Trochę przytył od naszego ostatniego spotkania. Ma też pomalowane paznokcie u rąk. Na szaro. Poza tym Seal w ogóle się nie zmienił. Wciąż zaskakuje otwartością. Jest też szalenie sympatyczny i bezpośredni. Już w chwili, gdy siadam przy stole w luksusowej willi hotelu Sunset Marquis, czuję się jak jego dobry znajomy. Szybko skrócił dystans i mimo że przez kilka dni udzielił setek wywiadów, nie dał odczuć, że ma dość spotkań z dziennikarzami. Pamiętał, że poprzednio rozmawialiśmy o płycie „System”. „To było trzy lata temu. Wiele się wydarzyło od tego spotkania" – rzucił. Bardzo wiele. W tym czasie Seal wydał album „Soul” zawierający covery największych soulowych klasyków. I po raz trzeci został ojcem. W październiku RSST roku na świat przyszła malutka Lou Sulola. Piosenkarz jest tak pozytywnie nakręcony, że nawet na moje grzecznościowe pytanie: „Jak się masz?”, odpowiada z energią: „Super. Wszystko idzie po prostu świetnie”.

GALA: Co Cię wprowadza w tak dobry nastrój?

SEAL: Życie. Każdy kolejny dzień mojego życia.

GALA: Lubisz zarażać optymizmem. Powiedziałeś kiedyś, że chciałbyś przynosić ludziom radość.

SEAL: Tak, poprzez łączenie każdego z nich z samym sobą. Marzę, by ludzie „niepołączeni”, którzy słuchają mojej muzyki, byli w stanie odnaleźć siebie. Rozumiesz?

GALA: Chodzi o głębszą refleksję? Autoanalizę?

SEAL: Raczej o odczuwanie. Jeżeli ludzie mają problemy, coś ich gryzie, muszą to z siebie jakoś wyrzucić. Czasami pomaga im rozmowa z bliskimi. Z partnerami, przyjaciółmi. Często tę rolę powierników przejmują psychoanalitycy czy psychiatrzy. W najgorszych przypadkach, gdy ludzie nie mają się komu wyżalić, po prostu skaczą z dachu. Kiedy coś leży mi na sercu, biorę gitarę i śpiewam. To dla mnie bardzo oczyszczające doświadczenie. Można to porównać z obiegiem energii. Problemy blokują jej prawidłowy przepływ. Muzyka powoduje, że znowu jestem połączony ze źródłem. Mogę ją poczuć. Brak połączenia z obwodem, czyli odłączenie od myśli, duszy, jest dla mnie najgorszą z możliwych rzeczy. Wtedy czuję, że nie mam kontaktu sam ze sobą...

GALA: Nie wiesz, kim jesteś.

SEAL: Dokładnie. W takich chwilach nic nie jest dobre. Żadne relacje – z ukochanymi, z dziećmi czy nawet z przyjaciółmi. Wszystko idzie źle. Człowiek cierpi. Dopiero jak poczuje grunt pod nogami, uziemi się, czyli połączy się ze sobą, ze swoją energią, może budować szczęście. Chciałbym, żeby moja muzyka dawała im takie poczucie. Poczucie połączenia ze sobą. Jeżeli sami tego nie chcą, a słuchają mnie tylko dla rozrywki, to też świetnie.

GALA: Co chciałbyś im przekazać w najnowszym albumie „Commitment”?

SEAL: Niech wyniosą z niego wszystko, co chcą. Ja mogę kontrolować tylko to, co wkładam w płytę. Nie decyduję o refleksjach słuchaczy. A w „Commitment” włożyłem naprawdę wiele. Najlepsze co miałem w sobie. Wszyscy, którzy ze mną pracowali przy tym albumie, poświęcili mu się bez reszty. Nie tylko muzycy. Ludzie z obsługi, pracownicy wytwórni... To nie tylko nasze dzieło – moje, producenta Davida Fostera – ale także ich. Cała grupa pracowała przy jego tworzeniu przez ostatnie cztery lata. Mieli wpływ na mój stan świadomości. To się czuje. Tę energię kolektywu.

GALA: Gdzie szukałeś inspiracji?

