Magda Lassota za przewodników miała trzech Szerpów, którzy w styczniu weszli na K2. O czasie spędzonym w Himalajach napisała książkę "W cieniu Everestu".

Alicja Szewczyk, "Gala": Czy to prawda, że nigdy nie chciałaś wejść na szczyt Mount Everest?

Magda Lassota: Nie chciałam ani nadal nie chcę. Nigdy nie rozumiałam, dlaczego zdobycie tej góry jest marzeniem tylu osób. Tylko dlatego, że jest najwyższa? W latach 20. alpinista George Mallory, zmęczony ciągłymi pytaniami, dlaczego akurat Everest, odpowiedział: "Bo jest". Dla wspinaczy wejście na Everest jest jak dla nas morsowanie, a ja po prostu nie chciałam być częścią mody na kąpiele w zimnej wodzie. (śmiech) 

A jednak zamieszkałaś w bazie pod Everestem, i to na prawie dwa miesiące. Jak to się stało?

Czasem masz absurdalne przekonanie, że coś jest twoim największym marzeniem. W moim przypadku tym czymś był trekking w Himalajach. Gdy jechałam do Nepalu po raz pierwszy, w 2018 roku, niewiele wiedziałam o tych górach. Nie wiedziałam, jak tam się chodzi, na co można się w miarę bezpiecznie wspinać. Bo musisz wiedzieć, że ja nie jestem zwolenniczką ryzykowania.

W książce napisałaś wręcz, że nie jesteś odważna. Że na skali wspinaczy mieścisz się gdzieś między profesjonalistą a niedzielnym turystą.

Właśnie tak, ale ponieważ robię w górach wiele projektów, każdy myśli, że lubię niebezpieczeństwo. Wcale nie, a do tego nie znoszę zimna, strasznie marznę, a pod Everestem w nocy było -15 st. C. Czasem dostaję od kogoś wiadomość: "Ale fajnie! Też bym chciała spędzić tam dwa miesiące". Myślę wtedy: "Nie, nie chciałabyś!". (śmiech)

Pojechałaś w Himalaje, zobaczyłaś je. Po co tam wróciłaś?

Podczas pierwszego pobytu zainteresował mnie fenomen najwyższej góry świata. W Himalajach są różne trekkingi, ale największy ruch turystyczny jest do bazy pod Everestem. Trasa, która do niej prowadzi, wygląda niemal jak autostrada - idą nią dziesiątki tysięcy turystów. Zobaczyłam tę rzekę ludzi i zaczęłam się zastanawiać, o co chodzi. Dlaczego wszyscy chcą zobaczyć to miejsce? Kiedy sama do niego dotarłam, byłam jeszcze bardziej zdezorientowana. Baza jest po prostu brzydka, a do tego niespecjalnie widać z niej szczyt Everestu. Pomyślałam: "OK, turyści idą oglądać bazę. Ale kim są ludzie, którzy w niej mieszkają?". Podczas tego pobytu poznałam tragarzy - Nepalczyków, którzy noszą bagaże turystów podczas trekkingów, i tych, którzy nieśli rzeczy do samej bazy pod Everestem. Są bardzo biedni, ciężko pracują, niewiele przy tym zarabiając. Ich los bardzo mnie poruszył. Z czasem zaczęły pojawiać się kolejne pytania: "Tragarze wnoszą toboły do bazy. Ale kto pracuje na górze?". Wtedy już wiedziałam, że to Szerpowie pomagają wspinaczom, ale nie miałam pojęcia, kim są i jak ciężko pracują. W ogóle się o nich nie mówi, a przecież nikt nie wejdzie na Everest bez nich. To bohaterowie drugiego, a nawet trzeciego planu.

Wróciłaś pod Everest, żeby sfotografować ludzi, którzy chcą na niego wejść, i opisać ich historie. To kosztowna wyprawa. Skąd miałaś na nią pieniądze?

