GALA: Piotrze, czy pamiętasz, kiedy zobaczyłeś Malinę po raz pierwszy?

PIOTR KRAŚKO: Stała przy barze w Gałkowie.

KAROLINA FERENSTEIN-KRAŚKO: Możesz powiedzieć, że nie pamiętasz.

P.: Pamiętam, że miała na sobie białe bryczesy i niebieską koszulę. To musiało być w trakcie zawodów, bo miała jeszcze oficerki. I chyba wtedy pierwszy raz widziałem kobietę w takim stanie.

K.: W takim stanie?!

P.: W cudzysłowie.

K.: W takim stroju.

P.: W takim stanie i stroju, bo to wyglądało bardzo filmowo.

Co sobie wtedy pomyślałeś?

P.: Że jest na pewno świetnym trenerem.

Tylko tyle?

P.: Zaczęliśmy razem jeździć konno, a lepiej poznaliśmy się dużo później.

K.: No nie, ale przepraszam, nie zaczęliśmy w ogóle jeździć konno, bo ja nie do końca chciałam z nim trenować.  Ale to też już wszyscy wiedzą i wielokrotnie o tym mówiliśmy, więc nie wiem, czy to nie będzie trochę nudne. (śmiech)

Zapytałam o to nie bez powodu. Chciałabym wiedzieć, Piotrze, jak dzisiaj, 10 lat po ślubie, patrzysz  na Malinę?

P.: Nie uwierzysz, ale tak samo. A nawet z jeszcze większym podziwem. Kiedyś umiejętność jazdy konno wydawała mi się czymś niemal nadludzkim. Wsiąść na konia i galopować,  skakać, pokonywać przeszkody? To naprawdę wydawało mi się niezwykłe.

I mówisz to Ty, wysportowany  facet, który świetnie jeździ konno? Kokietujesz.

P.: Wtedy jeszcze wydawało mi się to niezwykłe.

K.: Jeździectwo jest wyjątkowym sportem, w którym nie chodzi o uwalnianie energii ani rywalizację, ale przede wszystkim o silną interakcję  z drugą żywą istotą. Jazda konno to  fitness, medytacja i terapia w jednym. I naprawdę uważam, że ten sport, a raczej sposób życia, rzutuje na wszystko, nawet na stosunki w rodzinie. Poważnie. Bo jeżeli nauczysz się w emocjach  i z tą wielką istotą funkcjonować i dogadywać, to nawet z mężem sobie  później poradzisz.

P.: Myślę, że jest coś niezwykłego  w kobietach bardzo dobrze jeżdżących konno. One mają niezwykłą siłę ducha. Bo zapanowanie nad zwierzęciem, które waży 700 kilogramów,  nie jest łatwym zadaniem, i musisz  je przekonać, by zrobiło to, czego ty chcesz, ale siłą w żaden sposób tego nie osiągniesz. To wymaga wyjątkowego porozumienia. Tym bardziej widok niezwykle delikatnej, pięknej kobiety, która panuje nad tym zwierzęciem...

Zaimponował Ci?

P.: Bardzo!

A dzisiaj, kiedy już dobrze znasz Malinę, co jeszcze w niej podziwiasz?

P.: Mój podziw dla Maliny jest jeszcze większy. Choć wtedy wierzyłem, że jest ogromny. Naprawdę.

K.: Myślę, że to fantastyczne, kiedy nasz partner jest dla nas takim prawdziwym autorytetem w czymś. Jeżeli patrzymy na niego, tak jak Piotrek  mówi, z podziwem.

Wiem już, Piotrze, że podziwiasz żonę za jej siłę ducha. A jaka jest Malina na co dzień? Co w niej  cenisz?

P.: To są bardzo różne rzeczy. Na początku związek jest czymś innym  niż po 10 latach. I jest to wspaniałe,  jeżeli po 10 latach...

K.: Nie używajmy słowa „wspaniałe”.

P.: ...jest ten sam poziom emocji, który towarzyszył ci w pierwszej, drugiej chwili, kiedy wszystko opierało się głównie na uniesieniach. A z drugiej strony okazuje się, że naprawdę dobrze się rozumiecie w wielu drobiazgach,  bo drobiazgi mogą w życiu człowieka zamęczyć. Wielkie chwile, kiedy przekonasz się, że ktoś uratuje cię z pożaru albo z tonącego okrętu, może wydarzą się za 10 lat, a może nigdy. Chodzi jednak o to, by dobrze się żyło na co dzień.

