GALA: Robercie, wytłumacz mi, jak to jest – człowiek budzi się rano i mówi sobie: „Dziś nagram płytę”?

ROBERT GAWLIŃSKI: Ta płyta powstała dlatego, że chciałem czegoś innego niż to, co do tej pory robiłem z Wilkami. Generalnie chodzi o to, że po 10 latach grania nawet najlepsze zespoły muszą sobie zrobić przerwę. Byliśmy wyprani, lekko znudzeni. Skończyła się chemia między nami.

GALA: Czyli jesteś muzycznym poligamistą? Zmieniasz żonę na kochankę?

ROBERT GAWLIŃSKI: To nawet dobra metafora, pod warunkiem że powiesz: „Zamienił żonę na... żonę”. Chodzi o to, że są jeszcze inni muzycy, z którymi chciałem zagrać i to było moje marzenie. Maciek Gładysz, najlepszy gitarzysta w Polsce, czy Andrzej Rajski, świetny bębniarz – to są osoby, z którymi zdradziłem Wilki. To jest taka moja druga rodzinka, nie ta „wilcza”.

GALA: Więc „Kalejdoskop” to skok w bok?

ROBERT GAWLIŃSKI: Tak. Męczyliśmy się już wzajemnie i mieliśmy siebie dosyć. Wyobraź sobie: razem jeździmy w trasy koncertowe, razem jemy obiady, gramy, bawimy się. I to już trwa 10 lat. Jesteśmy facetami, więc jeszcze wkradają się wątki rywalizacyjne.

GALA: Pozagryzalibyście się za chwilę?

ROBERT GAWLIŃSKI: Na pewno, gdyby w zespole były kobiety.

GALA: Co było początkiem płyty „Kalejdoskop”? Jakieś obrazy, emocje? Może zapachy?

ROBERT GAWLIŃSKI: Chciałem nagrać płytę zbuntowaną.

GALA: Ty, przedstawiciel „szołbizu”, buntownikiem?!

ROBERT GAWLIŃSKI: Wiem, że to brzmi dziwnie, bo mam pieniądze, rodzinę, normalne życie i rzeczywiście nie bardzo jest się przeciwko czemu buntować. Ale jak powiedział Ted Nugent do Stinga: „Nie ma co płakać, że niszczą dżunglę. Trzeba się wziąć do roboty i samemu sadzić drzewa”. I ja, zamiast narzekać, nagrywam płytę. Ona jest wyrazem mojego buntu.

GALA: Śpiewasz, że „czekasz na rewolucję naszych serc i dusz”. Co jest Twoją rewolucją?

ROBERT GAWLIŃSKI: Ona się zwykle odbywa w mojej głowie. Nie zajmuję się publicystyką, tematami społecznymi. Mnie zawsze bardziej interesowało to, co się dzieje w głowie jednostki, ciekawiły mnie indywidualne procesy. Kiedy tworzę, ważne są uczucia i melodia.

GALA: No to jesteś takim buntownikiem w kapciach.

ROBERT GAWLIŃSKI: Nie! Może Nosowska jest kimś takim. Zawsze sobie ją wyobrażam, że pisze teksty schowana pod dużą kołdrą. Kojarzy mi się z „dobrą panią”.

GALA: A Ty nie jesteś „dobrym panem”, specem od ślicznych melodii?

ROBERT GAWLIŃSKI: Chyba jestem bardziej walnięty. I nie jestem żadnym „rockmanem w kapciach”. Po domu chodzę boso, w porwanych dżinach.

GALA: A jak o sobie myślisz – że jesteś piosenkarzem czy rockandrollowcem?

ROBERT GAWLIŃSKI: Czasami myślę o sobie, że jestem wilkiem. A jak trzeba wypełnić rubrykę „zawód”, to wstawiam – artysta, ponieważ piszę teksty i komponuję.

GALA: Ciągle jesteś w trasie?

ROBERT GAWLIŃSKI: Można tak powiedzieć. Nasz samochód zwany „wilkowozem” jest niczym cygański wóz, który wiezie nas przez Polskę. Ale ostatnio staram się grać mniej, ze względu na rodzinę. Głównie synów, których towarzystwo uwielbiam.

GALA: Podobno często jeździsz do Grecji.

ROBERT GAWLIŃSKI: Chciałbym tam kupić ziemię. Wiem już, że na pewno spędzę tam starość. Bo tam jest ciepło i nie pada. Wieś grecka jest dla mnie rajem na ziemi. To tam powstały wszystkie utwory z płyty „Kalejdoskop”.