Przez rok oszczędzałam na wszystkim. Pracowałam jako tłumacz, zarabiałam, robiąc sesje zdjęciowe, i odkładałam każdą złotówkę. Żeby nie wynajmować mieszkania, pomieszkiwałam u rodziców, rodzeństwa i przyjaciół. Część kwoty zebrałam dzięki zrzutce na polak-potrafi.pl. Gdybym teraz miała uzbierać tyle pieniędzy, nie wiem, jak bym to zrobiła. Kiedyś pomyślałam: "Jeny, tyle pieniędzy... Tyle bym za nie mogła mieć...". Ale nie miałabym, bo bez celu nie masz motywacji, żeby oszczędzać. A ja go wtedy miałam. Choć oczywiście zdarzały się momenty zwątpienia. Raz cieszyłam się, że wymyśliłam projekt, jakiego nie było, a za chwilę zastanawiałam się, po co mi to wszystko.

Przyleciałaś do Nepalu i...?

Nie miałam żadnego planu i potwornie się we wszystkim gubiłam. Nigdy nie pracowałam nad tak dużym projektem i szybko okazało się, że to mnie psychicznie przerasta. Wydawało mi się, że nie umiem robić dobrych zdjęć reportażowych i że nie poradzę sobie z portretowaniem wspinaczy. Wcześniej pisałam artykuły na bazie własnych doświadczeń, ale nigdy nie robiłam wywiadów. Nie wiedziałam, o co mam pytać tych ludzi. Przez długi czas odwiedzałam ich i po prostu z nimi rozmawiałam.

Dowiedziałaś się, co ich tak przyciąga do tej góry?

To bardzo ciekawe, ale nie wróciłam mądrzejsza o tę wiedzę. Odpowiedzi na to pytanie jest tyle, ilu wspinaczy. Nie każdy ucieka na Everest przed problemami lub codziennością. Dla wielu to po prostu kolejny cel do zrealizowania. Wchodzę, schodzę, odhaczone. Bywa, że Everest sam w sobie nie ma znaczenia, jest jedynie środkiem do celu. W bazie poznałam muzułmanki, które być może chciały po prostu zdobyć ten szczyt, a jednocześnie wiedziały, że jeśli tego dokonają, to zostaną w swoim kraju zauważone, wysłuchane, co z kolei mogłoby pomóc wprowadzić w kraju zmiany. Nie osiągną tego, wychodząc na ulice, muszą dokonać czegoś spektakularnego. Na przykład wejść na najwyższą górę świata.

Everest jest dla wspinaczy trampoliną do sukcesu, sławy, zmiany życia na lepsze?

Nie chcę uogólniać, ale wydaje mi się, że dla mężczyzn wejście na tę górę jest albo spełnieniem marzenia, albo celem sportowym. Chcą sprawdzić, na ile ich stać. W przypadku kobiet ma to związek z chęcią udowodnienia innym, że mogą. Że muzułmanka czy dziewczyna z małej ukraińskiej wioski może stanąć na dachu świata. Każdy wspinacz ma swoje powody.

Z kolei Szerpów przyciągają tam pieniądze, które mogą zarobić dzięki wspinaczom.

Szerpowie pracują przy wyprawach od początku XX wieku, kiedy to wspinacze z Zachodu zaczęli przyjeżdżać w Himalaje. Często z braku wiedzy sprowadzamy ich do roli mułów pociągowych, mylimy z tragarzami. Nie wiemy lub nie chcemy zauważyć, że to świetni wspinacze. Wielu Szerpów się szkoli, ma międzynarodowe uprawnienia, jeździ na kursy wspinaczkowe do Europy. Oczywiście oni też wnoszą na górę wszystkie rzeczy potrzebne wspinaczom, ale nie tylko. To oni poręczują górę, przeprowadzają wspinaczy przez lodowiec, a na końcu wprowadzają ich na szczyt. Ale są też niedoświadczeni Szerpowie. Niektóre agencje organizujące wyprawy wysyłają ze swoimi klientami na szczyt chłopców, którzy nigdy tam nie byli, ale np. pracowali w obozie drugim jako kucharze. Za udane wprowadzenie klienta na Everest dostają premię. Te pieniądze kuszą, więc podejmują ryzyko.