Zawsze chcecie tego samego?

P.: Na pewno częściej niż rzadziej.

A Ty, Malinko, pamiętasz ten pierwszy raz, kiedy zobaczyłaś  Piotra, i jakie temu towarzyszyły emocje?

K.: Teraz tak poważnie: są rzeczy, które mnie naprawdę pociągają w mężczyznach.

Mój mąż po latach z intelektualisty, erudyty, osoby, która naprawdę wie o świecie bardzo dużo, stał się sportowcem i ciągle przekracza w kolejnych dyscyplinach swoje granice. Jest przykładem mężczyzny, którego siła umysłu może sprawić wszystko. Z gościa, który siedział tylko przy książkach, stał się naprawdę wszechstronny. Imponuje mi jako sportowiec i jako intelektualista.

P.: Nie przesadzajmy.

K.: Dla sportsmenki, która była bardzo skoncentrowana na jeździe konnej, byłeś facetem z innego świata. Sportowcy żyją w ascezie. Nie mają tak naprawdę nic poza swoją dyscypliną...

P.: Zwłaszcza piłkarze.

K.: A żebyś wiedział. Mają każdy posiłek co do minuty określony i zbilansowany, jeźdźcy tak samo. Ich codzienność jest bardzo poukładana.

Twoja też tak wyglądała?

K.: W dużej mierze tak. Tym większe miało dla mnie znaczenie to, że my  od samego początku się zaprzyjaźniliśmy. To była przyjemność rozmawiać z gościem o tak szerokich horyzontach, który cały czas mi ze świata przywoził jakieś ciekawostki. Ja też pędziłam z jednych zawodów jeździeckich na drugie, które były oczywiście w różnych miejscach świata, i to było ciekawe i barwne, ale ograniczało się jednak do zamkniętego świata i dotyczyło jednego tematu. Wiedza Piotra mi imponowała.

Ale na pierwszym spotkaniu nie zrobił na Tobie dobrego wrażenia.

K.: Nadal pamiętam te przykrótkie spodnie. Bardzo mnie rozbawił jego strój. W ogóle mi się nie spodobał,  dopóki nie zaczęłam z nim rozmawiać – oczarował mnie rozmową w pięć minut. Intelekt zawsze najbardziej mnie pociągał u mężczyzn.

No dobrze, a czy są takie rzeczy, które Was wzajemnie w sobie  irytują?

P.: Są, ale naprawdę można się do tego przyzwyczaić.

A co na przykład irytuje Cię  w Malinie?

P.: Jedna jedyna rzecz: wszędzie rozrzuca swoje buty. (śmiech)

K.: Może dlatego, że ja się ciągle  spieszę.

To jest jej jedyna wada?

P.: Tak.

K.: Nie, no parę innych jeszcze się znajdzie... Jestem roztrzepana.

P.: Żebyśmy tylko takie problemy mieli.

K.: Myślę, że jestem zbyt mało zorganizowana i za każdym razem zaskoczona, że wszystko się dobrze kończy,  a czasem jakimś spektakularnym  sukcesem nawet.

A co Cię w Piotrze denerwuje?

P.: O, temat rzeka!

K.: Jest troszeczkę zbyt miły.

P.: Coś wymyśl. Improwizuj.

Bycie miłym jest wadą?

K.: Tak. Nawet kiedy jest bardzo zły, używa tak ugrzecznionych sformułowań, że mogą doprowadzić człowieka do szału po prostu w sekundę.

Podaj przykład.

K.: Oczywiście, że zdarza mu się złościć, ale czasem właśnie w chwilach wielkich emocji pozostaje opanowany  i mówi spokojnym tonem. Ja w szale,  a on mówi miło. Aż masz ochotę nim potrząsnąć! Najgorsze jest to, że dzieci też tak samo na to reagują. Ja, zanim od nich coś wyegzekwuję, muszę natupać się, nakrzyczeć, dziesięć razy powtórzyć, a jak tata się robi taki supermiły, to dzieci od razu wiedzą, co jest grane, i sprawa załatwiona.

Czyli bycie miłym działa!

K.: Siła umysłu. Ale mnie to do szału doprowadza.

Piotrze, podobno kiedy jesteś zły, zdarza się, że po prostu milczysz?

P.: Akurat to chyba nie i zdarza mi  się wściekać. Ale w domu rzadziej,  bo uważam, że dzieci dużo lepiej znoszą krzyk matki niż ojca. To też się  może oczywiście zdarzyć, ale jednak znacznie rzadziej.

Myślisz, że krzyk matki jest mniej dotkliwy?

P.: Tak. Wydaje mi się, że niepanujący nad emocjami ojciec musi być dla dzieci przerażający.

Zaburza poczucie bezpieczeństwa?

P.: Tak. Mama to wiadomo: nawet jak krzyczy, wydaje się mniej groźna...

K.: Więc ja krzyczę, taki mamy podział. Tylko że nikt tych krzyków  maminych nie bierze zbyt poważnie.

P.: W rodzinie z trójką dzieci zawsze ktoś krzyczy.

K.: Zawsze musi być jakiś dym u nas.

P.: W trzech przypadkach na pięć  krzyczą dzieci.

Rozumiem jednak, że jako rodzice jesteście zgodni i nie kłócicie się  o to, jak wychowywać dzieci?

K.: Trzymamy wspólny front. Dzieci  i tak stanowią u nas większość, więc jak my byśmy się jeszcze nie dogadywali jako rodzice, to one by nas rozjechały buldożerem. Nawet jeżeli czasami nie do końca się ze sobą zgadzamy, to nigdy przy dzieciach takich historii nie rozwiązujemy.

P.: Musimy być lojalni wobec siebie.

Każda para ma za sobą jakieś kryzysy. Czy one umacniają związki?

P.: Nie ma idealnych związków. Przechodzi się przez różne etapy, różne sytuacje. Bywa, że ludzie, którzy w młodości są bardzo podobni do siebie, zaczynają dorośleć, dojrzewać, zmieniać się. Po 10 latach małżeństwa, a jesteśmy przecież dużo dłużej ze sobą, wspaniałe jest to, że ja Malinę bardzo często odkrywam na nowo. Malina przez większość życia mieszkała  w Gałkowie i zajmowała się stadniną  i sportem. Przeprowadzka do Warszawy była dość dużą zmianą.

K.: Zanim przeniosłam się do Warszawy, zamieszkaliśmy razem jeszcze  w Waszyngtonie. Więc z małego Gałkowa przeprowadzić się do stolicy świata – to dopiero było wyzwanie.

P.: To, jak ona się potrafi odnaleźć  w każdej sytuacji, robi wrażenie.

Po latach bardziej docenia się siłę związku, to, co jest między ludźmi?

P.: Na pewno. I zdarzają się niezwykłe dary od losu, jaka nasza córka. Ma tak cudowny charakter, jest tak pogodną, radosną istotą, że jesteśmy z Maliną każdego dnia zaskoczeni, że można być tak ujmującym, miłym, bezproblemowym, radosnym stworzeniem.

K.: Sama frajda. I jeszcze spała świetnie w nocy. (śmiech)

Sprytnie unikacie odpowiedzi  na moje pytanie.

P.: Czy bardziej się docenia związek? Tak, zdecydowanie.

K.: Wieloletnie związki mają swoje lepsze i gorsze chwile – myślę, że to nieuniknione. W sumie fajnie, że związek jest taką sinusoidą, bo jeżeli cały czas byłoby tak samo, to...

Byłoby nudno?

K.: Po pierwsze – trochę tak, a po drugie – w życiu fajne są uniesienia. Fajnie jest dzielić się z partnerem swoimi nowymi historiami, zaskakiwać siebie nawzajem, odkrywać w sobie coś nowego.

Miałam na myśli raczej trudne doświadczenia. Bywa, że zachowanie drugiej osoby potrafi ująć lub rozczarować. Jeśli w momentach niełatwych partner pokazuje charakter, klasę, miłość, to chyba jeszcze bardziej się go podziwia.

K.: Myślę, że trudne sytuacje, jeżeli się je przetrwa, budują. Uświadamiają ci, po co jesteś z tą drugą osobą, dlaczego z nią jesteś. Życie składa się z różnych odcieni, nic nie jest biało-czarne. Nic.

Mówiłeś, Piotrze, że życie Maliny zmieniło po przeprowadzce do Warszawy, teraz zaczęła jeszcze przygodę z telewizją. W związku  z udziałem w programie „Agent  – Gwiazdy” bardzo długo nie było Cię w domu. Jak ta rozłąka wpłynęła na Waszą relację i też na Twoje ojcostwo?

