Spotykamy się w Twoim domu, a mówiłeś, że lubisz mieszkać wysoko… Najchętniej na 50. piętrze.

To prawda. Wynajmowałem kiedyś mieszkanie na 14. piętrze. Miałem przepiękny widok na Warszawę. Ten dom jest akurat przeciwieństwem tego, o czym kiedyś marzyłem, bo nie mieszkam też w centrum. Ale zdecydowałem się na jego zakup po dziesięciu sekundach. Bo najważniejsza jest dla mnie przestrzeń. Duża kojarzy mi się z energią, a dom ma 150 metrów kwadratowych w jednym poziomie. Za oknem jest staw, wieczorami słyszę rechotanie żab. Czuję się jak na biwaku.

Szarość, biel, szkło. Sam zaprojektowałeś wnętrza?

Nie, zleciłem to projektantkom. Zasugerowałem im stylistykę iPoda – pod względem kształtów i kolorów. Chciałem, by mieszkanie miało męski klimat oraz było funkcjonalne.

Nie czujesz się tu trochę jak na wystawie w Instytucie Wzornictwa Przemysłowego?

Nie, podobają mi się nowoczesne formy. Obawiałem się, czy przez te szarości nie będzie smutno. Ale kiedy poukładałem książki i gadżety, wyraźnie się ociepliło. Ważna też była dla mnie garderoba. W wynajętym mieszkaniu nie mogłem się zmieścić z ubraniami. Teraz jest miejsce na wszystko. Prócz salonu mam jeszcze jeden pokój. Na razie to skład różnych rzeczy, ale w przyszłości będzie pokojem dla gości.

Tam śpią rodzice, gdy Ciebie odwiedzają?

Nie, rodzice śpią w sypialni, a ja wtedy przenoszę się na kanapę w salonie. Widujemy się rzadko, dwa–trzy razy w roku, bo tata pływa na statkach za granicą, a i ze Szczecina do mnie daleko. Ale dobrze się u mnie czują. Jak już przyjadą, siedzą ze dwa tygodnie. Mama gotuje, a ja lubię domową kuchnię. Sam potrafię przyrządzić tylko krewetki w białym winie i fasolkę po bretońsku…

A gdybyś, Radku, wszedł do takiego domu jak Twój, co powiedziałbyś o jego właścicielu?

Bar w salonie mógłby sugerować, że to albo imprezowy koleś, albo ktoś z młodzieńczą fantazją, kto czasami zaprasza znajomych. Czy ustatkowany? Chyba nie do końca, bo nic tu nie wiąże się z dziećmi. Patrząc na stojącą w kącie gitarę, pomyślałbym, że lubi grać rockandrollowo. Wiek byłby trudny do ustalenia, ale wiedziałbym, że jest otwarty do ludzi, bo mieszkanie jest nowoczesne, a on ma pasje – sport, muzykę i życie Indian. No i ma parę książek, więc głupi nie jest. Nic tu nie jest na pokaz, wszystko to dla mnie ważne drobiazgi. A jakbym wszedł do sypialni, tobym mu jej pozazdrościł.

To Twój pomysł, żeby w salonie był bar?

Zrealizowałem młodzieńcze marzenie, zawsze chciałem go mieć. Jak też gablotę na sportowe pamiątki. Przez całą karierę zbierałem swoje koszulki, puchary itp. Nareszcie znalazły właściwe miejsce!

No właśnie, trochę tu jak w muzeum. Brakuje tylko tabliczki: „Tu w pierwszej połowie XXI wieku mieszkał znany piłkarz Radosław M.”.

To nie tak. Moje życie jest jakąś historią. Grałem w różnych miejscach na świecie, stąd są tu koszulki Pogoni Szczecin, reprezentacji Polski, z klubów greckich, tureckich, izraelskich. Ta gablota przypomina mi nie tylko fajne chwile, bo długo mieszkałem za granicą sam. Przeżywałem wzloty i upadki. I sportowe, i prywatne, ciężkie chwile samotności. Ale były też sukcesy, jak np. zdobycie mistrzostw Polski. Oczywiście nie staję przy tej ścianie każdego ranka i się tym nie napawam, ale jest mi przyjemnie. Zawsze chciałem mieć takie miejsce w domu.

Radziłeś się mamy przy aranżowaniu wnętrz?

Nie. Ponieważ dużo czasu spędzam z ludźmi, zależało mi na tym, bym się w domu czuł swobodnie, wypoczywał.

Twoje ulubione miejsce?