Ty byłaś częścią wyprawy, przy której pracowali Mingma Gyalje Sherpa, Dawa Tenzing Sherpa i Kilu Pemba Sherpa - trzej Szerpowie z dziesięciu, którzy weszli w styczniu na K2, ostatni niezdobyty zimą ośmiotysięcznik.

Już kiedy byłam w bazie, wiedziałam, że to nie są zwyczajni Szerpowie. Gdy mówiłam, że przyjechałam pod Everest z Mingmą G., ludzie kręcili znaczącą głową.

Jak myślisz, dlaczego?

Dla ludzi z Zachodu jego postawa jest nietypowa. Większość Szerpów to niezwykle skromni ludzie. Wspinaczka to ich praca. A Mingma G. lubi się wspinać, nie boi się ryzykować, stawia sobie ambitne cele - zupełnie jak światowi wspinacze. Zawsze jednak podkreśla, że wszystko robi z myślą o nepalskiej społeczności.

Myślisz, że wchodził na K2 dla sławy, pieniędzy? 

Nie wydaje mi się, Mingma po prostu lubi się wspinać. Czytałam niedawno kilka wywiadów z nim, pytano go, czy wchodząc na K2, Szerpowie rywalizowali z himalaistami z Zachodu. Odpowiedział, że nie o to chodziło. Że chcieli, żeby zobaczył ich świat, a przede wszystkim ich rząd. Szerpowie są niedoceniani przez władze Nepalu. Póki pracują, mają pieniądze. Ale gdy coś się stanie, np. złamią nogę, zachorują, będą za starzy, żeby się wspinać, to nie dostają od państwa nic. Nawet Kami Rita Sherpa, jeden z najbardziej uznanych, rekordzista wejść na Everest, który był na szczycie 24 razy, nigdy nie dostał od nepalskich władz nic w uznaniu za swoje dokonania. Nie będzie też mieć emerytury. Kraj żyje z turystyki i ze wspinaczki. Tyle że nikt nie wchodzi na szczyt samodzielnie. Najpierw Szerpowie przygotowują trasę dla wspinaczy, a potem towarzyszą im w drodze na szczyt. Za pozwolenie na wejście na Everest każdy wspinacz płaci 11 tysięcy dolarów. Szerpowie zarabiają więc dla kraju ogromne pieniądze, a sami nie dostają żadnego wsparcia. To potwornie niesprawiedliwe.

Pora na wspinanie się na Everest trwa dwa miesiące. Jak wygląda życie Szerpów po sezonie?

Wielu zostawia rodziny i rozjeżdża się po całym świecie, gdzie pracują jako przewodnicy górscy, ale nie tylko, czasem wykonują najprostsze prace. Ci, którzy zostają, organizują trekkingi, prowadzą klientów na inne szczyty w Himalajach, a najlepsi wspinają się na wiele innych ośmiotysięczników. Wszyscy żyją bardzo skromnie. To nadal bardzo ubodzy ludzie.

Przy okazji wejścia na K2 pojawiły się głosy, że Szerpowie to tak naprawdę zręczni biznesmeni. Żeby wspinać się na ośmiotysięczniki, trzeba zapłacić od kilkudziesięciu do ponad stu tysięcy dolarów.