P.: Wspaniale.

(śmiech) K.: Jeżeli jeszcze raz usłyszę słowo „wspaniale”, naprawdę zwariuję.

P.: To à propos moich wad.

K.: Tak, za często mówi „wspaniale”. Wszystko jest cudowne i wspaniałe. Nie można tego słuchać. Chociaż to też jest jakiś jego znak rozpoznawczy.

Lepiej nadużywać „wspaniale”,  niż gdyby Ci mówił, że wszystko jest do... niczego. (śmiech)

K.: Racja. W sumie cieszę się, że zawsze się uśmiecha, ale wszystko w nadmiarze jest niestrawne.

Wróćmy do „Agenta”.

P.: Uważałem, że to wspaniały pomysł, by Malina tam pojechała. Wiedziałem, że świetnie sobie poradzi, chociaż będzie to niełatwe doświadczenie. Ale nic tak nie rozwija człowieka, jak trudne doświadczenia, a co dopiero trudne doświadczenia w podróży.

K.: Co tam się działo...

P.: Nam nieobecność Maliny w domu też dobrze zrobiła.

Przekonałeś się, co to znaczy mieć cały dom na swojej głowie.

P.: Zawsze mnie doprowadzali do szału mężczyźni mówiący: „A żona to nie pracuje, siedzi w domu z dziećmi”.

K.: Już to mówiłeś tyle razy...

P.: Ten czas, kiedy Malina wyjechała i długo nie dzwoniła, bo tego wymagał program, był okropny.

Piotrze, będziesz wspierał Malinę w robieniu kariery telewizyjnej?

P.: Myślę, że jeżeli mówimy o „Agencie”, to było ciekawe doświadczenie  dla wszystkich jego uczestników. Cieszę się, że wzięła w nim udział, bo był świetnie zrobiony. A to, jak życie się potoczy, jest zupełnie inną historią. Malina ma w sobie tyle pasji oraz tyle zajęć, że w jej życiu nie brakuje pracy ani emocji.

Ale gdyby chciała zająć się pracą  w telewizji, wspierałbyś ją w tym?

P.: Wspierałbym we wszystkim, co będzie dla niej ważne.

K.: Wiadomo, że wszelkie programy  telewizyjne niosą ze sobą większą rozpoznawalność, i ja to doceniam. Biorąc pod uwagę moją drogę zawodową– poza stadniną prowadzę jeszcze firmę produkcyjno-eventową – na pewno popularność pomaga. Udział w „Agencie” to była propozycja nie do odrzucenia. Od wielu lat dostawałam przeróżne, ale nie czułam się na nie gotowa. Niedawno skończyłam 40 lat, a to przełomowy moment dla każdej kobiety  – czujesz wtedy, że chcesz zrobić coś tylko dla siebie.

Chciałaś sobie coś udowodnić?

K.: Coś sobie udowodnić, trochę zaszaleć. Pomyślałam, że udział w tym programie może być niesamowitym doświadczeniem, a w perspektywie życia moje dzieci absolutnie na tym nic nie stracą. I rzeczywiście, w ogóle się nie zawiodłam, wręcz odwrotnie. To była dla mnie taka stop-klatka, miałam czas przemyśleć wszystkie swoje  życiowe wybory.

I do jakich wniosków doszłaś?

K.: Doceniam swoje życie...

Wcześniej miałaś z tym problem?

K.: Wiem, dlaczego kocham moją rodzinę i dlaczego chcę do niej wracać. Po powrocie do domu cieszyłam się wszystkim dwa razy bardziej. Najzwyklejsze rzeczy sprawiały mi dwa razy większą frajdę. Wyjście na spacer  z córką zawsze cieszy, ale teraz podwójnie. Ta zwyczajność okazuje się najcudowniejsza.

Zdradzisz, kto jest agentem?

K.: Nie mogę nic powiedzieć. W programie wybrałam taką samą strategię jak w życiu: ja nigdy nie błyszczę w towarzystwie, nie gram pierwszych skrzypiec. W tym rozkrzyczanym świecie słów i frazesów, które, przepraszam, ale zazwyczaj nic nie znaczą, wybieram rolę obserwatora. Uważam, że  dużo więcej się wtedy widzi. Tak samo jest w tej grze.

