Sebastian Fabijański to obecnie jeden z najbardziej interesujących młodych talentów. Choć zaczynał od komedii romantycznych, dziś uważany jest za specjalistę od mrocznych i nieoczywistych ról. Popularność przyniosły mu przede wszystkim role w filmie „Pitbull. Niebezpieczne kobiety” oraz w serialu „Belfer”. Sebastian Fabijański został gwiazdą nowego wydania magazynu „Elle Man”, któremu udzielił wywiadu. Aktor wziął również udział w ekskluzywnej sesji zdjęciowej.

Sebastian Fabijański to gwiazda okładki nowego „Elle Man”. Aktor opowiedział o walce z kompleksami i o niechęci do medialnego rynku. W szczerym wywiadzie opowiada o determinacji, która wiedzie go przez życie, o drodze do sukcesu i o tym, jak zmieniła go popularność, którą zyskał dzięki serialowi „Belfer” i filmowi „Pitbull. Niebezpieczne kobiety”.

Fabijański między innymi zdradził skąd w ogóle w jego życiu wzięło się aktorstwo. Co ciekawe zdawał do szkoły teatralnej… aż cztery razy!

Kiedy się za pierwszym razem nie dostałem, zebrało się we mnie dużo złości i poczucia skrzywdzenia. Dlaczego ktoś ma prawo decydować o moim losie? Dlaczego ktoś mnie po raz kolejny w życiu odrzucił? Zwłaszcza że dotarłem do ostatniego etapu, z którego odpadły tylko cztery osoby, w tym ja. Poczułem smak i nagle mi go odebrano. Znowu znienawidziłem cały świat i podjąłem z nim walkę. Niestety, jeszcze długo ta waleczność i potrzeba rywalizacji decydowały o tym, jak wyglądało moje życie zawodowe. Za bardzo się skupiałem na tym, żeby udowadniać swoją wartość, to rodziło dużo frustracji.

Kiedy zacząłeś myśleć o aktorstwie bardziej świadomie?

Kiedy zacząłem pracować z Krzysztofem Majchrzakiem. Kiedy mi pokazał, przed czym się bardzo broniłem, że to, co robię, jest beznadziejne, że udaję, że takie aktorstwo jest zbędne, i lepiej, żebym oszczędził światu takiego siebie. Ostro przekonywał, że próbując coś sobie czy ludziom udowodnić i zagłuszyć własne kompleksy, łapię się bezwartościowych rzeczy. Tylko po to, by karmić swoje wątłe ego. A aktor jest potrzebny tylko wtedy, gdy porusza drugiego człowieka.Ale na to zapracowuje się latami. Także własnym doświadczeniem. Ktoś mi kiedyś zarzucił, że w życiu przeszedłem tyle, co od drzwi domu do swojego samochodu. Bezczelność i cholerna nieuczciwość. Takie uprzedzenia budzą we mnie agresję, bo akurat wtedy tkwiłem w totalnym mroku i ciemności. Trwało to kilka ładnych lat. Jeśli cierpienia nie widać, to wcale nie znaczy, że go nie ma.

Co się stało?

Nic. Po prostu przyszło. Byłem warszawskim chłopaczkiem, któremu wiele wydawało się na jego temat. A nagle coś we mnie pękło. Nie chcę się nad sobą użalać, bo musiałbym wartościować ból, a ten każdy odczuwa tak samo. Ale myślę, że to wszystko okazało się niezbędne. Wiele zrozumiałem, nabrałem odwagi, by wnikliwie patrzeć na świat i na samego siebie. Nie można całe życie latać z wywieszonym jęzorem, szukać wrażeń, imprez, kontaktów z ludźmi tylko po to, aby unikać uczciwego spojrzenia w lustro, spotkania z sobą, refleksji nad śmiercią.

Więcej o Sebastianie Fabijańskim przeczytacie w najnowszym Elle Man: