednej strony czułą i opiekuńczą, a z drugiej – będącą wspaniałym sportowcem i po prostu bardzo odważnym człowiekiem. Nie ma takich wyzwań czy przygód, o których powiedziałaby, że są zbyt niebezpieczne. Mężczyzna też pewnie nie od razu rozumie, że dziećmi nie można się zajmować „trochę”. Pamiętam znajomego muzyka, który opowiadał kiedyś z entuzjazmem, że jak urodzą się jego dzieci, to jedną ręką będzie pisał party turę, a drugą je niańczył. Tak się nie da. To bez sensu – albo pisz te partytury, albo zajmij się dzieckiem, bo inaczej nic z tego nie wyniknie. Dzieci doskonale wiedzą, czy naprawdę poświęcamy im całą uwagę czy nie. W codziennym pośpiechu może nie zawsze się to udaje, ale trzeba znaleźć czas, który będzie absolutnie tylko dla nich i kiedy to one będą najważniejsze.

A rozpieszczasz dzieci?

Myślę, że trochę tak. Mam jednak mieszane uczucia w tej kwestii. Pamiętam, jaką radość sprawiała mi kiedyś jedna guma balonowa Donald, nie mówiąc już o paczce żołnierzyków. Kiedy byłem dzieckiem, w naszej rodzinie przez wiele lat brakowało samochodu i miałem przekonanie, że kiedy dorosnę, też go sobie nie kupię, bo przecież to niemożliwe, że kiedykolwiek będzie mnie na niego stać. Pierwszy raz byłem za oceanem w wieku 30 lat, a marzyłem o tym pewnie przez co najmniej 15. Uczucie, gdy po raz pierwszy wylądowałem w Nowym Jorku na JFK, jest po prostu nie do opisania. Mój syn miał trzy miesiące, kiedy poleciał do Stanów po raz pierwszy. Pewnie dla nikogo urodzonego w XXI w. żadna podróż nie będzie tak ekscytująca jak dla tych, którzy najpierw musieli się starać o paszport, potem o zaproszenie, wizę i zawsze było ryzyko, że się nie uda. Moje dzieci już nie zrozumieją tych emocji.

Co w byciu ojcem jest dla Ciebie najtrudniejsze?

Czasem strasznie mnie martwi to, jak moje dzieci będą znosić życiowe niepowodzenia. Chciałbym, by zawsze wierzyły w siebie i myślały, że ze wszystkim sobie poradzą. Nie wiem, czy będę w stanie dać im taką siłę.

Czego nauczyli Cię Twoi synowie?

Wraz z z narodzinami każdego kolejnego dziecka dostałem w prezencie drugie, trzecie i czwarte życie. Wspaniale jest pójść z kolegami na mecz, ale to nie to samo, co pójść na niego z synami. Kiedyś szliśmy z Konstantym na mecz Polska – San Marino. Aleksander uparł się, że pójdzie z nami, choć wtedy miał chyba tylko pięć lat. Tyle że dla niego ważniejsze było wspólne wyjście, a nie piłka. Spokojnie zasnął podczas pierwszej połowy. Przespał cały mecz, potem niosłem go na rękach do taksówki i obudził się dopiero w domu. Jak można na Stadionie Narodowym, przy ryku 50 tysięcy ludzi, spokojnie się zdrzemnąć? On był zadowolony i zadeklarował, że już zawsze będzie z nami chodził.

Sprawiasz wrażenie niepoprawnego optymisty. Miewasz kiedykolwiek chwile zwątpienia, słabości?

Możesz się załamywać i mieć depresję, dopóki nie masz dzieci. Potem po prostu brak na to miejsca. 11 stycznia zakończyłem pracę w firmie, w której pracowałem przez 25 lat. To mogłoby być dość traumatycznym doświadczeniem. Nigdy wcześniej nie byłem bezrobotny. Odejście z pracy nie napawało mnie entuzjazmem ani zbytnią wiarą w przyszłość. Nawet przy moim – uważam – przesadnym optymizmie to był dość koszmarny dzień. Ale tylko dzień. Jeden. Los chciał, że trzy dni później przyszła na świat nasza córka i to okazało się o wiele ważniejsze. Teoretycznie mógłbym się załamać, że stanę się ojcem trojga dzieci w chwili, gdy tracę pracę. Jednocześnie moment narodzin ma w sobie coś tak niezwykłego, energetycznego, że wiesz, że ze wszystkim dasz sobie radę. Lara była wtedy największym darem od losu. To, co wydarzyło się 14 stycznia, było o stokroć ważniejsze niż to, co stało się 11 stycznia. Larze i Malinie zawsze będę za to wdzięczny.