Pytanie za 100 punktów: czy miewacie „ciche dni”?

K.: Nigdy.

P.: Nie.

K.: Nigdy nie miewamy „cichych dni”, ponieważ obydwoje wolimy się pokłócić i natychmiast pogodzić. „Ciche dni” to jest tortura największa na świecie. P.: Nawet jeżeli ja się bardzo zdenerwuję z jakiegoś powodu...

K.: Nie ma żadnego obrażania się.

P.: Mnie przechodzi po 30 sekundach  i ja bym się od razu chętnie pogodził.

A kto pierwszy wyciąga rękę?

K.: Ostatnio Piotr. Częściej Piotr wyciąga rękę jako pierwszy.

P.: Pójść spać pokłóconym to największy koszmar. Nie wolno tego robić.

K.: Nigdy w życiu. W tym też się dopasowaliśmy. Nikt z nas by w ogóle tego nie wytrzymał. Kiedy się pokłócimy, odczekam minutę i chcę wykręcić już numer telefonu do niego, a w tej samej chwili on dzwoni: „No dobra. Przepraszam”. „Nie, to ja przepraszam”.

No dobrze. A kto w Waszym związku podejmuje decyzje?

K.: Ale jakie?

Dokąd pojedziecie na wakacje,  jakie kupicie mieszkanie, do której szkoły dzieci będą chodziły...

K.: Wspólnie. O wszystkim decydujemy razem. Wszystko przepracowujemy, każdy mówi swoje za i przeciw i decydujemy razem, jako para. (śmiech)

P.: Ja sobie nie wyobrażam bycia  z kimś, kto nie chciałby uprawiać  sportu, być aktywny, dokądś wyje- chać, tylko chciałby leżeć na leżaku  na wakacjach.

K.: Uważaj, bo Ania się pogniewa.

Nie, dlaczego? Ja się nie lubię  męczyć i wcale się tego nie  wstydzę.

P.: Akceptujemy cię taką, jaka jesteś. Ze wszystkimi twoimi wadami, czyli  z tym leżakiem.

K.: Będziemy nawet biegać dookoła twojego leżaka, jeżeli będzie trzeba.

P.: Prawda jest taka, że jeżeli zgadzamy się w siedmiu sprawach na dziesięć,  to jest duże prawdopodobieństwo, że  w tych pozostałych trzech też się dogadamy. Nie ma u nas wielkich sporów  o to, co mamy zrobić i kto komu musi ustąpić, bo zazwyczaj mamy prawie takie same pomysły.

Czy Ty, Piotrze, jesteś mężczyzną, który pamięta o wszystkich ważnych datach, rocznicach?

P.: Staram się, ale moim zdaniem dla mężczyzny to jest trudne.

No wiem, dlatego pytam, czy dajesz radę. (śmiech)

K.: Wystarczy, że trójkę dzieci ogarnia.

P.: Dużo rozwiązuje telefon, który teraz o wszystkim przypomina. Na pewno pamiętam daty urodzin dzieci. Datę urodzin Maliny też.

K.: Zawsze mama mu przypomni w razie czego.

P.: Zazwyczaj pamiętam, bo przy załatwianiu formalności muszę podawać PESEL Maliny.

Jesteś praktyczny czy romantyczny? Robisz żonie piękne prezenty?

P.: Chyba czeka, aż ja coś powiem. Malina, jak to jest?

K.: No, zazwyczaj to są praktyczne prezenty.

Siodło, bacik?

K.: Takie rzeczy, które Piotr uważa  za szczyt marzeń kobiety. Nowy telefon, nowy komputer. Albo umyje mi samochód... Choć odkąd zaczął w ogóle zauważać modę, do elektroniki dołączyły części garderoby...

Trafia przynajmniej w Twój gust?

K.: Przywiózł mi kiedyś taki przepiękny, jego zdaniem, płaszcz z Rzymu. Mówię: „Boże, co to? W ogóle się  w czymś takim chodzi?”. Rok później wyciągam go z szafy, bo jest szaleństwo, ostatni krzyk mody.

Czyli ma oko?

K.: Tak. Jego prezenty zawsze okazują się później strzałem w dziesiątkę, a ja ich na początku nigdy nie doceniam.  I potem oczywiście żałuję. Martwię się, że może się zniechęcić w końcu,  jak będę tak reagować.

