Nasze spotkanie od początku nie przypominało typowego wywiadu. Salma krążyła po całym pokoju, podjadając kanapki, a Antonio śmiał się z przyjaciółki, że jak nie przestanie, to obsługa będzie musiała donieść kolejne potrawy. Zresztą przez całą rozmowę dokuczali sobie, głównie żartując ze swoich akcentów. A elegancka Salma pozwoliła sobie także na komentarz dotyczący sportowego stroju kolegi. „Nie zwracaj na to uwagi. Antonio zawsze wygląda jak po partyjce tenisa” – rzuciła. Widać, że są ze sobą bardzo zżyci. „Znamy się od lat. Nasze rodziny się lubią. Tworzymy całkiem zgraną paczkę” – tłumaczył aktor. „Zdarza się nam jednak spierać ze sobą. Ale wtedy rozmawiamy po hiszpańsku. Ten język dużo lepiej oddaje nasze emocje” – dodała Salma. Gdy zadałem pierwsze pytanie, aktorka zajadała się właśnie melonem z szynką. „Panno Hayek, prosimy o odpowiedź” – rozbawiony Antonio podpuszczał koleżankę. Jest jednak dżentelmenem i wyręczył ją, by nie musiała mówić z pełnymi ustami.

Lubicie koty?

ANTONIO: Lubię wszystkie zwierzęta. No może poza... szczurami.

SALMA: Ja nie cierpię węży... Ale koty są super.

Jakie było największe wyzwanie podczas pracy nad postacią Kitty Kociłapki?

SALMA: Zanim weszłam do studia, nie miałam o niczym pojęcia. Nie pokazali mi wcześniej scenariusza! To przez niego (wskazuje na Antonia).

ANTONIO: Nie miałem z tym nic wspólnego.

SALMA: Akurat. Byłam przerażona przed nagraniem.

ANTONIO: Mnie pokazali scenariusz (szepcze)...

SALMA: No właśnie! Jemu pokazali, mnie nie. Dlatego cała kreacja postaci Kitty była dla mnie olbrzymim wyzwaniem. Przygotowania, kolejne sceny. Antonio miał już wcześniej doświadczenie ze swoim Kotem w Butach. Grał go przecież w kolejnych częściach „Shreka”.

Jak się pracuje nad kreskówką?

ANTONIO: Najpierw trzeba sobie wyobrazić tę postać w jej naturalnym środowisku. Czy będzie liderem grupy, czy tylko jej członkiem? Twardzielem, a może typową gapą? 10 lat temu twórcy „Shreka” stworzyli postać Kota w Butach na podobieństwo Zorro. Dlatego oczywiste było dla wszystkich to, że powinien być macho. Normalnie koty w filmach dla dzieci mówią słodkimi głosikami, są infantylne. A nasz futrzak musiał być inny. Uwodzicielski, doświadczony przez los, pewny siebie. Więc tak go „ożywiłem”.

Grałeś Zorro, więc futrzak wymachujący szpadą nie był Ci obcy. 

ANTONIO: No tak. Mieli mnóstwo podobieństw. Gorący temperament, szlachetność, ale Kot w Butach miał jedną cechę, której prawdziwy Zorro nie mógł ujawnić. Chodzi mi o taki specyficzny rodzaj kociej miękkości. Pamiętasz słynną scenę z oczami ze „Shreka”?

SALMA: Wszyscy znają tę scenę. Po „Shreku” kobiety zaczęły miauczeć na Antonia, by go poderwać. Wyobrażały sobie, że on będzie na ich widok robił takie oczy. A wracając do różnic, Zorro nie lubił mleka...

ANTONIO: I nie stał się też grubasem jak nasza kicia w ostatniej części przygód ogra i spółki. To wszystko sprawia, że nie jest jednowymiarową postacią. A ja musiałem to zagrać swoim głosem tak, by uwierzyli w to widzowie.

Miałeś wolną rękę?

ANTONIO: Dubbing to przede wszystkim praca zespołowa. Na dużo większą skalę niż przy tradycyjnych filmach. Wolną rękę twórcy zostawiają nam przy niuansach. Resztę ustalamy wspólnie przed nagraniami. Często jest tak, że odbywają się one raz na dwa, trzy miesiące w różnych miejscach na świecie. Wtedy trudno jest wprowadzić się w odpowiedni dla filmu i postaci klimat. Poza tym każda postać ewoluuje. Scenarzyści nagle chcą mieć bardziej dojrzałego i stonowanego kota. Oznajmiają mi to przed wejściem do studia, a ja muszę zadbać, by właśnie taki był. Trzeba to wszystko sobie poukładać w głowie. Tylko wtedy można mówić o dobrym dubbingu.

