Swoją biografię zadedykowałeś trzem kobietom. Wygląda na to, że kobiety są bardzo ważne w Twoim życiu.

Oczywiście, ale oprócz tego, że zadedykowałem ją mamie, Ani i siostrze Milenie, zadedykowałem ją też tacie.

Twój tata zmarł, kiedy miałeś 16 lat. Musiałeś szybciej dorosnąć...

To naturalne, że poczułem się wtedy w obowiązku pełnić rolę głowy rodziny. Czułem się odpowiedzialny za mamę i siostrę. Nie wiem, czy tak rzeczywiście było, ale miałem takie wrażenie, że oczekuje się ode mnie więcej niż od typowego nastolatka. Z drugiej strony, innego wyjścia nie miałem...

Twoja mama mówiła w jednym z wywiadów, że od dziecka byłeś bardzo rozsądny. Że nawet kiedy poszedłeś do liceum, pozwoliła, żebyście razem z siostrą sami zamieszkali w Warszawie. Nie bała się, że coś Wam strzeli do głowy albo nie będziecie się uczyć?

Mama znała nas dobrze i wiedziała, że sobie poradzimy, że może nam zaufać i że to nas w jakimś stopniu wychowa. Widziała, że dla mnie przede wszystkim liczy się piłka i będę robił wszystko, żeby móc grać. Nie będę urządzał imprez, bo po prostu następnego dnia to się odbije na mojej formie i treningu. Nie było też mowy, że zaniedbam szkołę, bo taką mieliśmy umowę, że aby trenować, muszę mieć przyzwoite oceny.

Dzisiaj mama jest bardzo dumna z Ciebie, Twoich sukcesów.

Jestem człowiekiem, który nie lubi o sobie dużo mówić i też nie lubię, kiedy wszyscy w rodzinie o mnie mówią. Ale wiadomo, mama jak to mama, nieraz jest tak dumna, że po prostu opowiada o mnie wszystkim, którzy chcą słuchać. (śmiech)

Ale chyba jej to wybaczasz?

Tak. (śmiech) Staram się mamę zrozumieć.

Ty chyba preferujesz w swoim otoczeniu właśnie silne kobiety. Twoja żona Anna też jest osobą bardzo rozsądną, zorganizowaną, która ma imponującą karierę sportową, a do tego ostatnio propaguje także zdrowy styl życia na swoim blogu.

Wychowywałem się w rodzinie sportowców: mama, tata, siostra. I tak samo jest z Anią. Sport daje kręgosłup, wychowuje. Dlatego podobnie myślimy. Te wartości, które wynieśliśmy ze sportu, pomagają nam potem nie tylko w życiu zawodowym, ale również prywatnym. Z Anią dzięki temu rozumiemy się na tyle dobrze, że czasem nie potrzeba słów.

Gdybyś miał dziewczynę bez ambicji sportowych, która nie musi wyjeżdżać na zgrupowania i zawody, to byłoby o tyle wygodniej, że codziennie czekałaby w domu z ciepłym obiadem. Zastanawiam się, czy nie robisz Ani wyrzutów z powodu jej kariery sportowej?

To nie jest tak, że Ani ciągle nie ma. Spędzamy razem czas, przecież zawody czy zgrupowania nie trwają cały rok. Wiadomo, zdarza się, że dość długo jesteśmy osobno, ale ostatnio nie widujemy się jedynie w weekendy, bo albo ja jestem na zgrupowaniu, albo Ania. To jest do zniesienia, każde z nas to rozumie i nie jest to w naszym życiu jakimś problemem. Poza tym Ania i tak sporo poświęciła dla mojej piłki. Przeprowadzała się ze mną, kiedy zmieniałem kluby, najpierw do Poznania, potem do Dortmundu. Wymagało od niej wysiłku nie przerwać treningów, bo przecież treningi są w Polsce. Więc ona musi włożyć w nie o wiele więcej pracy i motywacji, kiedy trenuje sama w Dortmundzie.

Zaskoczyło Cię, kiedy oprócz kariery sportowej zaczęła się zajmować prowadzeniem własnego bloga?

