Od lat gra w popularnych serialach i filmach, ale nie wyklucza, że... może zmienić zawód. Największą radość dają mu teraz chwile spędzane z żoną i synami. Rafał Królikowski w rozmowie z Galą dokonuje zaskakujących życiowych podsumowań. Będziecie zaskoczeni!

Zapytałem dzisiaj koleżanki w redakcji, z czym im się kojarzysz…

I co Ci odpowiedziały?

Że ze śmiechem…

Naprawdę? Kiedyś byłem raczej typem uważnego obserwatora. To się zmieniło w szkole teatralnej, gdzie musiałem się nauczyć śmiać na zawołanie. Pamiętam, jak podczas prób do „Białych nocy” Fiodora Dostojewskiego Ryszarda Hanin żartowa ła: „Rafałku, zaśmiej się jeszcze radośniej”. A ja próbowałem, ale nie umiałem. Teraz częściej się śmieję, lubię humor sytuacyjny. Uważnie przyglądam się innym, słucham, o czym mówią, wyłapuję z ich rozmów zabawne wątki.

Jesteś bardziej pesymistą czy optymistą?

To zależy od czasu.

Spotykamy się w kawiarni na Nowym Świecie – za oknami ponury listopad, pada deszcz. Taka pogoda raczej nie nastraja optymistycznie.

 Z biegiem lat mam, jak chyba każdy, coraz mniej powodów do radości, a więcej okazji do refleksji. Jesienią zazwyczaj jestem w melancholijnym nastroju. Zbliżam się do pięćdziesiątki i często się zastanawiam, jak za kilka lat będzie wyglądało moje życie. Staram się wtedy myśleć o dobrych ludziach, którzy są ze mną od lat. To od nich czerpię pozytywną energię.

W wieku 40 lat zrezygnowałeś z etatu w teatrze. Mówiłeś wtedy, że nabrałeś odwagi, pewności siebie. Myślisz, że 50. urodziny przyniosą w Twoim życiu kolejne zmiany?

Każde okrągłe urodziny są ważną cezurą. W wieku 40 lat postanowiłem zrezygnować z  etatu w  Teatrze Powszechnym w Warszawie, który dawał mi poczucie stabilności, pewność, że co miesiąc dostaję niewielką, ale jednak stałą pensję. Wie działem, że nie mogę siedzieć w jednym miejscu i muszę zawalczyć o siebie. Z perspektywy wiem, że postąpiłem słusznie, chociaż zdarza mi się jednak tęsknić za tamtym życiem – teatrem, zespołowością tej pracy, przyjaciółmi. Poza tym przed 50. urodzinami nabrałem dystansu do życia. Mam też więcej wątpliwości, refleksji i pytań, co dalej.

 Gorzka ta pięćdziesiątka…

 Być może nie jestem tak optymistycznie nastawiony do świata jak dziesięć lat temu. Na pewno stałem się bardziej zachowawczy. Najważniejsze jednak, że wciąż mam marzenia. Projekty, nad którymi pracuję, mnie pochłaniają i nadal potrafię się w nich zatracać. Wydaje mi się, że to oznaka młodości w naszym zawodzie. Bez tej pasji nie ma chyba aktorstwa. Kocham to, co robię – daję sobie jednak dużo większe pole manewru niż kiedyś. Nie wykluczam też, że będę robił w przyszłości coś innego.

Jak to? Przecież grasz w popularnych serialach i filmach. Nie narzekasz chyba na brak propozycji zawodowych.

Nie jestem typem supergwiazdora. Zresztą różnie bywa z aktorami w moim wieku. Młodych, ślicznych chłopców szybko mogą zastąpić inni – młodsi i śliczniejsi. Trzeba mieć stale pomysł na siebie, patrzeć uważnie zarówno na to, co dzieje się dookoła, jak i na nas samych.

A jaki Ty znalazłeś pomysł na siebie?

 Nie daję się zaszufladkować i szukam takich propozycji, które pozwolą mi odkryć w sobie coś nowego. Niedawno zaproponowano mi rolę hitlerowca w „Czasie honoru”. Było to dalekie od tego, co robiłem wcześniej, ale na tyle wiarygodne na ekranie, że chwilę później otrzymałem ofertę zagrania innego czarnego charakteru, Jakuba Zeita w  „Drugiej szansie”, bohatera niejednoznacznego, który ma swoje mroczne strony, chociaż nie jest do końca zły.

