GALA: Piękna suknia z falbanami, kwiat we włosach. Nie poznaje Cię, Renato. Jesteś bardzo kobieca.

RENATA PRZEMYK: Zawsze byłam, ale ostatnio pozwoliłam sobie na większą zmysłowość, cieszenie się kobiecością. Kiedyś prezentowałam jej zbuntowaną formę: jeśli spódniczka, to krótka, a ja na szeroko rozstawionych nogach, w topornych glanach, z całej siły trzymam w dłoniach mikrofon, żeby wykrzyczeć światu strasznie ważne treści.

GALA: Wiele osób zapamiętało Cię jako mocną dziewczynę, niemal agresywna.

RENATA PRZEMYK: Gdyby nie było mnie tamtej, nie byłoby dzisiejszej. Udowadniałam sobie swoją siłę. Przekazu, nie agresję. Że jestem dość dobra i moje bycie na scenie jest uzasadnione. Ale byłam zbyt samowystarczalna, nie umiałam prosić o pomoc. Podobało mi się stanie z boku, niebranie udziału w wyścigach. Jednocześnie przesadnie dbałam o perfekcjonizm. Było w tym wiele napięcia, które publiczność chyba wyczuwała i mylnie odbierała jako trzymanie dystansu. Śpiewałam o miłości, ale też o tolerancji, otwartości. Wszystko było czarno-białe. Jest we mnie potrzeba prawdy i prostolinijności. Gdybym miała zacięcie polityczne, byłabym świetną bojowniczką o sprawiedliwość.

GALA: I śpiewałabyś protest songi...

RENATA PRZEMYK: Zbyt poważnie traktowałam świat. A powagą można zabić. Musiało minąć trochę czasu, żebym umiała pogodzić wierność ideałom z radością życia. Dojrzeć. Dalej mam te same marzenia i wizje, tylko środki artystyczne inne – więcej we mnie harmonii.

GALA: Dystansowałaś się też od taniej popularności. Co za to zyskałaś?

RENATA PRZEMYK: Luksus bycia w zgodzie ze sobą, czyste sumienie i poczucie, że robię to, co lubię. To rodzaj ekstrawagancji w dzisiejszym świecie. Nie muszę razem z piosenkami podawać na tacy siebie, jako produktu.

GALA: A jak wyglądałaby Renata Przemyk jako produkt? Mini, może w kolorze różowym, tipsy, włosy rozpuszczone…

RENATA PRZEMYK: Mini, jak wiesz, to dla mnie nic nowego. Ale tipsów nie lubię. Włosy na pewno rozpuszczone i jeszcze dopinane, może też jaśniejsze. Peruka à la Ewa Minge. Jakaś lycra na tyłku. No i zdecydowanie inny repertuar! Weselszy. Tylko dla kogo ja bym wtedy była? Widzisz, nie wiedziałabym nawet, w jakim kierunku pójść. Mogłabym sobie jeszcze zrobić nowy biust i go pokazywać. A na koniec wybielić zęby, ale o całe 12 tonów!

GALA: Musiałabyś też wywołać jakiś skandal.

RENATA PRZEMYK: Koniecznie! Najlepiej sprzedają się romanse i nagość. Pewnie nie odrzuciłabym też propozycji sesji do „Playboya”. Bo warto pokazać, w co się zainwestowało! (śmiech)

GALA: Miałaś takie propozycje?

RENATA PRZEMYK: Trzy, ale jakiś czas temu, przyznaję.

GALA: Swojej nowej płycie nadałaś tytuł „Odjazd”. Dokąd odjeżdżasz, Renato?

RENATA PRZEMYK: Tak jak przez całe swoje artystyczne życie – dalej od mainstreamu. Omijam główne arterie i wjeżdżam na boczne drogi, te, które prowadzą do refleksji. Żeby się zamyślić, słuchając ciekawych brzmień i tekstów. Z Anką Saraniecką, ich autorką, poruszamy tematy poważne, od trudnych związków do miłości skończonych, po których zostaje samotność i chore przywiązanie, poprzez problemy egzystencjalne i etyczno-moralne, jak w „Polskiej bieli” – czystości rasowej i tolerancji.

GALA: Na teledysku reklamującym płytę idziesz po torach, niosąc dwie walizy.

RENATA PRZEMYK: Można by powiedzieć, że w jednej jest przeszłość, a w drugiej przyszłość. Tę pierwszą wyrzucam na śmietnik, a wraz z nią to, co chciałabym za sobą zostawić: nieszczęścia, złe doświadczenia, życiowy bagaż. Marzenia i niezrealizowane plany. Optymizm jest tu rzeczywiście umiarkowany. Ale nie bylibyśmy dojrzali, gdyby nie dopadła nas taka, czasem boleśnie przeżyta, „mądrość życiowa”.