Dla mnie najważniejsze, że Ania robi to, co kocha, na czym się zna i co sprawia jej przyjemność. Jeżeli robi się coś, co jest autentyczne, ludzie czują to i docenią. I jak się okazuje, to idzie bardzo dobrze i mam nadzieję, że będzie szło jeszcze lepiej, bo widać, że ludziom się to podoba, że sprawia im to radość, że widzą efekty.

Zastanawiam się, czy jeśli się tyle czasu spędza w męskim gronie, to ma się inne podejście do kobiet, że się je na przykład bardziej docenia, czy wręcz przeciwnie?

Bardziej się za nimi tęskni. Ale ja jestem do tego przyzwyczajony, bo od małego przebywałem w męskim gronie, więc jeśli o to chodzi, to raczej tęsknota i chęć powrotu do  kobiet, bo czasami męskiego grona po prostu wystarczy. A jeśli chodzi o docenianie, to rzeczywiście mój klub w Dortmundzie w sposób specjalny dba o partnerki piłkarzy. Organizuje im wyjazdy na mecze, wspólne spotkania z drużyną, trenerem. W niemieckiej lidze jest o wiele większa świadomość tego, jak ważne jest udane życie prywatne dla piłkarza, a tym samym jego partnerki. Kobieta i rodzina w życiu piłkarza są najważniejsze, bo zapewniają stabilizację emocjonalną. Bywa, że gdy zawodnik ma problemy w życiu prywatnym, później odbija się to na boisku. To przeszkadza, koncentracja jest mniejsza, widać, że coś jest nie tak, że częściej w gorszym stanie się schodzi do szatni.

Ty należysz do zupełnie nowego pokolenia piłkarzy. To, co mówisz o podejściu do partnerek, tylko to potwierdza. Dzisiejsze gwiazdy futbolu to zupełnie nowa jakość. Przecież jeszcze do niedawna piłkarz kojarzył się z niezbyt bystrym osiłkiem, który dobrze kopie piłkę. Dziś ten stereotyp chyba już nie ma racji bytu.

Zgadza się. Oprócz przygotowania sportowego u piłkarza równie ważna jest głowa. Bo futbol to taki sport, gdzie trzeba dużo i szybko myśleć. Połowa sukcesu to są decyzje, które podejmujemy na boisku. Więc szkoła wbrew pozorom też się przydaje. (śmiech) Niedawno czytałem artykuł, w którym przedstawiono badania, że piłkarze to jedna z najbardziej inteligentnych grup zawodowych. To tylko potwierdza, że w dzisiejszej piłce bez myślenia, bez inteligencji trudno wspiąć się wysoko.

 

Mam wrażenie, że ta samoświadomość u piłkarzy też jest obecnie większa niż była jeszcze parę lat temu. Zawodnicy bardzo dbają o zdrowie, o kondycję. Zwracają uwagę na to, co jedzą, nie balują w sezonie, dbają o siebie.

Kiedy gra się już w najwyższej lidze, każdy szczegół jest ważny. Czasem to niuanse decydują, kto strzeli bramkę, czyja drużyna wygra mecz. Wiadomo, że wszystko jest dla ludzi, że kiedy jest czas, to można się pobawić. Ale gdy trwa sezon, to terminarz spotkań i treningów jest tak napięty, że piłkarz nie może sobie pozwolić, żeby pójść na imprezę. Bo jeśli za dwa dni gra mecz, to po prostu nie będzie do niego przygotowany. Ja mówię o imprezie, gdzie się pije, bo wyjście do klubu na godzinę lub dwie nie jest niczym złym. Po meczu często mamy problem z zaśnięciem, siedzi się do 2.00 czy 3.00, aż te emocje ze spotkania opadną.

Mówisz, że na tym poziomie zawodowstwa liczą się niuanse. Czy to, jak byliście trenowani, też ma znaczenie? Wyobrażam sobie, że wyszkolenie jest inne w niemieckiej i polskiej lidze.

