Twoja rola w „Grawitacji” zaskaku­je. Znamy Cię z „Ja Cię kocham, a Ty śpisz”, „Wielkiego Mike’a”, „Strasznie głośno, niesamowicie blisko” i wielu innych filmów, ale „Grawitacja” jest dla Ciebie nietypowa. Jak zareagowałaś, gdy zaproponowano Ci udział w tej produkcji i pierwszy raz przeczytałaś scenariusz?

Zawsze marzyłam, by emocjonalnie i fi­zycznie robić to, co moi koledzy po fa­chu zawsze robili, w czym grali. Za każ­dym razem, gdy widziałam film, który budził mój podziw, byłam zazdrosna, że główną w nim rolę grał zwykle męż­czyzna. Tylko takie role były dostępne. Nie powstawały inne. Nie miało nawet znaczenia, że szukało się odpowiedniej roli czy zmieniało płeć bohatera na żeń­ską. Po prostu nie było widać tego typu ról. Ale w ciągu kilku ostatnich lat tro­chę się pozmieniało.

Na szczęście dla Ciebie reżyser Alfonso Cuarón razem z synem Jonasem napisali głów­ną rolę w „Grawitacji” specjalnie dla kobiety.

Taki był zamysł od początku. Myślę, że całość tej historii jest rewolucyjna - także fakt, że studio sfinansowało coś tak nienamacalnego jak ten projekt. Dla mnie to była niepowtarzalna okazja dołączyć do grona ludzi realizujących ten projekt - naprawdę onieśmielająca oka­zja. Uświadomiłam sobie, że muszę sta­nąć na wysokości zadania i stać się lep­szą wersją samej siebie, żebym mogła zrobić wszystko, o cokolwiek mnie po­proszą. Dlatego każdego dnia jestem bardzo, bardzo wdzięczna za tę rolę.

Od pierwszych zdjęć do filmu aż do oficjalnej premiery minęły ponad dwa lata. Co poczułaś, widząc efekt tej pracy na ekranie?

Pierwszy raz zobaczyłam zmontowany w całości obraz podczas festiwalu filmo­wego w Wenecji. Zawsze mówię, że gdy aktor widzi siebie po raz pierwszy w ja­kimś filmie, to cały czas tylko siebie ob­serwuje, nienawidzi siebie, rozkłada swoją grę na czynniki pierwsze i w kółko powtarza, że wygląda okropnie. A w We­necji nie było nawet czasu, żeby rozkła­dać cokolwiek na czynniki pierwsze, bo jako widza obezwładniało mnie eks­tremalne piękno i emocje, które budziły efekty wizualne. W tym filmie to technologia tworzy te niezwykłe emocje. Oglą­dając film, myślałam tylko: „Jak oni to zrobili, że dźwięk dobiega zza mojej gło­wy?”. Nagle zorientowałam się, że ten film wciąga w taki sposób, w jaki nawet nie planowałabym się wciągnąć. (śmiech)

A jak zareagował Twój filmowy partner, George Clooney?

Oboje z George’em zareagowaliśmy po­dobnie i skwitowaliśmy seans jednako­wo: „Wow!”. Bo ten film naprawdę od­biera ci mowę!

Rola dr Stone musiała być dla Ciebie wyczer­pująca emocjonalnie. Dowiedziałaś się czegoś nowego o sobie?

Nigdy do końca nie wiesz, jaka zmiana się w tobie dokonała, dopóki któregoś dnia nie obudzisz się i nie powiesz: „O, inaczej reaguję na pewne sprawy. Czuję się inaczej”. Kiedy teraz patrzę na moją karierę, myślę, że miałam dużo szczęścia. Bo w końcu obejrzałam film ze mną w roli głównej, w którym gram tak, jak zawsze chciałam.

Jak wspominasz pracę na planie z Cuarónami?

