PIOTR KUPICHA: Przepraszam za spóźnienie. Lecę prosto z próby w Operze Leśnej. Długo czekasz?

GALA: Tylko pół godzinki. Spodziewałam się. Słyszałam, że spóźniasz się także na próby, ba, nawet na koncerty.

PIOTR KUPICHA: Nie ma takiej opcji. To insynuacje. Rodzą się, bo Feel nie odpuszcza od 2007 roku i mógł sobie narobić wrogów. Jestem za stary na takie zachowanie. Żadna ze mnie gwiazda- srazda.

GALA: Zeszły rok był świetny dla Twojego zespołu: 240 koncertów, płyta „Feel” sprzedana w 270 tys. egz. W tym roku zamiast 240 koncertów – kilkadziesiąt, a druga płyta „Feel 2” sprzedaje się znacznie gorzej. Czy Feel się kończy?

PIOTR KUPICHA: Nie. Myślę, że „Feel 2” niedługo zdobędzie płytę platynową. A takie koncertowe wyciszenie to jest naturalna kolej rzeczy. Nie tylko u nas, także na Zachodzie. Myślę, że artystom jest potrzebny czas, żeby odpocząć. Mamy bardzo agresywny rynek. On nie idzie w parze z duszą artysty. Nie da się cały czas być na pełnych obrotach. Nie jesteśmy cyborgami.

GALA: Podobno Wasze koncerty są odwoływane, bo nie ma ludzi.

PIOTR KUPICHA: Wierz mi – ludzie są. Mieliśmy np. dwa razy trasę nadmorską: jedna to było osiem koncertów, druga – pięć. I żaden nie został odwołany. Dziękuję tym wszystkim, którzy przyszli, śpiewali z nami piosenki, którzy żyją cały czas naszymi emocjami. Nie możemy narzekać.

GALA: Czyli koncertowe osłabienie to zabieg higieniczny? Jakoś w to nie wierzę.

PIOTR KUPICHA: Można się zajechać, grając cały czas, przyjmując najdziwniejsze zlecenia. Kiedyś tak występowaliśmy. Teraz staramy się tego nie robić, bo chcemy, żeby jakość koncertu była wyjątkowa: właściwa oprawa świetlna, wizualizacje, pirotechnika. Nasz występ ma być wydarzeniem. Chcemy, by ktoś, kto zamawia Feela na koncert, poczuł, że to jest jego czas, jego święto. My jesteśmy dla ludzi rozrywką.

GALA: Bliski jest dzień, kiedy nikt nie zabukuje koncertu?

PIOTR KUPICHA: Nie wiem. Każdy, kto jest na scenie, bierze to pod uwagę.

GALA: Wyobrażasz sobie powrót do normalnego życia?

PIOTR KUPICHA: Tak.

GALA: I co miałbyś wtedy robić?

PIOTR KUPICHA: Jestem inżynierem po Politechnice Śląskiej. Poza tym przez trzy lata, aż do września 2007 roku, kiedy Feel zdobył Bursztynowego Słowika i Słowika Publiczności na Sopot Festival, pracowałem jako trener w firmie szkoleniowo- -doradczej. Może tam wrócę? A może będę żył z komponowania piosenek, pisania tekstów, robienia aranżacji?...

GALA: Myślę, że powrót do normalności nie będzie łatwy. Pamiętasz, co czułeś, kiedy w 2001 roku zespół Sami, w którym byłeś gitarzystą, stał się gwiazdą?

PIOTR KUPICHA: O tym okresie mówię, że żyliśmy wprawdzie w realnym świecie, ale unosiliśmy się 20 centymetrów nad ziemią. Ja się zachłysnąłem. Ale kariera zwykle układa się w kształt sinusoidy – raz można mieć poważny problem. Doświadczyłem tego, kiedy zespół Sami tracił popularność. Miałem dół psychiczny.

GALA: To była depresja?