GALA: Wykreślasz przykre doświadczenia?

RENATA PRZEMYK: Nie potrafię zupełnie ich odrzucić, bo są zapisane na moim twardym dysku. To część mnie. Dobre rzeczy z teraźniejszości ceni się bardziej przez porównanie ze złymi z przeszłości. Staram się przebaczać, nie trzymać urazy, nie magazynować złej energii. To efekt lat pracy, dojrzewania. Bo zła energia wraca, zatruwa nas. Więc pamięć jest, ale oczyszczona.

GALA: A czy wiesz, dokąd prowadzą Cię tory? Z piosenki „Odjazd” wynika, że wierzysz, iż układa je los, Pan Bóg… A przecież to Ty podejmujesz decyzje o swoim życiu.

RENATA PRZEMYK: Jestem katoliczką i wiara zawsze była trzonem mojego życia. Ale w pewnym momencie potrzebowałam czegoś, co by mi poukładało świat i co można by wykorzystać praktycznie. Dużo rzeczy w sobie dusiłam, a to odbijało się na zdrowiu. Pomogła mi joga i medytacje. Siedem prawd duchowych jogi ma ogromną siłę. Choćby prawo dawania i brania – im więcej się da, tym więcej szans ma się na to, że się dostanie. Jeżeli jesteśmy uśmiechnięci, afirmujemy dobre nastawienie do świata, zmienia się energia wokół nas. Eksperymentowałam: wychodziłam na ulicę uśmiechnięta, zagadywałam do ludzi. Wtedy oni również zaczynali się uśmiechać. I zawsze mówiłam prawdę.

GALA: A czasem trzeba skłamać?

 

RENATA PRZEMYK: Nie umiem kłamać nawet w dobrej sprawie. Nie jestem kokieteryjna, co przeszkadzało mi w kontaktach z facetami. Nie było atmosfery flirtu, tylko kumpelstwo, a fajnie czasem poczuć się kobietą adorowaną! Jest też inne ważne prawo jogi – nieprzywiązywania się do efektów swoich działań. Robimy wszystko, na ile jesteśmy w stanie, ale jeśli się nie uda, trudno – widocznie to było do czegoś potrzebne. Wierzę w przeznaczenie. Parokrotnie się gdzieś spóźniłam i wtedy zdarzało mi się coś dobrego. Wcześniej się zamartwiałam, a teraz się zastanawiam, jaka nauka mogła z tego wyniknąć.

GALA: Co spowodowało w Tobie ten przełom?

RENATA PRZEMYK: Dziecko. To ono przewartościowało priorytety, dało wielką lekcję cierpliwości i prawdziwej miłości. Rozmawiałyśmy o moim „komercyjnym” wizerunku i kolorze różowym – zaskoczę Cię: mam różową sukienkę i różowe buty! Bo róż to ulubiony kolor mojej siedmioletniej córki. Mówi: „Mamo, kup sobie różową sukienkę i buty na obcasach, bo kiedy to będziesz nosić, jak nie teraz?!” (śmiech). Obie więc mamy różowe sukienki. Ja dlatego, że ona ma. Są prawie takie same. Wkładamy je latem i idziemy w miasto!

GALA: Czy w wieś?

RENATA PRZEMYK: Albo w wieś, zależy gdzie akurat jesteśmy. Mieszkamy na wsi.

GALA: Przeprowadzka tam to Twój najdroższy bilet w życiowej podróży?

RENATA PRZEMYK: Nie, to mój wybór.

GALA: A ten najdroższy?

RENATA PRZEMYK: Pierwsze skojarzenie: gdybym wyszła za mąż, byłabym już po rozwodzie.

GALA: Z ojcem córki? Skąd to wiesz?

RENATA PRZEMYK: Klara jest adoptowana. A wiem, bo dopiero teraz w pełni dojrzałam do związków. Wcześniej najważniejsza była muzyka, miałam głowę w chmurach, łatwo zrażałam się do ludzi. No i chyba nie spotkałam nikogo, na czyj widok coś bym poczuła. Moje priorytety były przesunięte. Podobnie jak życiowe etapy – nie miałam dzieciństwa, dojrzewałam w chaosie. Wszystko wróciło na miejsce wraz z pojawieniem się Klary. Zaczęłam odnajdywać właściwe sensy, hierarchię wartości i czerpać radość życia z najprostszych rzeczy. Pierwszym krokiem był wyjazd na wieś dziesięć lat temu. Zaczęłam zauważać pory roku, ich urodę. Jak się pojawiają liście na drzewach, jak opadają. A pod oknami sarny, zające, bażanty, dzikie kaczki. Wieczny zachwyt. Jak dziecko stałam na werandzie z szeroko otwartymi oczami, wychodziłam na deszcz. Zrozumiałam, jak wiele rzeczy mnie ominęło w tym pędzie od płyty do płyty, od koncertu do koncertu. Że to było jakieś zatracenie się.