Sypialnia. Wszystko: sufit, ściany i ogromne łoże, zostało obite miękkim, szarym welurem, dzięki czemu mam wrażenie, że jestem całkowicie odizolowany od świata. Bywa, że w niedzielę w ogóle nie wstaję z łóżka. Zamawiam jedzenie do domu, leżę na materacu, opuszczam z sufitu ekran, włączam rzutnik i oglądam, co dusza zapragnie: filmy, koncerty czy mecze, zupełnie jak w kinie. Idealny wypoczynek.

Sypialnia podoba się dziewczynom?

Podoba się wszystkim, którzy mnie odwiedzają. Ale jestem dżentelmenem i o pieniądzach oraz tajemnicach mojej sypialni nie opowiadam.

To grzech sypiać samemu w tak wspaniałym łożu.

Wiesz, kiedy spotykaliśmy się z Anią, przyrzekliśmy sobie, że nie będziemy niczego opowiadać mediom. To obowiązywało także przy rozstaniu. Mimo to media wypisywały różne rzeczy. Za dużo z mojego życia prywatnego zostało wywleczone na wierzch. Obiecałem sobie, że nigdy nie będę o nim opowiadał.

Jakie filmy teraz oglądasz?

Akurat kupiłem kilka DVD: „Hooligans”, dramat o brytyjskich kibicach, thriller s.f. „Igrzyska śmierci” i oczywiście „Ostatni Mohikanin”. Zawsze lubiłem filmy o Indianach, pasjonowały mnie ich losy.

Fascynacja Indianami zazwyczaj mija chłopcom w podstawówce. Indianie wciąż są dla Ciebie uosobieniem tych szlachetnych i pokrzywdzonych?

Na początku tego nie wiedziałem. Podczas gdy moi koledzy woleli być gangsterami, ja jako dzieciak chciałem być Indianinem. Pewnie zaintrygował mnie ich wygląd i sposób zachowania: odważni faceci o długich włosach. A kiedy już zacząłem czytać książki, dowiedziałem się, że Indianie mają fajną historię. Spodobał mi się ich respekt wobec natury i stosunek do zwierząt. Żywią się nimi, ale nie zabijają, gdy nie muszą. Byli też jakby pierwszymi hipisami – cenili wolność, a ich szaman palił zioło.

A Ty? Palisz zioło?

 

Nie. Nie palę nawet papierosów, więc to akurat nie był dla mnie wzorzec… Zioło w ogóle mnie nie pociąga.

W przeciwieństwie do Twojej byłej dziewczyny Anny Prus…

Nie chcę do tego wracać. To już przeszłość. Na Anię nigdy nie powiedziałem i nie powiem złego słowa.

Znaczną część szklanej półki w salonie wypełniają figurki Indian zwożone przez Ciebie z różnych miejsc na świecie. Jak słyszałam, ich historie chcesz kiedyś opowiedzieć swoim dzieciom i wnukom. Tylko że ich nie masz…

Kiedyś będą. Myślę, że spodobają im się te historie tak samo jak przed laty mnie. Niedawno spotkałem człowieka, który pod Kaliszem zbudował indiańską wioskę. Zaprasza tam oryginalnych ludzi, urządza inicjacje wojowników. Mam zamiar zobaczyć tę wioskę.

Masz też inną „ścianę pamięci” – w aneksie jadalnym, obwieszoną Twoimi zdjęciami z „Tańca z gwiazdami”. Są takie ważne?

Przypominają mi, że kiedyś próbowałem tańczyć. Zatańczyłem wszystko oprócz fokstrota. Bajka. Co tydzień byłem w innym świecie. Lubiłem zwłaszcza paso doble i tango. Fajny jest też walc wiedeński, to taniec z klasą. Angielski jest trochę trudniejszy. Podoba mi się żywiołowa salsa. Ogólnie dobrze się czuję w tańcach standardowych, tam gdzie jest frak i mucha.

Prezentujesz gdzieś swoje umiejętności?

Niestety, nie.

150 metrów kwadratowych to niemało. Także do sprzątania. Sprzątasz tak, jak uczyła Cię mama?

Nie mam na to czasu. Przychodzi pani do sprzątania. Kobiety, które mnie odwiedzają, zawsze pytają, kto wyciera szyby, bo cały dom jest praktycznie w szkle. A ja szyb nie myłem nigdy. Nawet nie potrafię. Czasami tu odkurzam, jak dzisiaj przed twoim przyjściem.

Czegoś Ci brakuje w domu?

Miejsca na grill i stolik, przy którym można by zjeść obiad. Kiedy mieszkałem w Turcji, posiłki jadałem na tarasach. To mnie pozytywnie nastawiało, było formą relaksu. Więc teraz urządzam ogród na dachu.

Mieszkałeś w Grecji, Turcji, Izraelu, a w Polsce – w Szczecinie, Krakowie, Łodzi, teraz w Warszawie. Czy jest jakiś przedmiot, który z Tobą podróżuje?

