Robert El Gendy o niełatwym dzieciństwie, miłości, która dodaje mu skrzydeł, i dorastaniu do najważniejszej roli w życiu - ojca.

Jest 12.30, siedzimy w kawiarni i pijemy kawę. Przed chwilą skończyłeś prowadzić program, który codziennie ogląda pół miliona widzów. Większość myśli o Tobie: szczęściarz. Ty też się tak czujesz?

Praca jest dla mnie źródłem wielkiej satysfakcji, bo zajmuję się tym, co sprawia mi przyjemność. Mimo że studiowałem handel zagraniczny, nie wyobrażam sobie, że miałbym siedzieć w biurze jako ekonomista, licząc tabelki w Excelu. Wtedy naprawdę mógłbym czuć się nieszczęśliwy. Jak w każdym zawodzie są lepsze i gorsze dni, ale z natury jestem optymistą i wierzę, że z porażek można wyciągnąć wnioski na przyszłość, czegoś się nauczyć. A ja, choć spędziłem w telewizji 17 lat, każdy dzień tutaj traktuję jak lekcję. Dla mnie szklanka jest do połowy pełna.

Zawsze tak było?

Nie, dopiero wtedy, gdy stałem się bardziej świadomy, a ta świadomość przychodzi z wiekiem. Na pewno duży wpływ na to, kim dzisiaj jestem, miał fakt, że zostałem ojcem. Ojcostwo uczy odpowiedzialności za drugą osobę. A ja należę do mężczyzn, którzy nie chcą zrzucać ciężaru utrzymania rodziny na swoją drugą połówkę. Wiem, że to ja muszę zapewnić byt bliskim, stać na straży ich bezpieczeństwa. To nie jest żadne poświęcenie, po prostu taki mam charakter.

A jak myślisz, co pomaga Ci zjednywać sobie ludzi? W internecie piszą o Tobie: najfajniejszy prezenter „Pytania na Śniadanie”.

Przesada! Każdy z moich kolegów ma grono oddanych fanów. Przed kamerą jestem sobą, nikogo nie udaję, to przecież nie aktorstwo, tylko dziennikarstwo, a dziennikarz musi być jak najbliżej prawdy. Natomiast w internecie obok miłych wpisów zdarzają się też głosy krytyki. Każdy z nas oprócz wielbicieli ma też przeciwników, to naturalne.

Jakie cechy charakteru pozwalają Ci się utrzymać tak długo na powierzchni?

Może to, że przez 17 lat nikogo celowo nie skrzywdziłem? Jestem wyrozumiały wobec ludzkich słabości, mnie też zdarzają się przecież gorsze dni. Żona żartuje, że jestem typem wrażliwego misia, który szuka w drugim człowieku dobra.

I nie zdarza Ci się zwyczajnie na kogoś wkurzyć?

Nauczyłem się panować nad emocjami. Po co miałbym obarczać nimi ludzi? Pomaga mi w tym sport.

Regularnie widuję Cię na siłowni, lubisz grać w kosza. Sport hartuje?

Od kiedy pamiętam, zawsze byłem w ruchu. Poza tym, że grałem w koszykówkę, którą uwielbiam do dziś, byłem piłkarzem Stomilu Olsztyn. Gry zespołowe pomagają mi dzisiaj w porozumiewaniu się ze współpracownikami, bo są doskonałą lekcją empatii i współzawodnictwa.

Kiedy Cię słucham, wydaje mi się, że jesteś bardzo ułożony, konkretny. Nie brakuje w Twoim życiu spontaniczności?

Jestem bardzo spontaniczny – potrafię z dnia na dzień wpaść na pomysł wyjazdu. Chętnie wracam w rodzinne strony, do mojego ukochanego Olsztyna, gdzie wciąż mieszkają mama i babcia. Tam szukam wyciszenia od warszawskiego zgiełku, bliskiego kontaktu z naturą.

W Olsztynie zaczęła się Twoja przygoda z telewizją?