SEAL: Wszędzie. Moje życie jest inspiracją. Bo co innego mogłoby nią być? Piszę o rzeczach, które mnie spotykają, o wspomnieniach, o codzienności innych osób, tych które znam, lub tych, o których słyszałem. Nie umiałbym narzucić sobie tematu. Na przykład – teraz będę śpiewał tylko o moich dzieciach albo o wojnie w Iraku. To nie w moim stylu. Płyty to tak naprawdę muzyczna biografia. A to jest jej kolejny rozdział.

GALA: Ile piosenek napisałeś na ten album?

SEAL: 41. Ale na płycie znajdziesz ich 11. Dwunasta to utwór „You Get Me”, który nie jest mój. Dziennikarze pytają mnie też, co jest najpierw – tekst piosenki czy muzyka? Nie ma reguły. Czasami piszę coś pod konkretną muzykę, czasem to słowa inspirują nuty. Ale w każdym z tych przypadków pierwsze jest zawsze uczucie. To w ogóle jest dość dziwny stan. Mam wrażenie, że piszę, tworzę cały czas. To stały proces. Nawet teraz. I mimo że jutro już mogę nie pamiętać, o czym rozmawiamy i o czym teraz myślę, to nigdy nie wymażę tego z głowy. Ludzki umysł jest jak twardy dysk. Wciąż przetwarza, interpretuje dane, zapisuje je. Zdarza się, że siedzę i brzdąkam coś na gitarze, a tu nagle coś niespodziewanie wpada mi do głowy. „Wow, skąd się to wzięło?” – myślę wtedy.

GALA: Czy pisząc piosenkę „The Weight Of My Mistakes” (Brzemię moich błędów), myślałeś o konkretnych błędach, które popełniłeś?

SEAL: To zabawne, jak bardzo to wszystkich interesuje. Nie, nie myślałem o swoich największych przewinieniach. Może ich jeszcze nie popełniłem? Zdarzało mi się robić naprawdę paskudne rzeczy, ale... Ale lepiej o tym nie rozmawiajmy. Niech to będzie moja tajemnica.

GALA: To może z innej beczki. Na płycie jest też utwór „Best Of Me" (Najlepsze we mnie). Co jest najlepsze w Tobie?

 

SEAL:Najlepsze we mnie? Oj, będzie ciężko... (mija kilka chwil). Szybciej mogę powiedzieć ci, co jest we mnie najgorsze. Mam problemy z zachowaniem cierpliwości. Ostatnio coraz częściej. Niestety.

GALA: W domu też?

SEAL: Pytasz, czy irytuję się na swoje dzieci? Każdy, kto ma ich kilkoro, wie, że są momenty, w których potrafią zaleźć za skórę. Ale w domu jestem prawdziwą oazą spokoju...

GALA: Duża rodzina to dużo obowiązków. Pomagasz żonie?

SEAL: Tak, jestem świetny w przygotowywaniu posiłków. Ale lepiej tego nie zapisuj, bo to... kompletne kłamstwo. W ogóle nie gotuję. Nie umiem nic naprawić w domu. Chociaż nie – znam się na komputerowych sprawach, więc jak mamy problem z internetem czy podłączeniem głośników, to wtedy mogę zabawić się w złotą rączkę. Jestem też dobry w utrzymywaniu porządku. Ale nie dosłownie. Nie biegam z mopem po domu. Mamy kilka niań i ja trzymam je w ryzach. Jak tylko mnie widzą, są już tak przerażone, że nawet nie próbują dyskutować o naszych metodach wychowawczych. Heidi owinęły sobie wokół palca. Ale jak tylko pojawiam się w polu widzenia, zaczynają się bardzo bać... To superuczucie, mieć posłuch w domu. O tak, w tym jestem naprawdę dobry. Szkoda tylko, że nie mam takiego wpływu na żonę i dzieci. Wszyscy, poza naszymi opiekunkami, wchodzą mi na głowę.

GALA: „Commitment” to poświęcenie, zaangażowanie. Po naszej ostatniej rozmowie wiem, że jesteś w stu procentach oddany rodzinie.