PIOTR KUPICHA: Nie nazwałbym tego depresją. Oszukiwałem się, że wszystko jest tak samo jak w 2001 roku, kiedy Sami zdobyli Superjedynkę w Opolu. A tak nie było. Na szczęście mam cechę, która mnie uratowała, którą każdy powinien w sobie wyrobić, choć to jest bardzo trudne. W momencie, kiedy nie wiesz, co dalej robić, kiedy nie masz pomysłu na życie, wyjdź do ludzi. Rozmawiaj z nimi. Szczerze. Nie rozpamiętuj rzeczy, które były, bo to do niczego dobrego nie prowadzi.

GALA: Sukces jest jak malaria – jeśli człowiek sie nim „zarazi”, nie może przestać o nim myśleć. Czy to nie pragnienie sukcesu napędzało Cię po rozpadzie zespołu Sami?

PIOTR KUPICHA: To było tak: przez pięć lat działałem na wysokich obrotach, lata 2001–2002 to był szczyt popularności. I nagle to się skończyło. Zacząłem pracę w firmie doradczo- szkoleniowej. Okazało się, że mam predyspozycje do tego, by mówić do ludzi, pracować z dużymi grupami. Ale jeśli zasmakowałeś tego, co jest fajne, ciekawe i nie jest dla ciebie problemem, będziesz chciał znów to przeżyć. Postanowiłem wrócić na scenę i zdobyć popularność. Pracując, ciągle grałem i komponowałem. Stworzyłem zespół Feel. Nagle w 2007 roku pojawiła się opcja występu w Sopocie. I bach – wygrana!

GALA: A potem megapopularność. Pamiętasz, ze Twoja menedżerka piosenkę „A gdy jest już ciemno”, która wygrała, wcześniej trzymała dwa lata w szufladzie? Uważała, ze nie jest dobra.

PIOTR KUPICHA: Tak było. Ale ja za tę piosenkę i pozostałe, które skomponowałem, dałbym sobie obciąć rękę. Opinia menedżerki nie miała znaczenia. Nie było takich momentów, że się poddawałem.

GALA: Nigdy nie potrzebowałeś usłyszeć od swojej zony Agaty: „Wierzę w Ciebie, to się musi udać”?

PIOTR KUPICHA: Agata była cały czas przy mnie, wspierała mnie. Ale nigdy nie byłem w tak złym stanie, że płakałem na jej ramieniu. Podnosiły mnie na duchu występy na spotkaniach integracyjnych dla uczestników szkoleń organizowanych przez firmę, w której pracowałem. Śpiewałem również własne piosenki. Słyszałem: „To jest dobre”.

GALA: Ty, występujący kiedyś na dużych scenach, nie czułeś sie zdegradowany?

 

PIOTR KUPICHA: Prawdziwe obcowanie z muzyką nie potrzebuje dużej sceny. Ale przyznam się – ona mnie ciągnęła. Ten czas, kiedy grałem w Samych, to było coś jedynego w swoim rodzaju. Chciałem to powtórzyć.

GALA: I ponownie przeżyć uczucie uniesienia nad ziemia? Miłość nie daje tego wrażenia? Mówi sie, ze uskrzydla.

PIOTR KUPICHA: Owszem, uskrzydla. Jest bardzo ważna. Także rodzina, dom. Dom to jest coś, o co musisz zawsze dbać. Możesz być w najdalszym zakątku świata, robić cuda na kiju, ale w domu ma być spokój, porządek i miłość. Myślę, że sfera życia rodzinnego, zwłaszcza kiedy się pojawiają dzieci, jest czymś wyjątkowym. Ale nie da się nią zastąpić twojej fascynacji, twoich potrzeb na scenie. Nie ma takiej opcji. Każdy z nas jest jednostką, indywidualnością i musi zadbać o siebie. O swoje wnętrze. Moja żona doskonale wiedziała, że kiedy z gitarą schodzę grać do piwnicy, to nie powinna mnie zatrzymywać. Nie powinna też przeszkadzać mi, kiedy piszę teksty. One wymagają ogromnego skupienia i zagłębienia się do środka samego siebie.

GALA: Dla mnie Twoje teksty są nie do końca zrozumiałe, by nie powiedzieć – fragmentami nie mają sensu.