Tak. Od zawsze marzyłem o pracy przed kamerą. Jako nastolatek chciałem w życiu zrobić coś wyjątkowego. Uznałem, że jeśli zostanę aktorem, stworzę kreacje, które zapadną ludziom w pamięć. Pewnego dnia przeczytałem w gazecie, że powstaje olsztyński oddział Telewizji Polskiej. Udało mi się dostać tę pracę, bo podobno spodobała się moja błyskotliwość, tembr głosu, niepokorna osobowość i… te diabły w oczach. (śmiech)

Co budowało Twoją pewność siebie?

Mam wrażenie, że nie najłatwiejsze dzieciństwo. To, że wychowywałem się bez taty, było źródłem traum, ale też sprawiło, że stałem się bardziej odporny. Dzisiaj jestem świadomym, kontrolującym się facetem, o jasno wyznaczonych priorytetach.

Dlaczego wychowywałeś się bez taty?

Mój tata jest Egipcjaninem, mieszka w Kairze. Rodzice poznali się w Moskwie, na studiach doktoranckich. Mama studiowała biologię, tata ekonomię. Zakochali się w sobie bez pamięci, ale ich związek nie przetrwał próby czasu.

Jak wyglądało Twoje dzieciństwo?

Do siódmego roku życia mieszkałem z rodzicami w Kairze. Potem mama zdecydowała, że nie ma tam ani dla mnie, ani dla niej perspektyw i że przeniesiemy się do Polski, na Warmię. Szkoda tylko, że nie było z nami wtedy taty…

Brakowało Ci go?

Bardzo! Z perspektywy czasu wiem, że brak pełnej rodziny bardzo wpłynął na moje życie. Mama ciężko pracowała, by zapewnić nam odpowiedni standard. Od rana do wieczora kursowała między sanepidem a aptekami, gdzie pracowała. Wychowywali mnie babcia z dziadkiem. Kiedy podczas meczów piłkarskich mojej drużyny widziałem na trybunach rodziców kolegów, było mi trochę smutno, że nie ma wśród nich taty. Każdy chłopak potrzebuje męskiego autorytetu, wsparcia. Dlatego cieszył mnie każdy, nawet najdrobniejszy sygnał z Kairu, na przykład kiedy tata wysyłał mi krótki telegram z okazji urodzin: „Happy birthday”. To były drobiazgi, ale dla mnie niezwykle ważne.

Rozmawiałeś z mamą o tym, co przeżywasz?

Nie, bo dopiero po latach dotarło do mnie, że przeżywałem wielki ból. Jako dorosły facet zacząłem analizować swoją przeszłość to, jak wpłynął na mnie brak męskiego wzorca. Nie miałem przy sobie kogoś, kto po prostu powiedziałby mi, że jestem super.

Od mamy tego nie słyszałeś?

Mówiła mi to... kiedy akurat była w domu, a bywała w nim rzadko ze względu na pracę. Musiałem się skutecznie zahartować. Na szczęście mam w sobie dużo ciepła, wynikającego głównie z tego, że postanowiłem wieść inne życie niż rodzice. Chciałem, by moi synowie zapamiętali tatę nie jako osobę, która pracuje w fajnym miejscu i kupuje drogie prezenty, ale jako obecnego w ich życiu przyjaciela, który jest dla nich wsparciem i powiernikiem różnych tajemnic. Dlatego cieszę się, że Maciek, mój najstarszy, 17-letni syn, chętnie chodzi ze mną do kina, przedstawia mi swoich kumpli i nie czuje, że to obciach.

Mama nie okazywała Ci uczuć?

Ona bardzo mnie kocha, ale okazuje to specyficznie. Zawsze robiła wszystko, co w jej mocy, by niczego mi nie brakowało, dla niej to było wyznacznikiem miłości. Czasami żałuję, że nie mieliśmy czasu na buziaki, przytulasy, bo kiedy ona wracała z apteki, ja już spałem.

Dzisiaj to, jak wyglądasz, nie budzi już żadnego zainteresowania, ale 20 lat temu w Olsztynie Twój kolor skóry mógł zwracać uwagę.

Byłem przygotowany na określenia w stylu: „Murzynek Bambo w Afryce mieszka…”. Nazywano mnie też „kebabem”, „podpalanym”, „czarnym”. Tłumaczyłem to sobie tym, że każdy ma jakieś przezwiska, a moje przynajmniej były oryginalne. (uśmiech)

Dojrzałe podejście jak na nastolatka.

Gdybym miał inne, pewnie bym się tym zadręczał. Myślę, że wygrywałem otwartością i sympatią. Lubię ludzi, a ludzie raczej lubią mnie, więc w moim otoczeniu każdy czuł się dobrze. Później nadeszły trudniejsze czasy, kiedy skinheadzi ganiali wszystkich, którzy mieli ciemniejszą karnację albo długie włosy. Moje sięgały aż do pasa, więc podwójnie ich prowokowałem. Z czasem zaprzyjaźniłem się nawet ze skinheadami. Na szczęście tamte lata już minęły.

To prawda, że zawsze marzyłeś, by mieć trzech synów?

Nie – marzyłem, by mieć pięciu! Kocham koszykówkę i wyobrażałem sobie, że stworzą drużynę koszykarską, której zostanę trenerem. To jeszcze wszystko przed Tobą! Dzisiaj myślę o córeczce, która złagodziłaby sytuację panującą w domu. Wyobrażam sobie, że urodziłby się aniołek, któremu mógłbym zaplatać warkoczyki.

Dom, który stworzyłeś, odpowiada Twoim wyobrażeniom?

Niestety nie wszystko ułożyło mi się tak, jak planowałem. W moim życiu nie brakowało zawirowań. Dopiero dzisiaj, po wielu latach, jestem dojrzałym i odpowiedzialnym ojcem. Nie zawsze tak było. Pierwszy raz zostałem tatą jako 24-latek, więc moje podejście do tej roli wyglądało zupełnie inaczej. Kiedyś nawet zgubiłem Maćka w sklepie i dopiero pani z megafonu poinformowała mnie, gdzie mogę go odebrać.

Obawiałeś się, że powtórzysz błędy swojego ojca?

Myślę, że tak. Zrozumiałem, że ojcostwo jest lekcją męskości. Facetem stałem się nie wtedy, gdy strzelałem kolejne bramki podczas meczu albo zdobywałem medale, tylko gdy musiałem zająć się swoim synem. Wpoić mu pewne wartości, w odpowiedni sposób pokazać świat, opowiedzieć o tym, co może go spotkać, dobrego i złego. To naprawdę poważne zadanie.

Oprócz Maćka jesteś ojcem 8-letniego Kuby i 6-letniego Oliwiera. Chłopcy są do siebie podobni?

Każdy z nich ma zupełnie inne zainteresowania. Kuba to sportowy świr, który nigdy nie krzywdzi ludzi, często zwraca nam uwagę, gdy w jego odczuciu zachowamy się z żoną niestosownie. Oliwier z kolei to anioł z rogami. Wiercipięta, urwis, uwielbia oglądać się za dziewczynami!

Jesteś tatą dyscyplinującym czy rozpieszczającym?

Chciałbym być ciepłym, cierpliwym, a z tym, jak wiadomo, różne bywa. Tatą, który uczestniczy zarówno w życiowych sukcesach, jak i rozterkach dzieci. One doskonale zdają sobie sprawę, że istnieją pewne granice, co oczywiście nie znaczy, że nie próbują ich przekraczać. Na szczęście z wiekiem pojawia się u nich coraz większa świadomość. Mój najstarszy syn jest tak ułożony, że bez obaw pozwalam mu nawet na tygodniowy wyjazd z kolegami i koleżankami z klasy. Po prostu mam świadomość, że nie popełni żadnych głupot, wie, co jest dobre, i nie sięga po używki. Podąża za marzeniami o byciu pilotem i konsekwentnie stara się je zrealizować. Mam do niego wielkie zaufanie.

Jakie cechy swojego charakteru odkrywasz w nich?