Wasze dzieci były pewnie zachwycone.

SALMA: Valentina pokochała Kitkę od pierwszego wejrzenia. Strasznie się martwiłam, czy jej się spodoba, czy będzie ją rozśmieszać, bo moja córka nie wszystkie kreskówki lubi. Tak naprawdę nie interesowało mnie to, co będą mówić krytycy, znajomi czy inni aktorzy, zależało mi tylko na aprobacie dziecka. Kiedy zobaczyła „Kota w Butach”, śmiała się do łez.

ANTONIO: Mimo że moje są już trochę za „stare” na tego typu filmy (jest ojczymem dwójki dzieci Melanie Griffith, razem mają też 15-letnią córkę Stellę – przyp. red.), również bawiła ich postać Kota w Butach. Najpierw w „Shreku”, a teraz w nowej produkcji. Filmy animowane to w ogóle jest specyficzny gatunek. Docierają nie tylko do najmłodszych widzów. Praktycznie każdy jest w stanie znaleźć coś dla siebie.

SALMA: W naszych rodzinach są przedstawiciele wszystkich pokoleń. I każdy świetnie się bawił na filmie.

ANTONIO: Nawet Tippi, moja prawie 82-letnia teściowa. 

Doskonale się znacie. Pracowaliście razem przy pięciu filmach...

SALMA: Na planie jednego z nich Antonio mało mnie nie zabił.

ANTONIO: Co ty wygadujesz?

SALMA: Nie pamiętasz „Pewnego razu w Meksyku”? Antonio zapowiedział reżyserowi Robertowi Rodriguezowi, że wszystkie sceny kaskaderskie będzie wykonywał sam. Jest przecież takim macho. Zasugerowali, żebym ja też tak zrobiła. I niestety, byłam na tyle głupia, że się zgodziłam. Do tej pory mam problemy z biodrem po upadku z dużej wysokości. A mogło się to przecież skończyć dużo gorzej.

ANTONIO: I to niby wszystko moja wina?

SALMA: Przez ciebie skakałam po dachach budynków. Poza tym ktoś zawsze musi być winien.

A już bez zgryźliwości, co w sobie podziwiacie?

 

ANTONIO: Salma ma cechę, która charakteryzuje tylko wybitne aktorki. Jest piekielnie mądra. Bardzo szybko odnajduje się w różnych sytuacjach, zna się na ludzkiej psychice. To bardzo ważne w naszym zawodzie. Dzięki tej umiejętności może wydobyć z postaci najważniejsze cechy, skupić się na nich i sprawić, że staje się wiarygodna na ekranie. Świetnie też odczytuje zamierzenia reżysera. I kiedy do tego wszystkiego doda się jej ambicję, powstaje nam portret artystki idealnej. Kochana, teraz twoja kolej.

SALMA: Masz wręcz nieprawdopodobny głód życia. I to widać, kiedy wchodzisz w każdą kolejną rolę. Ożywiasz ją. Grasz z pasją, której ci zazdroszczę. Mimo że teraz nie musiałbyś się już tak starać, wciąż to robisz. To wielka zaleta. Po Antoniu widać, że urodził się, by zostać aktorem. Kocha to zajęcie jak mało kto.

Nie musicie już walczyć o pozycję w środowisku. To może być trochę demotywujące.

ANTONIO: Myślałem już o tym wcześniej, ale na szczęście doszedłem do takiego etapu, że oprócz aktorstwa mogę także zająć się innymi rzeczami. Dużą satysfakcję sprawia mi praca po drugiej stronie kamery – reżyserowanie filmów i ich produkcja. Te-raz chcę się skoncentrować głównie na tym. Nie oznacza to jednak, że zrezygnuję z grania. Tak jak mówiła Salma, to moja pasja. Nowe wyzwania pozwolą mi naładować akumulatory.

SALMA: Przede mną też nowe wyzwania, ale są one związane z moją córką. Dzięki niej zrozumiałam, że powinnam trochę zwolnić tempo. Żeby nacieszyć się dzieciństwem Valentiny i nie przegapić żadnego ważnego momentu w jej życiu. Razem z mężem (François-Henrim Pinaultem, francuskim miliarderem – przyp. red.) zdecydowaliśmy, że zostaniemy w Europie. Tutaj chcemy wychowywać nasze dziecko. Nie przyjmuję już wszystkich ofert z Hollywood, częściej wybieram te od miejscowych twórców, by nie przeżywać rozłąki z rodziną. Mam już taki komfort, że czytam tylko te scenariusze, które mnie interesują. Nie muszę niczego nikomu udowadniać. Tylko sobie. I tylko to, że jestem dobrą matką.