Często jest tak, że gdy spotykasz artystę, którego podziwiasz i z którym masz na­dzieję stworzyć coś wyjątkowego, to spo­tkanie z nim rozczarowuje cię. Bo taką osobę stawiasz na piedestale, a potem zwykle okazuje się, że ona wcale nie jest miłym osobnikiem. (śmiech) Dokładnie odwrotnie było w przypadku Alfonso, bo spotkałam wspaniałego człowieka. Poczułam, że w pewnym stopniu jeste­śmy do siebie podobni. Zbliżyło nas to, jak patrzymy na pewne sprawy i wydarzenia. A potem poznałam Jonasa, jego syna i współscenarzystę filmu, i od razu pomyślałam: „On jest dokładnie taki sam jak oj­ciec”. Jest w nim spokój i chęć zro­zumienia. I właśnie to przeniknęło do sfery emocjonalnej filmu, do hi­storii dr Stone. Nie wiedzieliśmy tak naprawdę, dlaczego razem zna­leźliśmy się w danym miejscu, ale priorytetem dla nas stało się to sa­mo - choć wkraczaliśmy w zupeł­nie nieznany nam świat, zrobiliśmy wszystko, by go zrozumieć.

Zdjęcia do filmu były dla Ciebie wyzwa­niem z wielu powodów. Także dlatego, że kręcono je w Anglii, a Twój synek Louis miał wtedy tylko półtora roku.

Tak, nie mogłam sobie tak po pro­stu egoistycznie wyjechać z Los An­geles. Wiedziałam, że muszę zabrać syna ze sobą. Zapytałam więc Alfon­so: „Czy możecie sprawić, żeby dla Louisa to było wyjątkowe doświad­czenie, żebym nie czuła, że jestem gdzieś daleko i muszę przejmować się tym, gdzie on jest, czy dobrze się bawi?”. Niesamowite było to, że wte­dy producenci zamienili dużą część studia w deszczowym Londynie w krainę czarów dla mojego synka.

 

Jak Ci się grało, kiedy przez większą część fil­mu byłaś przed kamerą zupełnie sama?

(śmiech) Nie zastanawiałam się nad tym. Zresztą na ekranie nie jestem tylko ja. Stałym bohaterem „Grawitacji” jest przecież technologia. Ona mnie otacza z każdej strony. Przez cały czas grania zastanawiałam się raczej, co twórcy ma­ją w głowach, czego ode mnie oczekują. Nawet przez chwilę nie pomyślałam, że jestem jedyną osobą, dopóki... nie zaczęłam udzielać wywiadów po pre­mierze i nie zaczęli mnie wszyscy stre­sować, pytając: „Jak się czujesz z faktem, że cały ten film spoczywa na twoich bar­kach?”. (śmiech) A ja odpowiadałam: „Dlaczego to jest nagle wyłącznie mój pro­blem? To nie ja napisałam scenariusz i nie ja wpadłam na pomysł, by kręcić film o kosmosie". Ale nadal o tym nie myślę, bo uważam, że jestem trzecia albo czwar­ta na liście bohaterów, zaraz po samej hi­storii, efektach specjalnych i dźwięko­wych. Myślę tak również dlatego, że George gra w tym obrazie bardzo znaczącą postać, która symbolizuje życie. Bez tej perspektywy film nie byłby taki sam.

Przygotowując się do roli, rozmawiałaś z ludź­mi z NASA?