GALA: Inspiruje Cię grecka muzyka?

ROBERT GAWLIŃSKI: Oni śpiewają bardzo podobnie do nas (Robert nuci), ale jakoś tak fajniej. Te nasze skoczne oberki niby są podobne, ale u nich to jest bardziej refleksyjne. Często gdy jedziemy z żoną samochodem przez Grecję, obserwując przez szybę pejzaże, zaczynam śpiewnie komentować to, co widzę (Robert śpiewa): „Przy drodze stoi baran, podchodzi dziadek i zaczyna go poganiać, przebiegło stado kóz, słońce zachodzi za górę”. Wydaje się, że greckie piosenki ludowe mówią o błahych rzeczach, ale jest w nich prawda o świecie. Mam słabość do takich nieskomplikowanych sytuacji. W Polsce bardzo lubię rozmawiać z prostymi ludźmi. I często jest tak, że wymądrzam się filozoficznie, powołuję się na jakieś ważne nazwiska. A oni puentują to jednym zdaniem: „No tak, tak samo jest z ptakami”. Ujmuje mnie taka szlachetna prostota.

GALA: Gdy tam jesteś, czujesz, że to kolebka naszej kultury?

ROBERT GAWLIŃSKI: Tak. Oni mają jakąś nieprzeniknioną mądrość. Podoba mi się ich sposób bycia. Są po prostu sobą. A my? Staramy się być Niemcami, a de facto jesteśmy Ruskimi. Wciąż udajemy kogoś, kim nie jesteśmy. Najpierw zepsuci komuną, potem wolnym rynkiem, tak naprawdę nie wiemy, z jakiej gliny jesteśmy ulepieni. Pracujemy po 16 godzin na dobę jak Niemcy 30 lat temu, a pijemy i klniemy jak Ruscy. My, Polacy, jesteśmy zaburzeni. A tam nie ma czegoś takiego. Ja tam się czuję czysty, świeży. Uspokaja mnie patrzenie na morze, plaże, góry. Jednej rzeczy mi tylko brakuje: zapachu lasu. Ostatnio rano wyszedłem na taras domu, w którym mieszkam pod Warszawą, i aż usiadłem z wrażenia: w ułamku sekundy przez głowę przeleciały mi obrazy z dzieciństwa. Tego zapachu nie znajdę w Grecji. I wiesz, co pomyślałem? Że Polska to właśnie te zapachy z dzieciństwa, a nie rządy, poglądy, frakcje polityczne.

 

GALA: Mówisz, że Twoja najnowsza płyta wynikła z buntu. Twój pierwszy zespół nazywał się Gniew. Na co się wkurzasz?

ROBERT GAWLIŃSKI: Do Gniewu dołączyłem, gdy miałem 16 lat. Byłem wtedy wściekły na komunę. Kupowałem „Bravo”, oglądałem zdjęcia i byłem wkurzony, że u nas nikt tak nie wygląda. Chciałem iść na koncert Bee Gees albo Led Zeppelin, a nie mogłem. Uważałem, że to wina rządzących w Polsce. Więc totalnie krytykowałem władzę. A skoro władzę reprezentowała milicja, całą młodość toczyłem z nią wojnę.

GALA: Dlaczego w ogóle zacząłeś grać?

ROBERT GAWLIŃSKI: Na początku chodziło o dziewczyny – łatwiej było je poderwać. A potem, kiedy piosenki Madame znalazły się na liście Trójki, był czas matury, a ja nie miałem na nią czasu, bo ciągle byłem w trasie.

GALA: Muzyka złamała Ci życie?

ROBERT GAWLIŃSKI: Nie czuję się złamany, lecz szczęśliwy i wolny! I cieszę się, że nie posłuchałem taty, który mówił: „Wiem, że kochasz tworzyć. To może byś zaczął budować mosty? Może poszedłbyś jednak na studia?”.

GALA: Jak to dobrze, że nie posłuchałeś taty!

ROBERT GAWLIŃSKI: Dziękuję ci bardzo. Ale może bym tworzył lepsze mosty niż piosenki?!

GALA: Chciałam wrócić do Twojego buntu. Jak to wtedy wyglądało?

