Spotykamy się tuż przed premierą 13. już kolekcji Roberta Kupisza. Adekwatnie do jej tytułu „Pustynia” to dla projektanta gorący czas. Raz, z powodu rozmiarów pokazu, a dwa – mnóstwa spraw z tym związanych. Tego dnia przyjeżdża na miejsce rano, a wychodzi czasem o świcie, bo gdy kończy się część oficjalna, wybieg zamienia się w parkiet, na którym szaleją goście. W życiu Roberta było wiele zmian, ale moda i taniec zawsze szły w parze.

Lubisz tańczyć sam?

Uwielbiam! W moim domu stoi lustro, przed którym często ćwiczę. Gdy byłem stylistą fryzur, to zdarzało się, że klienci dzwonili do agencji: „Poprosimy tego fryzjera, który tańczy”. Podczas sesji zdjęciowych, kiedy słyszałem muzykę, wystarczyło, że przeszedłem krokiem do samby i zaraz ktoś mówił: „Ooo, jak fajnie, pokaż, jak to zrobiłeś?”.

Skoro idziesz takim tanecznym krokiem przez życie, to do jakiego tańca byś je porównał?

Rzadko bywało tak jak w tangu, które jest pełne skrajnych emocji. Wolę harmonijną rumbę – spokojny, sensualny taniec miłości. Rumba mnie uspokaja. Taniec był zawsze moją największą pasją, ale robiąc karierę taneczną, nigdy nie rozstawałem się z myślą o projektowaniu. Jakiś czas temu uświadomiłem sobie, że moja historia przypomina trochę historię Billy’ego Elliota [w filmie Stephena Daldry’ego chłopiec z prowincji marzy o karierze tancerza – przyp. red.]. Bohater jest mi o tyle bliski, że też pochodzę z wioski, z malutkich Gacek pod Kielcami.

Masz swoje ulubione zdjęcie z tamtego okresu?

Każde zdjęcie z Gacek ma swoją magię, bo my świetnie bawiliśmy się z dziećmi. To była osada przy zakładzie pracy, więc wszyscy mieszkali w szeregowcach z ogródkami. Najwyższy budynek w Gackach liczył cztery piętra i mówiliśmy, że idziemy „pod wieżowiec” albo „pod Pekin”, taki wielki nam się wydawał. Albo spotykaliśmy się w domu kultury, gdzie mieszkałem z rodzicami i starszą siostrą, bo mama pracowała tam jako kierowniczka. Naoglądałem się wtedy filmów, od „West Side Story” po „Potop”. Wielu nie rozumiałem, ale to było bez znaczenia, bo wszystko zatrzymałem w głowie. Kiedy przypominam sobie te czarno-białe zdjęcia z Gacek i widzę siebie, ostrzyżonego na pazia, to dopiero teraz dostrzegam, jakim ładnym byłem dzieckiem, bo jakoś nigdy tej swojej atrakcyjności nie potrafiłem docenić. Nie używałem jej jako argumentu w tym znaczeniu, że pouśmiecham się i coś załatwię, tylko zawsze wydawało mi się, że muszę coś konkretnego zrobić, by się przebić.

Twój tata jest muzykiem. Zachęcał Cię do grania na jakimś instrumencie?

Nie zachęcał, tylko mi kazał! Wszystko jedno, jaki instrument, żebym tylko grał. Na początku wybrałem perkusję, a kiedy przeprowadziliśmy się do Kielc, zapisał mnie do szkoły muzycznej i kupił flet poprzeczny. Miałem najładniejszy instrument w szkole i grałem najgorzej, bo tata mi muzyką w ogóle nie imponował. Kojarzyła mi się z tym, że na mnie krzyczy, zmusza mnie, więc wypierałem, jak tylko mogłem swój dobry słuch. W efekcie tata zabraniał mi chodzić do szkoły tańca, którą sobie znalazłem w Kielcach. Miałem 11 lat i wiedziałem, że chcę tańczyć.

Postawiłeś na swoim.