Nie ma nic takiego. Wiele moich rzeczy wciąż jest w Szczecinie. Kończę tam budowę domu.

Zamierzasz wrócić do rodzinnego miasta?

Nie, ale miałem taki plan. Kiedy przed laty przyjechałem na chwilę do Warszawy, nie podobało mi się to miasto. Odbierałem je jako miejsce ludzi goniących za pozycją społeczną i kasą. Brakowało mi bezinteresownej szczecińskiej gościnności. Ale od prawie sześciu lat to moje miejsce na ziemi. Mam wielu znajomych, dobrze się tu czuję. Jak jadę przez most Gdański i patrzę na panoramę miasta, jestem dumny, że mieszkam w Warszawie. To miasto ma wspaniałą historię, kulturę, mnóstwo fajnych klimatów. Żyje się tu szybciej, ale ludzie są bardziej tolerancyjni niż gdzie indziej. Są tu skupiska osób różnych kultur i orientacji. Oni również czują się swobodnie.

Mówiłeś, że czasem przyjmujesz gości. A czy urządziłeś w domu parapetówę?

Nawet kilka. (śmiech)

Ale czterdzieste urodziny wyprawiałeś w klubie. Rozumiem, że trudno byłoby Ci tu zmieścić 600 osób…

A i tak mieszkanie było pełne gości, bo przyjechali rodzice, brat z żoną, ojciec chrzestny z żoną. A potem wszyscy bawiliśmy się w klubie. Gości nie przyjmuję za często, raz na trzy–cztery tygodnie. Nie robię dużych imprez, przychodzi parę osób, np. przy okazji meczu, który razem oglądamy i wypijamy przy tym parę piwek czy drinka. Albo przed jakąś sobotnią imprezą. Ludzie mówią, że czują się u mnie jak w lokalu.

Barek, widzę, bogato zaopatrzony. Co masz tam najlepszego?

Nie jestem jakimś megakoneserem alkoholu. Lubię dobrą whisky. Większość tego, co widzisz w barku, to prezenty z okazji urodzin. Jak obliczyłem, dostałem kilkanaście tysięcy złotych w alkoholu. Białej wódki w ogóle nie piję. Irytuje mnie, gdy na imprezach ludzie mnie namawiają: „No, napij się z nami wódki!”. Nie rozumiem, co można widzieć w wódce! Na co dzień piję wino lub piwo. Ale nie jest tak, że przychodzę do domu, włączam telewizor i robię sobie drinka. Mocniejszy alkohol piję tylko na imprezach.

Kiedy zapytałam Cię o to, czego Ci najbardziej brakuje w domu, co innego miałam na myśli…

Wiem, mógłbym powiedzieć, że brakuje mi rodziny. Kobiety. Fajnie, gdyby była, gdybym mógł sobie ułożyć życie, ustatkować się. Czterdzieści lat to pora, by poważnie pomyśleć o założeniu rodziny. Próbowałem już dwa razy. Nie wyszło. Ale nie chcę, żeby to zabrzmiało tak, że siedzę w domu taki stęskniony… Nie spędza mi to snu z powiek.

Podobasz się kobietom, ale jakoś żadna z Twoich miłosnych historii nie miała happy endu. Źle wybierałeś czy może problem tkwi w Tobie?

Nie wiem. Nie mogę powiedzieć, że źle trafiałem. Każdy z nas musi znaleźć w sobie przyczynę, winę, coś, co powoduje, że nie można sobie życia ułożyć. Ja zawsze kierowałem się sercem. Nie uznaję związków z rozsądku czy przymusu: dziewczyna zaszła w ciążę i należy się żenić. Małżeństwo musi być z miłości. Nie ma nic piękniejszego. Ale wtedy, gdy spotkają się ci, którzy są sobie przeznaczeni.

Wierzysz w siłę miłości?

Wierzę. Bo przeżyłem wielką, prawdziwą miłość, a nie wszystkim to się udaje.

„Niech ludzie nieznający miłości szczęśliwej/ twierdzą, że nigdzie nie ma miłości szczęśliwej/ z tą wiarą lżej im będzie i żyć, i umierać”. To Szymborska.

 

Aczkolwiek mogą się czuć nieszczęśliwi, że nie spotkało ich to najpiękniejsze uczucie. Jak kochasz, nic innego się nie liczy. Jesteśmy tak nabuzowani miłością, że nie musimy nic wielkiego robić, a wszystko wydaje się piękne. Nie wiem tylko, czy miłość, która się skończyła, jest dobrym tłem dla przyszłych związków. Bo oczekujemy, że jeżeli raz mocno kogoś kochaliśmy, równie mocno będziemy kochać osoby, które spotkamy później. Ale nie można niczego szukać na siłę. Kiedy czuję, że to nie to, wycofuję się. Nie lubię nikogo okłamywać. Związek to zbyt poważna sprawa.