Oczywiście, trening ma znaczenie. Przygotowanie z młodych lat wpływa na to, jak gramy teraz. I czasem sobie myślę, że gdybym był inaczej prowadzony jako młody zawodnik, być może szybciej doszedłbym do tego poziomu, który dziś reprezentuję, może dziś byłbym w innym miejscu. Wiem, jakie elementy zostały zaniedbane, kiedy byłem dzieciakiem, jakie braki w szkoleniu sam musiałem kiedyś tam nadrabiać.

Pamiętam, kiedy mówiłeś, że jako młodzi zawodnicy biegaliście na przełaj po  lasach, co z dzisiejszego punktu widzenia jest w ogóle niepotrzebne, a mogliście ten czas poświęcić na granie w piłkę, na doskonalenie technicznych umiejętności. Albo kiedy po kontuzji sam właściwie przeprowadzałeś swoją rehabilitację. W Twojej rodzinie żartuje się nawet, że z kontuzji wyprowadził Cię Wasz pies, z którym biegałeś, żeby dojść do formy.

Zgadza się, wszystko musiałem robić sam, nie wiedziałem dokładnie, jakie ćwiczenia wykonywać. Miałem świadomość, że powinienem robić więcej. Czy przy profesjonalnej rehabilitacji szybciej doszedłbym do siebie? Trudno powiedzieć. To zostało nieprofesjonalnie przeprowadzone, bo ja jako zawodnik powinienem mieć czarno na białym napisane, co mam robić. To są właśnie takie elementy, które gdzieś się zaniedbało i potem trzeba było nadrobić. Z drugiej strony nie ma co o tym myśleć, trzeba się skupić na tym, żeby zrobić jeszcze jak największy postęp i żeby jak najwięcej osiągnąć.

Czy odczuwasz, że rzeczywiście jest coś takiego w piłce nożnej, jak kult indywidualności, kult jednostki? Piłkarze wyrastają na prawdziwe gwiazdy nie tylko sportu, ale również popkultury, stają się autorytetami i to nie tylko dla młodych ludzi. Czujesz taką presję, że ludzie chcą, żebyś Ty im powiedział, jak żyć?

Żeby mówić komuś, jak żyć, trzeba najpierw to wiedzieć samemu. Ja przeszedłem drogę zwykłego chłopaka, który się wychował na podwórku, grając w piłkę. Wiem też, jakie błędy popełniłem i ile pracy musiałem włożyć w to, żeby stać się tym człowiekiem, tym sportowcem, którym dziś jestem. I takim doświadczeniem mogę się dzielić, podpowiedzieć chłopakom, co mają robić i na czym się skupić, bo wiem, jak wiele elementów w życiu piłkarza składa się na sukces. Ale nie przyszłoby mi nawet do głowy, żeby komukolwiek mówić, jak ma żyć.

Czy gdzieś tam z tyłu głowy masz taką świadomość, że ludzie oczekują od Ciebie więcej, że musisz być taki „correct”, że jesteś dla młodych ludzi autorytetem, więc wiesz, że nie możesz być sfotografowany, jak balujesz gdzieś pijany, bo to tych młodych chłopaków zawiedzie?

Zdaję sobie z tego sprawę, ale też jesteśmy normalnymi ludźmi. My też siedzimy w domu, oglądamy telewizję, chcemy i potrafimy normalnie żyć. Ale z drugiej strony musimy dbać o  wizerunek, bo w dzisiejszych czasach to, jak jesteśmy postrzegani, jest bardzo istotne. Nie reprezentujemy tylko siebie, ale również klub, kraj. I zawodnikom czy klubowi raczej nie pomoże, kiedy znajdziemy się w jakiejś kompromitującej sytuacji. Inna sprawa, że ja się nie muszę jakoś strasznie pilnować, bo normalnie, na co dzień nie robię żadnych skandalicznych akcji. Musiałbym wcześniej pokombinować, gdybym chciał wywołać jakiś skandal. (śmiech)

I nie zdarza Ci się zdenerwować? W końcu żyjesz w naprawdę dużym napięciu, gracie mecze o ogromne stawki. Jak się wkurzysz, to trzaśniesz drzwiami albo oddasz koledze, gdy Cię w szatni zaczepi?