Pamiętam, jak w przemoczonych kozakach wszedłem do tej szkoły, a zajęcia były tylko dla dorosłych. Instruktor powiedział, żebym zorganizował dzieci, to on wtedy założy dla nas grupę, i ja to towarzystwo zmontowałem. Od razu zacząłem projektować kostiumy do tańca. Ja rysowałem, a szyła krawcowa. Już wtedy była we mnie ekshibicjonistyczna potrzeba wyróżniania się. Może to z jakichś kompleksów i braku dowartościowania wynikało, że chciałem, by mnie wszyscy dostrzegli i polubili? Nie wiem, ale od dzieciństwa miałem problem z tym, żeby tylko nie pozostać niezauważonym. Tak jak dzieci mają w nosie swój wygląd, tak ja potrafiłem np. wrócić do domu, żeby się przebrać, zanim wejdę na następne drzewo, bo się ubrudziłem. Mama ma bardzo dobry gust, robiła nam swetry, czapki, szaliki, miała zdolności manualne i to jakoś przeszło na mnie. Kiedy pierwszy raz poszedłem do szkoły w Kielcach, stanąłem na środku korytarza i się rozpłakałem: olbrzymi budynek, obce dzieci, jakoś tak nijako mi się zrobiło. Ale nawet wtedy pamiętam, że świetnie wyglądałem. Dziewczyny ze starszych klas szybko zaczęły mnie zapraszać na prywatki, bo byłem wystrojony i już w podstawówce sam się strzygłem, a potem w średniej szkole także mamę i jej koleżanki.

Kompozytor Jan A.P. Kaczmarek, nagrodzony Oscarem za muzykę do filmu „Marzyciel”, twierdzi, że chłopcy z małych miasteczek mają większe marzenia.

Żyłem marzeniami. One były tak silne, że wyobrażałem sobie siebie gdzieś w innym życiu, innych przestrzeniach. Poszedłem do liceum plastycznego do klasy o profilu tkactwo artystyczne, w której byłem jedynym chłopakiem.

Jak się sytuowałeś na mapie szkolnej? Prymus? Dziwak? Malowany ptak?

To były lata 80., miks subkultur. Była grupa katolicko-oazowa, jakieś resztki hippisów w wyciągniętych swetrach i koralach, grupa new romantic, która po wakacjach przerodziła się w punków z pióropuszami. Nie mogłem pozwolić sobie na radykalne eksperymenty z włosami, musiałem mieć klasyczną fryzurę na turnieje taneczne, więc poszedłem w klimat w stylu Republika i Boy George: białe buty sportowe, które zresztą do tej pory najbardziej lubię, białe skarpety, luźne marynarki, cienki skórzany krawat, grzywka – to był mój look. Dla punków i chłopaków z tłustymi włosami a la artysta byłem dziwakiem. To liceum nie było zbyt tolerancyjne i nawet nie chodzi o nauczycieli, tylko o dzieciaki. Krytyczne, kąśliwe.

Bardziej wzmacnia Cię krytyka czy pochwały?

Pochwała zawsze dodaje mi skrzydeł i szybciej się wtedy rozwijam, więcej z siebie daję. Mam przyjaciół, którzy mnie wspierają, i to mnie buduje. Natomiast krytyki staram się nie słuchać ze względu na to, że często jest nieuzasadniona i wychodzi od ludzi, którzy sami mają lęki i chcą cię tymi lękami powstrzymać, bo boją się zrobić to, na co ty masz odwagę. W porę się o tym dowiedziałem i gdy słyszę coś takiego, to mówię, że nie potrzebuję tej informacji.

Odcinasz się?

Odcinam, bo po co mi to? Robię w tej chwili trzecią karierę w życiu, dwie wcześniejsze, taneczna i fryzjerska, były międzynarodowe, teraz też wychodzę poza Polskę ze swoimi rzeczami. Jeżeli ktoś dojdzie do tego, co osiągnąłem, będziemy mogli porozmawiać. Nie będę dyskutował z ludźmi, którzy chcą mnie edukować z pozycji kałuży, gdy jestem na oceanie.

Nikt nie sprowadził Cię nigdy na ziemię z Twoimi marzeniami?

Nawet jak mnie sprowadził, bo byłem wrażliwy i niepotrzebnie się czymś przejmowałem, to i tak później się podnosiłem. Nigdy ludzie mnie nie ujarzmili. Nie pozwoliłem na to. Może dlatego, że zawsze wiedziałem, że mogę liczyć tylko na siebie. Że nic nie dostanę za darmo. Sam muszę wyreżyserować swoje życie.