SEAL: Nic się w tej kwestii nie zmieniło. Rodzina jest najważniejsza. Wszystko zaczyna się i kończy na rodzinie. Sława, pieniądze czy kolejna nagroda na koncie to nic w porównaniu ze szczęściem, które dają mi moi najbliżsi. Oczywiście nie znaczy to, że nie traktuję poważnie swojej pracy. W każdym projekcie daję z siebie wszystko, tworzę z pasją. Nie byłbym jednak w stanie zatracić się w tym bez reszty, zapomnieć o rodzinie czy poświęcić ją dla kariery – jak to często dzieje się w show- -biznesie. Cieszę się z tego.

GALA: Ciężko przeżywasz rozstanie z najbliższymi podczas tras koncertowych?

SEAL: Bardzo. Ale fantastyczne jest to, że fani często przekazują pozdrowienia dla mojej rodziny. „John, pamiętasz, gdzie poznaliśmy tego chłopaka na wózku?” (w tym momencie Seal zwraca się do swojego ochroniarza). „Chyba w Tunezji?” – zastanawiają się razem. Nie, to był koncert we Francji, na festiwalu Cognac. Był razem z rodzeństwem, siostrą i bratem. Cierpiał na zanik mięśni. Jego wózek stał pod samą sceną, widziałem, że jest moim wielkim fanem. Po skończonym koncercie bardzo cierpliwie czekali, żeby porozmawiać ze mną. Kiedy w końcu do nich podszedłem, przytuliłem go. A on, mimo że był praktycznie pozbawiony możliwości ruchu, oddał ten uścisk. Ale nie to było najbardziej wzruszające. Ten chłopak powiedział: „Kocham cię. I kocham twoją rodzinę”. Naprawdę musiałem powstrzymywać łzy. Pytałeś mnie wcześniej, co chciałbym przekazać swoją muzyką fanom. Wiesz, tak sobie myślę, że jestem cholernie szczęśliwym facetem. Nie choruję, mam czwórkę prześlicznych dzieci, żonę, która kocha mnie do szaleństwa, wymarzoną pracę. Lepiej, to nawet nie jest typowa praca od 8 do 16. Gram, a ludzie wyrażają swoje uznanie. Dzięki temu co robię, mogę posłać dzieciaki do dobrej szkoły. Bo dostaję pieniądze za swoją twórczość. Ten chłopiec przez chorobę nie może nawet marzyć o takim życiu. A mimo to potrafił powiedzieć, że mnie kocha. Że kocha moją rodzinę i cieszy się moim szczęściem. Będę pamiętał to do końca życia. Moja muzyka dała mu trochę radości, mógł choć na moment oderwać się od problemów. I dlatego będę dalej tworzył, grał koncerty, decydował na rozłąkę z rodziną. Właśnie dlatego.

GALA: W takich momentach zmienia się trochę postrzeganie świata.

SEAL: Trochę? To był jak cios w głowę. Ten chłopiec na wózku był kompletnie pozbawiony egoizmu. Mógłbym się od niego wiele nauczyć. Niestety, ja sam jestem samolubem. A wiesz dlaczego? Bo czekam, że taka sytuacja się powtórzy. Że kiedyś ktoś znowu powie mi, że cieszy się moim szczęściem, da mi siłę, zmobilizuje do jeszcze cięższej pracy. To prawdziwy dar. W tym momencie do pokoju wchodzi przedstawicielka wytwórni. Mówi, że czas naszej rozmowy już minął. Seal, prawie krzycząc, oznajmia jej, że jeszcze nie skończyliśmy. „Nie było żadnego pytania o paparazzich” – tłumaczy rozbawiony.

GALA: Nie lubisz ich?

SEAL: Uwielbiam (śmiech). Nie wyobrażam sobie dnia bez ich obecności. O, czekaj. Przecież dokładnie tak jest. Są z nami każdego dnia. Widzę ich, jak czają się pod naszym domem, pod szkołą dzieciaków, jeżdżą z nami na wakacje, chodzą na romantyczne kolacje... (Pracownica wytwórni jest coraz bardziej przerażona tymi żartami, próbuje nawet dać Sealowi znak, żeby już przestał kontynuować ten temat. To jednak nic nie daje). Już stojąc, Seal mówi, że w następnym wcieleniu będzie paparazzim. „Chcę poczuć, jak bardzo trzeba być samotnym, żeby żyć życiem innych”.