Mingma G. ma własną agencję organizującą wyprawy na ośmiotysięczniki. Wejście z nim na Everest kosztuje 40 tysięcy dolarów, to średnia dolna półka, ale kwota działa na wyobraźnię. Tyle że z tych 40 tysięcy dolarów Mingma G. musi odjąć 11 tysięcy na pozwolenie na wejście na szczyt. 600 kosztuje przejście Icefallu, trzeba też zapłacić za wynoszenie śmieci, które produkuje się podczas dwumiesięcznego pobytu w bazie i obozach wyżej. Do tego koszt trzech posiłków dziennie i sprzętu. Dla Szerpów nie zostaje dużo. W większości agencji zarabiają 3,5-5 tysięcy za sezon, u Mingmy co najmniej 7,5 tysiąca dolarów. Słynny Kami Rita Sherpa dostaje za sezon na Evereście 20 tysięcy i to jest bardzo dużo. Nikt tyle nie zarabia. Kiedyś napisał do mnie, że gdybym była zainteresowana, to organizuje też trekkingi w Himalajach. Odpisałam mu: „Kami, nie wystarczy ci tych 20 tysięcy dolarów?". Nie wiedziałam, że on część tej kwoty przeznacza na pomoc całej rodzinie. Nepalczycy tak się wspierają, że nikt nie zostaje sam. Dlatego w kraju nie ma np. problemu bezdomności. Podejrzewam, że gdy Kami podzieli te 20 tysięcy dolarów między wszystkich, to wcale tak wiele mu nie zostaje.

Nepalki się wspinają?

Powoli zaczynają. Bardzo znana nepalska wspinaczka, Dawa Yangzum Sherpa, szkoli młode Szerpanki, które chcą się wspinać. Ale to wyjątek. Większość kobiet zajmuje się domem i dziećmi. Większość Szerpów nie chce, żeby ich dzieci też się wspinały. Bardzo ciężko pracują, żeby zapewnić im edukację. Już wiedzą, że to jedyna droga do lżejszego życia.

Czego my, Europejczycy, moglibyśmy się od nich nauczyć?

Na pewno spokoju, który wynika z faktu, że wyznają buddyzm. Szerpowie są bardzo zrównoważeni. Nie narzekają, nie mówią za dużo o sobie, nie chwalą się. Mają ogromnie dużo pokory. Kiedy zapytasz ich o problemy, wspomną, że mają ciężkie życie, a po chwili dodadzą: "Trudno, co poradzić, takie życie".

W książce porównałaś bazę pod  Everestem do bańki, w której można się odciąć od świata. Jak się w tej bańce czułaś?

Czułam, że nie muszę myśleć o niczym, co jest poza nią. Było mi też oczywiście dużo łatwiej, bo nie wchodziłam na szczyt. Nie czułam tej presji, co niektórzy wspinacze. Co prawda wspinałam się z Mingmą G. po Icefallu, ale dla przyjemności. Nic nie traciłam, nikomu niczego nie musiałam udowadniać. Weszłam - fajnie, ale gdybym się bała i zawróciła, nic by się nie stało. Większość wspinaczy żyje cały czas w napięciu. Są tam w konkretnym celu, nie wiadomo, czy go osiągną, a przecież sponsorzy liczą na sukces. Do tego dochodzi presja, że to pewnie jedyna szansa, bo drugi raz raczej nie pojedziesz. Poznałam Hindusa, który zaciągnął dwa kredyty, żeby wejść na Everest, i żył w dużym stresie i napięciu. Ale byli wspinacze, jak Irlandczycy, których dobrze poznałam, a którzy po prostu dobrze się tam bawili. A jeden Portugalczyk powiedział mi, że wreszcie może się wyspać i odpocząć. (śmiech)

Zdarzały Ci się kryzysy? Zadawałaś sobie pytanie: "Co ja tu robię?"?

Zadawałam sobie to pytanie za każdym razem, gdy w nocy słyszałam schodzące lawiny. Gdy zginął Shay, jeden z irlandzkich wspinaczy, z którym się zaprzyjaźniłam, byłam gotowa wracać. Bardzo przeżywałam, kiedy niektórzy wspinacze z mojego obozu docinali mi, że nie jestem pełnoprawnym członkiem wyprawy, bo nie idę na szczyt. W ekstremalnych warunkach wychodzą z ludzi najgorsze cechy, do tego emocje pod Everestem są o wiele silniejsze niż zwykle. Radość była większa, smutek był większy. I strach też był większy.

Twoją książkę kończy zdanie: "To nie Everest okazał się najtrudniejszy, ale powrót do życia". Jak wróciłaś do codzienności?

Myślę, że jeszcze do niej nie wróciłam.