GALA: Płyty wydawałaś co dwa lata.

RENATA PRZEMYK: A pomiędzy nimi były inne projekty. Nie przyjmowałam propozycji z zewnątrz, tak byłam skupiona na tym, co robię. Nie wchodziły w grę żadne duety, koncerty z innymi artystami. Teraz wspólne działania przynoszą mi radość. Wiele dała mi praca w teatrze. Nauczyłam się dzielić sceną z partnerem, ośmieliłam się. Przedtem wiecznie czułam niedosyt.

GALA: Nie miałaś dzieciństwa? Nie pamiętasz siebie jako dziecka? Jak to możliwe?

RENATA PRZEMYK: Pamiętam parę momentów, ledwo. Zawsze byłam poważna nad wiek, odpowiedzialna. Rodzice ciężko pracowali, nie mieli czasu. Poza tym nigdy nie byłam ich oczkiem w głowie – mam jeszcze dwóch braci. Nie miałam problemów z nauką, więc schodziłam na dalszy plan, bo „Renia sobie poradzi”. Czułam się niedowartościowana, niedopieszczona. Przez to parłam do przodu, bo walcząc o uwagę, wymyślałam coraz to nowe rzeczy. Teatr, plastyka, muzyka – bo może będę pogłaskana po głowie i przeżyję coś fajnego. Niespokojne było też moje dorastanie. Miałam parę takich momentów, że dochodziłam do ściany i odbijałam się od dna.

GALA: Jakie to momenty?

RENATA PRZEMYK: Na przykład pod koniec szkoły podstawowej byłam niesłusznie posądzona o autorstwo jakichś napisów na ścianie toalety, tylko dlatego, że umiałam zmieniać charakter pisma. Tak mnie zgnojono, chociaż byłam jedną z najlepszych uczennic, że z dnia na dzień przestałam się uczyć. Jak już się wypłakałam, zacisnęłam zęby: „Ja wam pokażę!”. Wszędzie były konkursy świadectw, jedynie liceum ekonomiczne miało egzaminy. Zdałam tak dobrze, że przeniesiono mnie z klasy zawodowej do najlepszej, z eksperymentalnym polskim. A we mnie zaczęła kiełkować myśl o studiach. Inaczej może bym wcale na nie nie poszła? Więc to było po coś. Później też miałam parę takich momentów. A ja zacinałam się i pracowałam z zaciśniętymi pięściami. Ale wcześniej musiałam dojść do dna. Kiedy nie było już gdzie upadać, zaczynałam się podnosić.

GALA: Studia to zmieniły?

RENATA PRZEMYK: Byłam rozedrganą duszą, łapczywie poszukującą, jednocześnie nieśmiałą. Nie potrafiłam się dogadać z ludźmi. Ale próbowałam rzeczy, których wcześniej nie mogłam zrobić. Zaczęliśmy grać w klubie studenckim własną muzykę. Nie miałam planu, byłam niezorganizowana, niesystematyczna, z wielką potrzebą tworzenia.

GALA: A jednak Twój brak planu, kiedy spojrzeć na to z perspektywy, układa się bardzo konsekwentnie.

RENATA PRZEMYK: Bo to nie był mój plan, ale boski. Mam za sobą dużo nieprzemyślanych wyborów, decyzji wynikających z niedojrzałości, strachu, braku odporności psychicznej. Jedynie muzyka była miejscem, gdzie się nie bałam niczego. Mogłam tańczyć na stole, grać i ostrego punka, i łzawą balladkę. Scena uświęcała to, co się na niej wydarzało. Jeśli było szczere.

GALA: Kiedy zdałaś sobie sprawę, że to muzyka jest Twoją drogą?

RENATA PRZEMYK: Na początku wiedziałam bardziej, czego nie chcę, niż co chcę. Byłam żądna wrażeń, spełniania się. Coś mi ciągle podszeptywało, żeby zgłosić się na jakiś przegląd, wyznaczałam sobie etapy, sprawdzałam się. Już w Bielsku zdobyłam kilka nagród na regionalnych przeglądach. To budowało poczucie wartości.