ROBERT GAWLIŃSKI: Buntowałem się także przeciwko szkole. Bunt i anarchia – to mnie wypełniało. Nosiło się wtedy stare lotnicze kurtki. A ja lubiłem prochowce i skórzane płaszcze. Włosy miałem ufarbowane na biało, zdarzało się, że obrywałem za wygląd. Milicja też za takimi nie przepadała. Miałem dwie sprawy dla nieletnich.

GALA: Siedziałeś w areszcie?!

ROBERT GAWLIŃSKI: Tak. Mama była bardzo niepocieszona. Życie średnio jej się ułożyło i jeszcze miała synka takiego wariata.

GALA: Kto Ci kupił pierwszą gitarę?

ROBERT GAWLIŃSKI: Dziadek. Przyprowadził mi swojego przyjaciela – koncertmistrza, który uczył mnie grać flamenco. A ja marzyłem, żeby umieć kilka akordów, zagrać coś Niemena i przyszpanować przed dziewczyną.

GALA: Na warszawskiej Pradze ocierałeś się o światek przestępczy. Jak to się stało, że sam się nie zdegenerowałeś?

ROBERT GAWLIŃSKI: Nie wiem. Chyba uratowała mnie muzyka, bo rzeczywiście wychowałem się w tzw. złych miejscach. To były robotnicze osiedla, gdzie rządziła pięść i wódka. Gdyby dziś groziło mi, że mam tam wychowywać synów, tobym stamtąd uciekł.

GALA: Podobne klimaty sa w piosence „Anioł Miriam”. Znasz takie „złe dziewczyny” z Pragi?

ROBERT GAWLIŃSKI: To jest piosenka o ulicy Ząbkowskiej. Zrobiłem kiedyś samotny tour po takich „klubach” i znam te miejsca. Miałem przed laty dziewczynę z ulicy Ząbkowskiej. Mieszkała vis-à-vis Bazaru Różyckiego. Ona jest pierwowzorem „Anioła Miriam”. Miała jakieś tajemnice, chłopaka w więzieniu. Bardzo mnie fascynowała, bo była taka szemrana.

GALA: Kręciło Cię to, co?

ROBERT GAWLIŃSKI: Oczywiście. Nigdy nie szukałem „odpoczynku wojownika”. Kobieta musi być dla mnie wyzwaniem. Fajnie, jak jest ciepła, miła i serdeczna. Ale nie może być „powojem”, który oplata mężczyznę. Nie może też być zbyt zwariowana. Kiedyś miałem dziewczynę, która kolekcjonowała skóry swoich psów. A ja myślałem, że to jej tata poluje na dziki! Uciekłem od niej. Bałem się, że jak mnie bardziej polubi, to też zrobi sobie ze mnie dywanik pod łóżko.

GALA: Można powiedzieć, że wiele zawdzięczasz swemu szemranemu dzieciństwu.

ROBERT GAWLIŃSKI: Ten szemrany świat nie wypaczył mnie. Poznałem tam ludzi, którzy zasługują na szacunek i podziw. Tam nauczyłem się, co to jest honor, odwaga. Ten świat dzieciństwa to także Jeziorko Kamionkowskie, kajaki, kino i łowienie ryb oraz dziewczyny w parku.

GALA: Twoi synowie nie zaznają tego. Ale to chyba dobrze?

ROBERT GAWLIŃSKI: Strasznie się boję o moich synów, bo świat jest okrutny. A oni są szarmanccy, bardzo grzeczni, dobrze ułożeni.

GALA: Mówisz, ze Twoje małżeństwo jest zwariowane?

ROBERT GAWLIŃSKI: Moja żona jest menedżerem zespołu. To rodzi pewne napięcia i konflikty, które czasem przenosimy na dom.

GALA: Jesteś trudnym partnerem?

ROBERT GAWLIŃSKI: Jestem cholerykiem. Robię krótkie, mocne burze, ale szybko mi przechodzi.

GALA: Monika znalazła klucz do Ciebie?

ROBERT GAWLIŃSKI: Wiesz, my się po prostu kochamy. To jest najlepsze, co się może zdarzyć dwojgu ludziom, którzy przy okazji zgadzają się ze sobą, mają wspólne pasje, podobne zainteresowania.

GALA: Ale podobno kazdy facet jest samotnikiem.

ROBERT GAWLIŃSKI: Oboje jesteśmy samotnikami. Czasem zdarza nam się uciekać od ludzi. Lubimy milczeć we dwoje.

GALA: Od siebie uciekacie?

ROBERT GAWLIŃSKI: Nie ma takiej potrzeby. Uspokoiłem się. Kiedyś znikałem, był taki etap. Krzywdziłem. Ale to ostatecznie chyba tylko wzmocniło nasze małżeństwo.