PIOTR KUPICHA: Możliwe, że zagłębienie w siebie było zbyt duże (śmiech).

GALA: Agata pojawiła sie w Twoim życiu wcześniej niż sukces. Zaimponowałeś jej Ty, a nie Twoja sława.

PIOTR KUPICHA: Poznaliśmy się na początku istnienia zespołu Sami, w 1999 roku. Byłem wtedy takim szczeniaczkiem.

GALA: Pochodziliście z odmiennych środowisk. Agata: studia na filologii polskiej na Uniwersytecie Śląskim, dom twórczy, mama pisarka i poetka Marta Fox. Ty: studia na Politechnice Śląskiej, mama dyrektor Cepelii, tata mistrz w Hucie Batory.

PIOTR KUPICHA: Ważne jest to, co ludzie czują w środku. Można powiedzieć, że Agata to anioł w ludzkiej skórze. Jest osobą o dobrym sercu, mądrą, która chętnie służy pomocą i nigdy nie narzeka. Od początku, kiedy była moją dziewczyną, podpatrywała, jak gram, i akceptowała to. W końcu zaczęliśmy ze sobą pomieszkiwać.

GALA: Ile trzeba było czekać, żeby sie zgodziła zamieszkać z Tobą?

PIOTR KUPICHA: U nas wszystko wypływało jakoś naturalnie, bez specjalnych ustaleń. Nasz związek fajnie się budował. W końcu zamieszkaliśmy w naszym mieszkanku – 50 metrów w bloku z lat 70. Kupiliśmy je okazyjnie. Miałem trochę pieniędzy, bo zarabiałem w zespole Sami. A że większość piosenek, które śpiewał ten zespół, była moja, ZAiKS wypłacał mi honoraria. Studiowałem wieczorowo, Agata dziennie. Ale kiedy w 2003 roku Sami już nie byli na fali, dorabiałem w drukarni, skręcałem meble biurowe.

GALA: Agata związała się z niebogatym facetem.

PIOTR KUPICHA: No nie! Weź pod uwagę, że miałem zaledwie 20 lat. A szybko dorobiliśmy się mieszkania, potem samochodu – peugeota kombi. Pamiętam, że w pierwszym mieszkaniu była stara kuchnia. Nie mieliśmy pieniędzy, więc postanowiliśmy zostawić szafki, tylko z zewnątrz okleić je tapetą. Ale akurat z ZAiKS-u przyszły honoraria, więc powiedziałem: „Kicham na wszystko, będzie nowa kuchnia”. I kupiliśmy szafki. Nie jakieś super hiper (śmiech).

GALA: A co dałeś żonie po sukcesie płyty „Feel”?

PIOTR KUPICHA: Samochód – hondę civic.

GALA: Dzięki koncertom, płycie, reklamie banku Millennium stałeś się zamożny.

PIOTR KUPICHA: Tak, mogliśmy kupić 100-metrowe mieszkanie. Z zagranicy sprowadziłem auto chevrolet explorer dla zespołu. Ale były też wydatki. Niemałe. Musiałem uwolnić się od bardzo dziwnej umowy wydawniczej, koncertowej, publishingowej, którą zawarłem, będąc jeszcze w poprzednim zespole. W 2006 roku, żeby działać w Feelu legalnie, bez ciężaru, podpisałem porozumienie, co się wiązało z zapłaceniem dużych pieniędzy. Jakby haraczu. Musieliśmy sprzedać naszego peugeocika. Dla 26-letniej osoby to była ciężka próba. Na dodatek rok wcześniej pojawiło się nam dzieciątko.

GALA: Ale – jak sądzę – odkułeś się finansowo na pierwszej płycie?

PIOTR KUPICHA: Żeby się odkuć, musiałem zainwestować. Kiedyś pani Elżbieta Zapendowska spytała: „Jaka wytwórnia wyłożyła na was pieniądze?”. „Żadna” – odpowiedziałem. „Tymi rękami to zostało zrobione”. Ona: „I tylko dystrybucja? To ty jesteś gość”. Tak więc wszystko stworzyłem sam: muzykę, teksty i płytę.