Mieliśmy na planie wielu techników, któ­rzy mi pomagali, i to dosłownie, żebym umiała ogarnąć przyciski na wahadłowcu i stacji kosmicznej. Nie wiedziałam prze­cież, co powinnam zrobić, by to wyszło na ekranie prawdziwie. Bardzo też byłam przejęta pracą ciałem w stanie nieważko­ści i tym, jak ono reaguje bez grawitacji, a nikt nie potrafił mi tego dokładnie wy­tłumaczyć. Na szczęście mój szwagier spotkał w winiarni swojego przyjaciela, którego siostrajest astronautką. Poprosił o przekazanie mojego numeru Katie (astronautka NASA Catherine Coleman - przyp. red.), która w tym czasie prze­bywała w Międzynarodowej Stacji Ko­smicznej! Zadzwoniła do mnie i w końcu mogłam porozmawiać z kimś, kto na­prawdę doświadcza rzeczy, których pró­bowałam się „fizycznie" nauczyć. Wresz­cie miałam kogo zapytać, jak właściwie zachowuje się ciało w stanie nieważko­ści, czego muszę je nauczyć oraz jak przeprogramować naturalne na Ziemi fizyczne reakcje, które w kosmosie nie działają. To był przypadek, łut szczęścia, ale dowiedziałam się wszystkiego, czego potrzebowałam.

Często rozmawiałyście z Katie?

Przeprowadziłyśmy tylko jedną rozmowę telefoniczną. Nie można sobie tak po pro­stu dzwonić na stację kosmiczną.

Co po rozmowie z Katie najbardziej zafascy­nowało Cię w pracy astronauty?

Gram naukowca, który ma ambicję zo­stać astronautą. To ktoś, kto znalazł się w sytuacji, kiedy łatwiej było wyszkolić go do tej jednej misji, a potem zwolnić do domu. Myślę, że moja postać ma właśnie to emocjonalne podejście do życia, tę nadzwyczajną motywację, która pcha astronautów do nowych wyzwań. Tacy są ludzie w NASA. Szkolą się w jakiejś dzie­dzinie tu, na Ziemi, a potem lecą w ko­smos, by zobaczyć, jak tam to zadziała. Chcą, żebyśmy po ich powrocie mogli skorzystać z tej wiedzy.

A na czym właściwie polegał Twój trening, by poruszać się przed kamerą tak, jakbyś na­prawdę była w stanie nieważkości?

W studiu nie ma tego luksusu, żeby wszystko nagrać przy zerowej grawitacji. Tu działa przyciąganie, a nasze ciało na nie reaguje zupełnie automatycznie. Dla­tego przeszłam trening, by te nienatural­ne dla mnie odruchy z nieważkości stały się moją drugą naturą i by widzowie uwierzyli, że naprawdę jestem w kosmo­sie. Ćwiczyłam ciało przez tygodnie, powtarzałam każdy ruch wielokrotnie, następnie z Alfonso synchronizowaliśmy to wszystko z kamerą. Na koniec wresz­cie, kiedy miałam już opanowane te ru­chy, musiałam przestać o nich myśleć, żeby połączyć się z emocjami i opowie­dzieć historię, która poruszy widzów.

Dźwięk w tym filmie jest bardzo ważny, ale tak naprawdę to Twój głos prowadzi widzów przez tę kosmiczną podróż.

Razem z Alfonso dużo o tym rozmawia­liśmy, bo to niezwykle istotne: głos, od­dech oraz to, w których momentach sły­chać głos mojej postaci, kogoś, kto został odcięty od wszystkich i wszystkiego. Gdy tylko szłam o ton wyżej w mojej panice, zawsze brzmiało to fałszywie. Alfonso mówił wtedy: „Następnym razem zrób to w innym rejestrze, spróbuj i zostań tam”.

Jak udało się Wam osiągnąć takie nasycenie emocji jedynie dzięki dźwiękowi?

Ciągle analizowaliśmy nagrania: „Czy możemy wyszukać wszystkie fałszywe to­ny w głosie? Te oddechy, które nie mają ze sobą związku albo są za szybkie?”. Spędziliśmy nad tym mnóstwo czasu. Skrupulatność, jaką włożyliśmy w pracę nad tym filmem, to coś, o czym się rzad­ko mówi. Bardzo nam zależało, by w gło­sie dr Stone słychać było jej doświadcze­nia i etap, na którym znajduje się w życiu.