GALA: I zaczęłaś współpracować z Anną Saraniecką.

 

RENATA PRZEMYK: Spotkałyśmy się, gdy była na pierwszym roku polonistyki, a ja na drugim bohemistyki. Pracowała w klubie studenckim, w którym miałam próby. Okazało się, że mamy podobne ciągoty: i do sztuki, i do muzyki, podobny świat wartości, poglądy polityczne i poczucie humoru. Ironiczne. I tak od blisko dwudziestu lat pracujemy razem, została moją menedżerką. Nigdy mnie nie zawiodła. Podoba mi się, że pisze głęboko, a zarazem bezpretensjonalnie. Jest w jej tekstach lekkość i intymność, coś, z czym się mogę utożsamić, zaśpiewać z przekonaniem. Mogłam jej całkowicie zaufać, bo kochała tę muzykę tak jak ja.

GALA: Studia w Katowicach to Twój pierwszy samodzielny przystanek, drugi to Kraków i mieszkanie w bloku, a trzeci – wieś. A skąd potrzeba dziecka w Twoim życiu? Adopcja to trudna decyzja.

RENATA PRZEMYK: Dla mnie nie. Zawsze marzyłam, że uda mi się pogodzić szczęśliwą rodzinę, dzieci i partnera, który zrozumie moją potrzebę wolności, czyli realizowania się w pracy. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że to będzie muzyka. Ale nie znalazł się mężczyzna, dla którego byłabym w stanie wywrócić swój świat do góry nogami. Klara pojawiła się w moim życiu jak grom z jasnego nieba i spełnienie największego marzenia. Po prostu dowiedziałam się, że jest taka samotna, maleńka istotka i że jeśli podejmę odpowiednie kroki, mam szansę. I nagle… była ze mną! Miała niecałe dwa miesiące. To najlepsza decyzja, jaką podjęłam.

GALA: Miałaś wyjątkowe szczęście...

RENATA PRZEMYK: To miłość mojego życia. Kiedy ją wzięłam pierwszy raz na ręce, czułam, że jest moja. Podczas rozprawy w sądzie o przyznanie mi praw rodzicielskich, tak się popłakałam ze wzruszenia, że nie mogłam dopowiedzieć ostatnich zdań. Wydawało mi się, że dokonuje się cud.

GALA: Jaka jest Twoja córka?

RENATA PRZEMYK: Niesamowita! Jestem zakochaną matką (śmiech). Klara jest największym darem, jaki otrzymałam w życiu. Nie wtłaczam w nią żadnych swoich ambicji, staram się, żeby była szczęśliwa. Uwielbiam chodzić z nią na wycieczki, oglądać filmy, piec ciasteczka. Przeżywam też w końcu swoje dzieciństwo. Łapię się na tym, że czasem bawię się lepiej od niej (śmiech). Oglądam jakąś kreskówkę, Klara robi już coś innego, a ja dalej tkwię przed ekranem. Klara jest uparta. A ja pamiętając, że sama taka byłam, mam do niej więcej cierpliwości i zrozumienia. Staram się, żeby miała radosne dzieciństwo, poczucie bezpieczeństwa, docenienia.

GALA: Była na Twoim koncercie?

RENATA PRZEMYK: Na kilku. Cieszy się, jak mnie widzi na scenie. Śmieję się, że robi mi obciach. Wchodzimy do jakiegoś sklepu, a Klara puszcza oko do sprzedawczyni i mówi: „A moja mama jest piosenkarką!”. Ja na to: „Przestań!” (śmiech).

GALA: My, mieszczuchy, mamy skłonność do idealizowania wsi – że cisza, spokój, sielsko-anielsko. A życie tam to także roztopy, zimą śnieg do odgarniania, praca. Jak sobie radzisz, samotna matko?

RENATA PRZEMYK: Jest jeszcze koszenie trawy. I wszędzie daleko. Radzę sobie różnie. Wieś trzeba przyjąć z dobrodziejstwem inwentarza. Nie jest lekko. Lato jest urocze. Mam pół hektara ogrodu. Jest o co dbać, a ja akurat w wakacje mam dużo pracy i nie zawsze jest czas, by kosić trawę. Czasem przyjeżdżają pomóc mi bracia, czasem znajomi. A z początkiem każdej zimy drżę, bo nigdy nie mam pewności, czy rano dowiozę dziecko do szkoły.

GALA: Nie boisz się mieszkać na odludziu?