Skąd się wzięły, biorąc pod uwagę Twoją potrzebę spokoju, elementy grunge’owe i rockowe w Twoich kolekcjach?

Kiedy moje koleżanki słuchały ostrych kapel, takich jak Siekiera, było to dla mnie przerażające. Sięgając po tematy subkulturowe podczas pracy nad projektami, mogłem wrócić do nich już bez strachu. Stąd pokaz „Anarchia”, zainspirowany pierwszym festiwalem w Jarocinie. Dopiero po zrobieniu tej stylizacji pomyślałem: jakie to jest wspaniałe, totalne, odważne. Subkultury, do których nie miałem odwagi zbliżyć się jako nastolatek, fascynują mnie i chętnie korzystam dziś z estetyki ludzi, którzy przełamywali różne bariery. Trochę tak, jakbym chciał na chwilę cofnąć się w czasie i nadrobić to, czego nie zrobiłem. Bo zawsze byłem grzecznym chłopcem, nie sprawiałem problemów, do tej pory nie umiem palić papierosów. Nudny trochę byłem, ale za to zdyscyplinowany.

Taniec uczył takiej dyscypliny?

Bardzo. Wstawałem o siódmej, szedłem do liceum plastycznego, gdzie zajęcia trwały do późnego popołudnia, miałem godzinę na to, żeby przejść do szkoły tanecznej, więc nawet nie zahaczałem o dom, tylko pączka zjadłem po drodze i na trening. Wracałem o 22, trzeba się było pouczyć, a w weekend trenowałem, byłem na turnieju albo robiłem swoje projekty.

Powiedziałeś, że projektant to zawód, który pozwolił Ci odnaleźć swoje miejsce w społeczeństwie. Jak byś określił to miejsce?

Nawet nie tyle w społeczeństwie, co we mnie samym. Odnalazłem się, bo chciałem być zauważony i jestem. Chciałem mieć prestiżowy zawód i mam. Kiedy byłem fryzjerem, pracowałem na czyjeś nazwisko, teraz pracuję na swoje. Jestem niezależny, mogę realizować się jako artysta.

Przy takich okazjach pada zazwyczaj pytanie, jaka jest cena sukcesu?

Czy ja zapłaciłem jakąś cenę? Wydaje mi się, że wręcz przeciwnie – dostałem nagrodę za ciężką pracę. Zawsze dbałem o swoją prywatność, nie miałem problemów z paparazzi. Nie mam negatywnych skojarzeń. Mnie się wydaje, że płaci się głównie za głupotę i naiwność. Dostawałem propozycje, żeby śpiewać w jakimś programie itp., ale moje ubrania sprzedają się na tyle dobrze, że nie muszę chałturzyć. Robię coś wtedy, gdy mi to odpowiada. Na moich warunkach.

Gdybyś miał porównać swoje emocje towarzyszące 13. pokazowi z tymi, których doświadczałeś przy pierwszym, to czym się one różnią?

Nauczyłem się, że najważniejsza jest radość wykonywania tego zawodu, żeby nie myśleć o tym, że kolejny pokaz musi być coraz lepszy, tylko że musi być inny. Miałem w sobie i pewnie nadal mam kata, ale już mu nie pozwalam tak się karcić, wymieniam go na przyjaciela. Późno, ale przyszła do mnie akceptacja.

Późno, czyli kiedy?

Grubo po czterdziestce. Teraz, kiedy łagodniej siebie oceniam, dużo się rozpieszczam. Mam indywidualne treningi na crossficie, lekcje angielskiego, powróciłem na nowo do tańca i ćwiczę z Kingą Jurecką, wielokrotną mistrzynią świata zawodowców. Najchętniej tańczę oczywiście rumbę, bo lubię harmonię i wszystko, co się dobrze kończy. Kiedyś zazdrościłem bogatym dzieciom, które mogły sobie na wiele pozwolić, a teraz chcę to sobie sam dać i być takim rozpieszczonym dzieckiem.

Żebyś tylko nie zrobił się nieznośny!

Nieee, na to jest już raczej za późno. (śmiech)