GALA: Oszczędności starczyło, by sfinansować nagranie?

PIOTR KUPICHA: Nie. Musiałem zdobyć pieniądze od sponsorów. To okropne uczucie, kiedy dzwonisz i prosisz o wsparcie. Czułem się jak mały robak. Drugą płytę „Feel” też sfinansowałem.

GALA: Masz dwóch synów: Piotr ma cztery lata, Adaś osiem miesięcy. Ojcostwo jest ważne dla Ciebie?

PIOTR KUPICHA: Tak. Narodziny dzieciaków to najważniejsze wydarzenie. Na pierwszej płycie znalazła się piosenka „Paul”, opowiadająca, co czułem, kiedy rodził się Paweł.

GALA: Jakim jesteś ojcem? W domu bywasz rzadko, więc chyba kiepskim.

PIOTR KUPICHA: Nieprawda! Jedno jest pewne – serce mi się rwie do synów. Dla Adasia najważniejsza teraz jest mama – nadal jest karmiony piersią. Za to z Pawełkiem mam świetny kontakt. Kiedy wracam do domu, wszędzie zabieram go ze sobą.

GALA: Także na skałki, które lubisz?

PIOTR KUPICHA: Myślę, że na skałki jest za mały. Ja mu na dużo pozwalam. To nie jest dobre. Za to żona nie odpuszcza. Zdarza się, że gdy Agata mocno przytrzyma dyscyplinę, Pawełek przychodzi do mnie, by szukać wsparcia. A kiedy wieczorem czytam mu książeczkę i on powie: „Tata, ja cię kocham”, to się rozpływam.

GALA: Jaki masz kontakt z teściową? Oboje jesteście artystami, więc pewnie świetnie się dogadujecie.

 

PIOTR KUPICHA: Mamy normalną relację. Ja nie lubię zagłębiać się w dyskusje artystyczne, wolę spędzać czas z moimi myślami i z gitarą. Żyję prosto, normalnie. I takie życie wolę. Ona to wie i akceptuje. Doskonale wie także, że do serca mężczyzny trafia się przez żołądek. Kiedy odwiedzamy ją, robi świetne obiady. I w ogóle się nie wtrąca.To super babka!

GALA: A słucha Feela?

PIOTR KUPICHA: Słucha.

GALA: Od początku Cię akceptowała?

PIOTR KUPICHA: Myślę, że tak. Czuła, że jestem obrotny i że potrafię zadbać o rodzinę.

GALA: Raczej wyglądasz na faceta delikatnego niż obrotnego.

PIOTR KUPICHA: Ja to połączenie delikatności z energią, konsekwencją, dążeniem do celu.

GALA: Widziałam, jak fanki Cię całują. To zapewne plusy popularności. A minusy?

PIOTR KUPICHA: Nie lubię, kiedy jakiś nieznajomy podchodzi do mnie i protekcjonalnie klepie mnie w plecy. To często się zdarza.

GALA: To prawda, że nie wszystko śpiewasz na żywo?

PIOTR KUPICHA: W tym roku wszystko, ale w zeszłym było inaczej. Mieliśmy wówczas tyle koncertów, że nie wszystko dało się na żywo – przyznaję się bez bicia (śmiech).

GALA: Wiesz, co zyskała Agata, wiążąc się z Tobą. A wiesz, co straciła?

PIOTR KUPICHA: Ona się dostosowała do mojego intensywnego życia. Prowadzi sprawy księgowe zespołu. Myślę, że to nie jest jej żywioł. Marzy o domku w lesie z końmi, krówkami. Ona uwielbia naturę. Chciała być lekarzem weterynarii. Ale rodzice przekonali ją do filologii.

GALA: A może pewnego dnia podjedziecie pod jakiś dworek z pasącymi się konikami, a ty powiesz: „To jest nasze”.

PIOTR KUPICHA: Lubię takie akcje, bardzo! Nowe pomysły, wizje – to cały ja. Uwielbiam słowo „działamy”. Może mi coś podpowiedziałaś...