Zdarza się, nie jestem chodzącym ideałem.

A mówi się, że Twój największy atut na boisku to zimna krew. To jest cecha charakteru, czy sobie to wypracowałeś? Wyłączasz jakieś receptory, kiedy wchodzisz na boisko, bo wiesz, że ten rodzaj koncentracji sprawdza się w grze?

Trudno powiedzieć. Myślę, że to trochę wrodzone, a trochę wyćwiczone. Jeśli chodzi o te boiskowe zagrania, to też kwestia doświadczenia. Wiem, że agresja i wykrzyczenie czegoś nie załatwią sprawy, że lepiej do tego podejść na spokojnie, bo więcej będzie z tego korzyści.

No ale Ty się czasem nawet z bramki jakoś żywiołowo nie cieszysz. Półuśmiech i grasz dalej.

Nieraz człowiek nie zdaje sobie sprawy, że ta bramka jest tak ważna, bo na boisku ma kolejną rzecz do zrobienia. Ale bramki oczywiście wzbudzają zazwyczaj euforię.

Nie zauważyłam, żebyś po strzeleniu bramki krzyczał i biegł w  stronę kamery, ściągając koszulkę.

No, może niedługo ściągnę koszulkę. (śmiech) To jest też kwestia tego, jaka to bramka, jak ona jest ważna…

Twój menedżer Cezary Kucharski mówił, że jednym z Twoich atutów jest to, że nie grasz dla pieniędzy. Że one są obok, bardziej jako wynik Twojej pracy i sukcesów na boisku niż cel sam w sobie. Kiedy przechodziłeś do Borussi, miałeś o wiele bardziej intratne propozycje finansowe, a jednak wybrałeś klub, który mniej płacił, ale dawał większe możliwości rozwoju.

Z Czarkiem rozumiemy się w tych kwestiach i wiem, że on nigdy by mnie nie namawiał na jakąś ligę tylko dla pieniędzy. On jako menedżer myśli przede wszystkim o zawodniku. I myśli długofalowo – nie o tym, co będzie za rok, dwa, tylko w perspektywie dziesięciu lat. I to mi odpowiada.

Wasza relacja zawodowa przerodziła się również w przyjaźń poza boiskiem.

To fakt, nasze relacje są dobre, także te pozazawodowe. Czarek był piłkarzem i wie, na czym polega ta praca, dlatego pomaga mi nie tylko w sprawach piłkarskich, ale również innych. On ze swoim doświadczeniem wie, jakie wartości są ważne dla piłkarza. Zresztą sam nie ukrywa, że został kilkakrotnie oszukany przez menedżera i wiedział, jak to się odbiło na jego karierze. Dużo rozmawiamy, to nie wygląda tak, że Czarek narzuca mi swoje zdanie. To wszystko jest wynikiem dyskusji, omawiania za i przeciw. Czasem są trudne decyzje, które trzeba podjąć, i lepiej, jeśli każdy powie, jakie ma poglądy. Łatwiej wtedy zauważyć wszystkie plusy lub minusy.

 

A kiedy poczułeś, że naprawdę jesteś dobry w tym, co robisz, bo Twoja kariera to nie był przecież taki blitzkrieg, że nagle wszystkich olśniło: „Jaki ten Lewandowski jest genialny!”?

Wiadomo, że nie zawsze było superłatwo i kolorowo. Myślę, że pierwszym momentem, kiedy pomyślałem, że piłka to moja droga, było przejście ze Znicza Pruszków do Lecha Poznań. Drugi taki moment to już w Borussii Dortmund, po  pierwszym sezonie. To był mój pierwszy wyjazd za granicę – nowy język, nowa kultura – i wiedziałem, że będę potrzebował czasu, żeby się zaadaptować, ale starałem się, dawałem z siebie wszystko, nie załamywałem się i w końcu pokazałem, że jestem zawodnikiem, który chce i powinien grać w pierwszym składzie. Widziałem, że to idzie w dobrym kierunku, że mogę na pewno zajść daleko.