P.: Może tak być.

K.: Więc teraz podkreślam, że są to zawsze wspaniałe wybory...

Piotrze, jesteś rozrzutny czy skąpy?

P.: A który mężczyzna szczerze ci odpowie?

To może odpowiedz, czy jesteś rozsądny w wydawaniu pieniędzy?

K.: W codziennych sprawach potrafi być oszczędny, a w pozostałych – bardzo rozrzutny.

P.: Oszczędzam tylko na sobie. (śmiech)

A Ty go rozpieszczasz jakoś,  Malinko?

K.: Chyba nie za bardzo. Właśnie się nad tym zaczęłam zastanawiać. Chyba muszę się trochę bardziej postarać. Ale mężczyzny nie można rozpieszczać.

Robisz mu śniadania?

K.: Nie, nie.

Ale piszesz do niego SMS-y w ciągu dnia, że go kochasz i tęsknisz?

K.: Tak, nawet zbyt często mi się to zdarza.

P.: Tak, to prawda.

K.: Szczególnie jak narozrabiam,  to mówię, że go kocham.

P.: Już się nie popisuj z tym rozrabianiem.

Czy oboje śmiejecie się z tych  samych dowcipów?

P.: Tak.

K.: W tym też jesteśmy zgodni.

Jaka jest Wasza recepta na udany związek?

P.: Ludzie muszą do siebie pasować  w drobiazgach, naprawdę. W sposobie spędzania czasu.

K.: Tak, trzeba lubić ze sobą spędzać czas. Mieć wspólne pasje i życia nie traktować pod linijkę. Nic nie jest  w życiu idealne, zwłaszcza w wielkiej, rozkrzyczanej rodzinie, pełnej emocji, miłości, ale również kłótni. To jest naturalne. Życie nie wygląda jak amerykański film z happy endem. Bywa różnie i trzeba sobie z tego zdać sprawę. Trzeba też oczywiście o siebie dbać.

Powiedziałeś kiedyś, Piotrze,  że najważniejsze, by na co dzień rozmawiać ze sobą o wszystkim, nawet o głupotach.

P.: Nie, to mogła powiedzieć Malina, i ma rację.

K.: Piotr uważa, że tematy zawodowe, kłopoty to jest zawsze tylko jego  sprawa.

Nie dzielisz się problemami  z Maliną?

P.: Ja w takich sprawach naprawdę  jestem trudny. Dzięki Malinie, mam wrażenie, dużo więcej mówię. Zawsze wydawało mi się, że – jak kiedyś powiedział Jan Englert w którymś wywiadzie – mężczyzna nie jest od tego, by zamartwiać kobietę swoimi kłopotami. Bo ona w wielu sytuacjach i tak mu nie może pomóc, a też się będzie martwiła. Nie wiem, co musiałoby się wydarzyć w pracy, bym powiedział Malinie, że mam jakiś problem.

K.: Wyciągnąć z niego jakieś emocje, nawet w totalnie podbramkowych  sytuacjach, to jest naprawdę wyczyn.

Kiedy Piotr stracił pracę, a ja rodziłam, to tylko widziałam w jego oczach przerażenie, ale na zewnątrz udawał, że wszystko jest w idealnym porządku.

Nie rozmawialiście o tym?

K.: Narodziny Lary miękko przykryły całą historię. Piotr był przy narodzinach. To także są takie momenty, kiedy czujesz, że mężczyzna, który trzyma twoje nowo narodzone dziecko, jest właśnie tym, z którym chcesz spędzić życie. Wracam do tego, bo życie nie opiera się tylko na słowach, ale też  na gestach, na czynach. Podczas porodu był ze mną jakiś problem, w pewnym momencie zaczęłam mieć za  krótki oddech. Kiedy zobaczyłam przerażenie Piotra, zanim lekarze podali mi maskę tlenową i zapanowali nad sytuacją, tę miłość, to, że oddał  natychmiast córkę i pędził do mojego łóżka, by być ze mną – nic już tego nie przekreśli. Żadne trudne sytuacje życiowe.

Każdy miewa trudne momenty.  I to jest tylko nasz wybór, którą drogą chcemy pójść. Czy chcemy o siebie zawalczyć i być razem, czy się ugniemy... My żyjemy dla siebie. I nasze wybory są naszymi wyborami. Dobre czy złe  – są dla nas i dla naszej rodziny.