GALA: Mam wrażenie, że Twoje piosenki są trochę jak modlitwy: cytujesz Biblie, śpiewasz o szukaniu swiatła.

ROBERT GAWLIŃSKI: Czuję się osobą uduchowioną. Wierzę w magię, w siłę duchową. Duch ma wielkie znaczenie dla człowieka. To jest moja wiara. Od Kościoła, ku rozpaczy babci i mamy, już dawno odszedłem.

GALA: Twoje duchowe przebudzenie było związane z chorobą?

ROBERT GAWLIŃSKI: Na pewno. Nie wiem, na czym to polega, ale ten rodzaj słabości uwrażliwia nas na inne sfery. Artyści często byli chorowici, mieli problemy. Cierpienie przynosi rodzaj napięcia, które oczyszcza człowieka i każe mu tworzyć.

GALA: Pierwszy singiel ma tytuł „Grzesznicy”. Wymień swoje grzechy główne. Pycha?

 

ROBERT GAWLIŃSKI: Tak. Każdy artysta grzeszy pychą. Wyszedłem na scenę, bo chciałem mieć kobiety. Pierwszy koncert Gniewu zagraliśmy w liceum pielęgniarskim. Wyobrażasz sobie, co się wtedy działo...

GALA: Chciwość?

ROBERT GAWLIŃSKI: Jest mi obca. Lubię mieć pieniądze, ale nie jestem chciwy, raczej rozrzutny.

GALA: Nieczystość?

ROBERT GAWLIŃSKI: To bardzo indywidualna sprawa. Trzeba najpierw zapytać, co to jest brud? Tylko raz czułem się nieczysty... To było fatalne doznanie. Obudziłem się rano i czułem, że pogrzebałem wszystkie swoje ideały.

GALA: Zazdrość?

ROBERT GAWLIŃSKI: Nie dotyczy. Brzydzę się nią.

GALA: Nie rywalizujesz z innymi facetami o to, kto ma lepszy zegarek, samochód, gadzety?

ROBERT GAWLIŃSKI: Nic takiego mnie nie bierze. Gadżetów nie zbieram. Teraz jedynie pragnę mieć dom w Grecji.

GALA: Grzech łakomstwa chyba Ciebie też nie dotyczy?

ROBERT GAWLIŃSKI: Jako czterolatek zapytałem babcię, czy Jezus musiał jeść. Babcia powiedziała, że nie musiał, bo był Bogiem. Wtedy jej odpowiedziałem: „Babciu, chciałbym być Jezusem”.

GALA: Gniew?

ROBERT GAWLIŃSKI: Jestem cholerykiem. Potrafię skrzywdzić największego przyjaciela. Potem przepraszam, bo jest mi bardzo źle.

GALA: Kiedy wpadasz w szał, to wyrzucasz sprzęty przez okno?

ROBERT GAWLIŃSKI: To są mity. Ale drę się strasznie.

GALA: Lenistwo?

ROBERT GAWLIŃSKI: To mój największy grzech. Urodziłem się w sobotę, więc pewnie dlatego.

GALA: Czy zdarzyło się tak, że muzyka nie sprawiała Ci przyjemności?

ROBERT GAWLIŃSKI: Tak. Kiedy notorycznie wychodziłem przed publiczność na bani i jedyne, czego wtedy chciałem, to siedzieć w hotelu i spać. To było fatalne. Ale ten etap mam już na szczęście za sobą.

GALA: Czym w ogóle jest dla Ciebie muzyka?

ROBERT GAWLIŃSKI: Opowiadaniem chwili, opisywaniem nastroju ducha dźwiękami i słowami.

GALA: Na Twojej nowej płycie jest bardzo niepokojąca piosenka – „W cieniu ciszy”. Mówi o śmierci. Co jest po drugiej stronie?

ROBERT GAWLIŃSKI: Kiedy człowiek umiera, wyobraża sobie ostateczną krainę i... w niej zostaje.

GALA: A jak ona będzie wyglądać u Ciebie?

ROBERT GAWLIŃSKI: Jak Grecja. I Monika będzie w niej jako kreteńska księżniczka.

GALA: Takie piosenki to oswajanie lęku przed śmiercią?

ROBERT GAWLIŃSKI: Boję się śmierci. Boję się umierania. Ale najbardziej boję się cierpienia, bo wiem, czym ono jest.