Na pewno brak cierpliwości. Poza tym energię, spontaniczność, wrażliwość na innego człowieka. Mają otwarte serca, a na wyjazdach zawsze myślą, by przywieźć jakąś pamiątkę dla kumpla albo koleżanki. Są bardzo ciekawi świata i mają milion pomysłów na sekundę, zupełnie jak ja, gdy byłem w ich wieku!

Znajdujesz czas na swoje przyjemności?

Mam ich raczej niewiele. Nie lubię tracić czasu na poszukiwania: skoro wiem, że sport sprawia mi najwięcej frajdy, po co dalej się rozglądać? Ostatnio najczęściej trenuję na siłowni, gram w piłkę lub w kosza. Na boisko zabieram też chłopaków, bardzo mnie cieszy, że kochają sport.

Żona Agata dobrze rozumie Wasz męski świat?

Jest bardzo wyrozumiała. Czasami tylko delikatnie zwracała mi uwagę, jeśli już naprawdę przesadzałem z tymi moimi aktywnościami. Wspólnie wypracowaliśmy pewien schemat. Dzis staram się realizować pasje, a jeśli wieczorem akurat czytam książkę, Agata robi to samo.

Masz receptę na udany związek?

Fundamentem naszego związku jest przyjaźń. To nie była miłość od pierwszego wejrzenia. Najpierw bardzo się do siebie zbliżyliśmy. I kiedy Agata musiała wyjechać z kraju i nie widzieliśmy się przez jakiś czas, zrozumieliśmy, co tak naprawdę do siebie czujemy.

To spokojna relacja?

Nie rzucamy talerzami, ale jakbyśmy mogli, pewnie byśmy to robili. (uśmiech) Tak naprawdę jesteśmy skrajnie różni, mamy zupełnie inne zainteresowania. Agata to typ spokojnej duszy, potrafi słuchać ludzi, a oni do niej lgną. Mimo ze pracuje jako grafik i architekt krajobrazu, chyba minęła się z powołaniem, bo powinna być psychologiem.

Sprowadza Cie na ziemie?

Myślę, ze tak. To fajne i inspirujące, ponieważ otworzyła mi oczy na wiele kwestii, których do tej pory nie dostrzegałem. Dzięki Agacie stałem się o wiele cieplejsza osoba. Po tym jak przeprowadziłem się do Warszawy, żyłem w takim pedzie, ze nie potrafiłem się zatrzymać. Dziś potrafię przystopować, zdałem sobie sprawę, co jest dla mnie ważne. Tworzymy związek, w którym się uzupełniamy. Nie zawsze bywa idealnie, jak zresztą w każdej relacji. Raz jest burza, raz sielanka – i o to chodzi. Bilans wychodzi na zero.

Bywasz nadopiekuńczy?

Ja nie, ale Agata tak. Z drugiej strony, kiedy dziecko jest jeszcze małe, rzeczywiście wymaga nieustannej matczynej opieki. Do tej pory mnie to denerwowało, dzisiaj o wiele więcej rozumiem. Chłopcy są coraz starsi, Kuba mnie potrzebuje, a Maciek dzwoni do taty, żeby poradzić się w ważnych sprawach. Ostatnio zapytał mnie o pomysł, który absolutnie mi się nie spodobał, i wyraziłem całkowity sprzeciw. Chociaż nie spodziewał się takiej odpowiedzi, cieszył się, ze poznał moja opinie. To jest fajne.

Jesteś spełniony i szczęśliwy?

Jestem szczęśliwy ze względu na świadomość bycia osoba kochana. Jeśli chodzi o pracę, liczę, że obrana droga zaprowadzi mnie w ciekawe rewiry. Marzę o własnym programie, gdzie mógłbym w pełni się wyrazić. Każdy jest inny, a ja mam w sobie wiele spontaniczności. Gdyby pojawił się format, do którego bym pasował, chciałbym móc skorzystać z takiej szansy. Wierzę, że wciąż czeka.

ZOBACZ: Viki Gabor - kim jest prywatnie zwyciężczyni Eurowizji Junior? [WIEK, RODZICE, POCHODZENIE]