RENATA PRZEMYK: Nie, lubię być sama. Czytam, pracuję, nie nudzę się. Jestem podłączona do agencji ochrony, a za płotem mam zaprzyjaźnionych sąsiadów. Moich znajomych przerażają różne odgłosy: a to ptaki, łasice, coś skrobie, jakieś myszki. A to są zwyczajne odgłosy wsi. Od początku czułam się tam dobrze. Na tej wsi, na werandzie mojego domu, z Kasią Nosowską i Anką Saraniecką napisałyśmy „Kochaną”. To, że się przeniosłam na wieś, wynikało z mojej potrzeby spokoju, odosobnienia. Nie muszę być w centrum uwagi. Odpowiada mi, że kiedy śpiewam czy tworzę w studiu z muzykami, jest ferment muzyczny, intelektualny i dużo się dzieje. A gdy chcę odpocząć, wracam do domu. Mam silną potrzebę, by móc wybierać. Jak żyję, z kim. To mi daje spokój i poczucie panowania nad życiem.

GALA: Nie żałujesz, że nie masz teraz wielkiego przeboju, jakim był kiedyś „Babę zesłał Bóg”, który śpiewała cała Polska?

RENATA PRZEMYK: To nadal jest przebój. Kiedy w 2003 roku robiliśmy składankę „The Best Of”, pojawił się problem wyboru, tak dużo piosenek ludzie chcieli tam umieścić. Na każdym koncercie publiczność śpiewa ze mną piosenki i te sprzed 20 lat, i te aktualne. Więc to są przeboje, nawet jeśli drugiego obiegu. Tak jak chciałam.

GALA: Zatem Twój pociąg dojechał do właściwego przystanku, nie mówię, że to ostatni…

RENATA PRZEMYK: Nie jest docelowy! Jeszcze nie. Ale jest na właściwych torach. Wiem, dokąd zmierzam, czego chcę. Trzy lata temu przeżyłam przełom, gdy wydawało się, że choroba zatok wyeliminuje mnie ze śpiewania. Wyszłam od lekarza, wsiadłam do samochodu i ryczałam przez godzinę. A diagnoza była nietrafna, wręcz teraz śpiewam dużo lepiej. Kolejna lekcja pokory, że nic w życiu nie jest na zawsze. Moje życie idzie we właściwym kierunku, mam świadomość swoich możliwości muzycznych, wokalnych, poczucie spokoju, szczęścia, ustabilizowania. Ale takiego, z którego mogę przeskoczyć do kolejnego kontrolowanego szaleństwa. To, że przez moment byłam zagrożona, dało mi kopa, by szukać nowych dróg i docenić radość śpiewania. Poznałam prawdziwe uczucie, szczęście rodzinne, miłość do dziecka. Czegóż chcieć więcej?

GALA: Może partnera?

 

RENATA PRZEMYK: Może. Ale nie narzekam, tyle dobrego się w moim życiu wydarzyło. Pozwoliłam sobie na szczęście, które składa się z prostych rzeczy. A z nich robią się wielkie. Nauczyłam się cieszyć życiem.

GALA: A jednak w Twojej muzyce jest wiele smutku...

RENATA PRZEMYK: Jako artystka wiem, że smutek ma dłuższe życie w sztuce. Jest częścią życia. Lubię przeżywać, analizować, wzruszać się. Parę razy poczułam dotknięcia anioła. Cudowne jest też to, w jaki sposób ludzie odbierają moje piosenki: „ta wyprowadziła z depresji”, „dzięki tej zakochaliśmy się z moim mężem”... Więc bywam też dla kogoś aniołem. Wzruszające. A to tylko muzyka… Jednak z drugiej strony sama sobie pozwalam na jej głębokie przeżywanie, aż do zapamiętania się. Ludzie na ogół wstydzą się, że stracą powagę w czyichś oczach.

GALA: To jeszcze jest dla Ciebie ważne?

RENATA PRZEMYK: Już nie (śmiech). Kiedyś, przechodząc obok chłopaka, który mi się podobał, zawsze musiałam się potknąć, więc byłam wściekła. Teraz w podobnej sytuacji potrafię jeszcze powiedzieć dowcip. Niedawno podczas schodzenia ze sceny potknęłam się o kabel od gitary i walnęłam plecami o podłogę. Na widowni zapadła cisza, a ja dostałam ataku śmiechu. I ludzie zaczęli się śmiać razem ze mną. Powiedziałam: „Widocznie ktoś zadecydował, żebym jeszcze nie schodziła ze sceny, zagramy bis od razu”. Nie jestem już tak spięta, że wszystko musi być idealne. Nie, żebym przestała się starać, broń Boże, ale znam więcej sposobów na osiągnięcie celu. Już umiem spuścić powietrze. Z formy, nie z treści.