Pogodziliście się z Twoją eksżoną Dorotą Rabczewską, wielką miłością Twojego życia. Co musi się zdarzyć, żeby po rozwodzie była możliwa przyjaźń?

Musi minąć trochę czasu. (śmiech) Czas goi rany, to mądre powiedzenie. Kiedy kończy się miłość, zawsze na początku są wzajemne żale, animozje. U nas też tak było. A dzisiaj jest OK. Staliśmy się też bardziej dojrzali, więc na pewne rzeczy patrzymy z dystansem.

Czytałam, że Wasze mamy się przyjaźnią i chciałyby, żebyście do siebie wrócili.

Przyjaźnią to chyba za duże słowo, natomiast kontaktują się ze sobą. Nie wiem, czy tego chcą. Wiesz, co mi się w mojej mamie podoba? Że nigdy nie wywiera na mnie presji. Może mnie zapytać w żartach: „Synku, to kiedy przyjedziesz na święta z narzeczoną?” czy „Kiedy dasz nam wnuki?” – bo mój brat i siostra już mają dzieci – ale nic więcej. Jeśli byłbym z kimś szczęśliwy, mama by mój wybór zaakceptowała. Ale nie ma czegoś takiego, że dzwoni do mnie i do czegoś namawia. Szanuję ją za to.

A to możliwe, żebyście wrócili do siebie z Dorotą?

Rozmawiamy ze sobą i to jest najważniejsze. Dorota ma swoje życie, ja mam swoje. Wydaje mi się, że to niemożliwe. Spędziliśmy ze sobą sześć lat, byliśmy małżeństwem. Mieliśmy wzloty i upadki, ale w sumie przeżyliśmy fajne momenty.

Byłeś już projektantem mody, reklamowałeś perfumy, wydałeś książkę, a teraz podobno chcesz nagrać płytę. Odkryłeś w sobie nowy talent?

(śmiech) Tak. Wiem, że mówię odważnie. Zbieramy z kolegami repertuar na płytę, do końca roku zamierzamy nagrać singla. Moją pierwszą pasją w życiu był futbol, ale zawsze ciągnęło mnie do rock and rolla. Jako dzieciak jeździłem na różne koncerty. Żałuję jedynie, że dużo wcześniej nie zacząłem się uczyć gry na gitarze. Wiele razy zaczynałem i przerywałem. Ale od dwóch lat solidnie ćwiczę. Uczył mnie Rafał Brzozowski i Janek Borysewicz, a teraz koledzy z zespołu – Piotrek Końca i Sebastian Piekarek. Marzyłem o własnym zespole. Na to, by realizować marzenia, nigdy nie jest za późno. Ludzie będą mówili: „O, chce się wylansować”, bo sami niczego już nie próbują i oceniają świat wyłącznie przez pryzmat własnego życia. Żal mi ich. Jesteśmy zespołem rockowym i rockandrollowym. Mamy już parę kompozycji, do jednej z piosenek zamierzam napisać słowa. Nazywamy się The Trash.

Czyli kosz na śmieci. Oby nie! A czy Ty nadal jesteś trenerem bramkarzy w Polonii, czy już tylko grasz na gitarze?

Byłem nim przez dwa lata. Teraz doradzam prezesowi. Czytałem, że ludzie najbardziej boją się śmierci i zmian. Ja nigdy nie bałem się zmian. Czasami nawet szkodząc sobie, bo gdy jako piłkarz podejmowałem inne działania, narażałem się na opinię, że jestem niepoważnym sportowcem. Trzeba próbować nowych rzeczy.

Swój wywiad rzekę zatytułowałeś „Pierwsza połowa”. Co najlepszego może Cię spotkać w tej nowo zaczętej, drugiej części życia?

Szczęśliwa rodzina. Czyli kobieta, którą pokocham i która mnie pokocha, i z którą będę miał dzieci. Wszystko, co miałem przeżyć, już chyba przeżyłem, a czterdziestka dla faceta to wiek stabilizacji. Sportowcy, artyści, ludzie, którzy żyją trochę inaczej niż średnia społeczeństwa, trochę później dojrzewają. Później jesteśmy przygotowani do założenia rodziny i wzięcia odpowiedzialności za innych. Ale nie chcę niczego robić na siłę i wiązać się z kimś po to, by zabijać czas albo na zasadzie: skoro idę na imprezę, to wezmę ze sobą przypadkową dziewczynę i będę jej opowiadał różne rzeczy, a później odstawię na boczny tor. Lepiej męczyć się samemu, niż męczyć się z kimś. Nigdy nie wiadomo, kiedy spotka się właściwą osobę. Więc czekam.