Podobno kiedyś byłeś nieśmiały. Teraz łatwiej nawiązujesz relacje z ludźmi?

W dzieciństwie wierzyłem, że aktorstwo pozwoli mi nabrać większej odwagi, i chyba się udało. Znam wielu ludzi, ale dopuszczam do siebie tylko niewielkie grono zaufanych przyjaciół. Kiedy kogoś poznaję, najpierw mu się przyglądam – sprawdzam, jakich wyborów dokonuje, jakie ma priorytety. W środowisku, w którym się obracam, trudno o długotrwałe przyjaźnie.

Dlaczego?

 W moim zawodzie niektóre relacje z ludźmi określane są przez liczbę dni spędzonych na planie (śmiech). Potem każdy z nas zaczyna pracę nad kolejnym projektem.

Z kim się przyjaźnisz?

Interesują mnie osoby o odmiennym niż mój systemie wartości. Cenię naturalność, nie lubię, gdy ktoś udaje kogoś, kim nie jest.

A co najbardziej w sobie lubisz?

Ciekawość, otwartość na innych. Rodzice nauczyli mnie szacunku do drugiego człowieka. Jako nauczyciele umieli dotrzeć do każdego dziecka – rozbudzić w nim pasję, wyobraźnię.

Czyli praca była dla nich misją. Ty też tak traktujesz aktorstwo?

Wierzę, że ludzie, obserwując aktorów na scenie czy ekranie, wyciągają z tego jakieś wnioski. Często słyszę, że aktorzy traktują popularne seriale jak maszynkę do zarabiania pieniędzy. Myślę, że gdyby zależało nam tylko na tym, znaleźlibyśmy dużo intratniejsze źródła dochodu.

Zastanawiałeś się kiedyś, dlaczego od lat jesteś popularny?

Popularność raz jest, raz jej nie ma. To immanentna cecha tego zawodu. Zdarzało się, że kończyłem pracę na planie serialu czy filmu i nie wiedziałem, co dalej…

Co wtedy czułeś?

To zawsze jest trudne, gdy po miesiącach bardzo intensywnej pracy nagle przez następne pół roku nie robi się prawie nic.

Ze swoją żoną Dorotą jesteście razem od ponad 20 lat. Musiałeś z czegoś dla niej zrezygnować?

Nie postrzegam związku w kategoriach zysków i strat. Może gdybym był sam, częściej chodziłbym na bankiety i później wracał do domu (śmiech)? A tak – chcę jak najszybciej być z żoną i dziećmi.

Czy Wy się z Dorotą przyjaźnicie?

Myślę, że to podstawa wieloletnich małżeństw. Zależało nam, by stworzyć związek polegający na wzajemnym wspieraniu się i uzupełnianiu. Potrzebujemy tego i staramy się to pielęgnować.

Jesteś w tym związku wolny?

Jasne. Oboje uważamy, że trzeba dać drugiemu człowiekowi trochę wolności, by mógł nabrać dystansu i spojrzeć na relację, którą tworzy, z innej perspektywy. Zatęsknić za tym, co ma.

Chcesz mi powiedzieć, że pozwalacie sobie na zdrady?

(śmiech) Nie, mam na myśli raczej to, że nie jesteśmy o siebie chorobliwie zazdrośni. Potrzebujemy tej wolności, by się nie udusić.

Czego Ty jako mąż nie byłbyś w stanie wybaczyć?

Kłamstwa, jakiegoś fundamentalnego oszustwa. Chociaż zawsze warto dawać drugą szansę.

Rodzina daje Ci poczucie bezpieczeństwa?

Zawód aktora cechuje duża zmienność – codziennie rzucamy się w różne historie, środowiska. Rano jedziemy na plan serialu, wieczorem gramy w teatrze, a kolejnego dnia wyjeżdżamy na kilka dni na drugi koniec Polski, by kręcić film. To szalone życie musi mieć jakiś stały punkt odniesienia. Dla mnie są nim bliscy. Wiem, że wszystko, co robię, robię dla nich.