Czy wybitnym piłkarzem trzeba się urodzić, czy przy odpowiedniej wiedzy szkoleniowej z każdego chłopaka z w miarę dobrymi warunkami fizycznymi można dzisiaj zrobić dobrego piłkarza?

Jakąś iskrę trzeba w sobie mieć, wiadomo, że talent pomaga. Talent to jest jakieś kilkadziesiąt procent, potem dochodzi do tego ciężka praca i w jakimś stopniu „głowa”, bo to jest też bardzo ważne. Wydaje mi się, że przy dobrym szkoleniu z większości zawodników można wyciągnąć to, co najlepsze, a potem już od zawodnika zależy, na jakim poziomie będzie grał.

Twoi rodzice od początku zaplanowali, że będziesz sportowcem, nawet imię dali Ci międzynarodowe, jakby czuli, że masz szansę na światową karierę. A Ty czułeś od dziecka, że rodzice Cię chowają na sportowca?

Tak. Na ten mój sport poświęcali dużo czasu i energii. Wozili mnie z Leszna na treningi, co kosztowało, i wierzyli, że to da efekty, że warto się poświęcić dla dziecka, żeby potem mieć satysfakcję i być dumnym. Inna sprawa, że ja od początku wykazywałem wielki zapał do sportu, rodzice nie musieli mnie zmuszać do treningów. Sam trenowałem po normalnych zajęciach. No i nie zastanawiałem się, kim zostanę albo co będę chciał w życiu robić. Od razu wiedziałem, że chcę być piłkarzem. I oni po prostu zdawali sobie z tego sprawę.

Rozmawialiśmy o Twoim tacie, o tym, że musiałeś szybciej dorosnąć. Myślisz, że to, że tak wcześnie straciłeś ojca, miało wpływ na to, jakim jesteś zawodnikiem?

Może w jakimś stopniu? Nigdy się nad tym nie zastanawiałem. Być może pomyślałem, że muszę być dobrym zawodnikiem, dać z siebie wszystko, bo wtedy łatwiej będzie pomóc finansowo naszej rodzinie, ale nie myślałem o tym ciągle. Kiedy się myśli tylko o pieniądzach, to efekty z tego są potem raczej marne. Po prostu zdawałem sobie sprawę, że jak będę dobrym piłkarzem, to te pieniądze mogą przyjść i będę mógł pomóc. I tak jest do dziś. Na boisku zawsze chcę zagrać jak najlepszy mecz, strzelić jak najwięcej bramek i to dla mnie jest najważniejsze, a pieniądze w tym momencie nie mają żadnego znaczenia.

Czy te gigantyczne sumy, które padały przy okazji Twojego transferu, robią jeszcze na Tobie wrażenie, czy to jest abstrakcja, której nie przyjmujesz do wiadomości? Niedawno przeczytałam w niemieckim „Bildzie”, że kontrakt jest już przesądzony, dlatego możesz sobie spokojnie grać.

Na co dzień w ogóle nie interesuję się tymi wszystkimi kalkulacjami. Prasowych rewelacji nie komentuję, skupiam się na grze. Nie wybiegam w przyszłość.

W taką bliższą przyszłość już wybiegacie z Anią, kiedy mówicie, że zamierzacie mieć dzieci. Czy wiedząc, ile poświęceń i energii kosztuje sport, chciałbyś, żeby Twoje dzieci się nim zawodowo zajmowały?

Na razie nie mamy dzieci, więc o tym nie myślimy. Kiedy już będą na świecie, to dopiero wtedy zastanowimy się, co będzie dla nich najlepsze.

Nie planujesz z góry, że jeśli będziesz miał syna, zostanie piłkarzem?

Nie. Raczej chcielibyśmy, żeby to on o tym zdecydował.

Ale chyba w piłkę będziesz z nim grał?

Pewnie! (śmiech) Dam mu parę wskazówek. (śmiech)