Jak oni znoszą Twoje częste nieobecności?

Rodzina doskonale zdaje sobie sprawę z tego, na czym polega mój zawód, i stara się to akceptować. Czasami jestem w domu tylko gościem. Wychodzę rano na plan i wracam zmęczony późnym wieczorem – chociaż nie ma mnie tam fizycznie, jestem z bliskimi myślami.

Twardo stąpasz po ziemi?

Staram się być odpowiedzialnym mężem i ojcem. Choć oczywiście zdarzają mi się jakieś szaleństwa.

Decyzja, by zostać aktorem, była takim szaleństwem?

Na pewno. Wychowywałem się w Zduńskiej Woli, 40-tysięcznym mieście w centrum Polski. Nikt z mojej rodziny i przyjaciół, poza bratem, nie miał kontaktu z aktorstwem. Prawdziwych aktorów widziałem tylko na ekranie albo na scenie. Często chodziłeś do teatru? Może to Cię zaskoczy, ale po raz pierwszy byłem w teatrze w wieku 19 lat!

Co to była za sztuka?

„Opera za trzy grosze” w warszawskim Teatrze Studio z Piotrem Fronczewskim i Teresą Budzisz-Krzyżanowską. Znajomi nie dowierzali, że będę aktorem. I w zasadzie niewiele brakowało, bym nim nie został, bo nie dostałem się do szkoły teatralnej za pierwszym razem.

Udało Ci się dopiero za trzecim. Musiałeś być chyba bardzo zdeterminowany… Brat namawiał Cię na aktorstwo?

Większość osób wtedy się poddaje, a ja uznałem, że dopnę swego i będę grał. O mały włos nie zostałem elektrykiem (śmiech). Uczyłem się w pabianickim studium elektrycznym, potem trafiłem do studium kulturalno-oświatowego w Kaliszu, gdzie zresztą wiele się nauczyłem. Aktorstwo to był mój wybór. Nie ukrywam, że ciągnęło mnie do barwnego świata aktorów, ale wtedy wydawał mi się on niedostępny. Zduńska Wola w czasie stanu wojennego była szarym, smutnym miastem, nieoferującym ciekawych perspektyw. Wiedziałem, że jeśli chcę robić w życiu coś wyjątkowego, muszę wyjechać.

Masz dwóch synów – czy jest tak, że im są starsi, tym lepiej się dogadujecie?

Robię wszystko, by wejść w ich świat. Dopiero teraz zauważam, jak bardzo ich rzeczywistość różni się od tej, w której sam dorastałem.

W kwestii wychowania dzieci przypominasz swojego tatę?

Nie, myślę, że stworzyliśmy z Dorotą zupełnie inny dom. W PRL-u rodzice nie mieli takich możliwości jak my teraz. Z drugiej strony mieli też inne problemy niż te, z którymi dzisiaj się borykamy.

Jesteś surowym ojcem czy kumplem dla swoich synów?

Michał i Piotr mają 14 i 18 lat, dlatego trzeba im jeszcze stawiać granice. Czasami w euforii podejmują decyzje, które musimy z żoną kontrolować.

Lubicie spędzać razem czas?

Uwielbiamy i żałujemy, że nie mamy go tyle, ile byśmy chcieli. Staram się jednak uczestniczyć we wszystkich najważniejszych momentach ich życia. Niezależnie od pracy jesteśmy razem w święta, wyjeżdżamy na wakacje. Czasami musiałem zrezygnować z tego powodu z ciekawych ról, ale nie żałuję.

Czujesz się głową tej rodziny?

Mamy z Dorotą partnerski związek, uzupełniamy się.

Zawsze zależało Ci na tym, by stworzyć z kimś prawdziwy dom?

Nie wyobrażałem sobie związku na chwilę. Zanim poznałem Dorotę, miałem sporo takich relacji. Kiedyś przeskakiwałem z kwiatka na kwiatek. Marzyłem jednak o stabilizacji, która nadałaby mojemu życiu głębszy sens. Cieszę się, że ją osiągnąłem.