O wciąż zadawanym pytaniu: Jak to możliwe? O niezwykłym, milczącym pożegnaniu prezydenta na pustym lotnisku i o tłumach stojących na trasie przejazdu konduktu z Okęcia do pałacu Namiestnikowskiego. O ludziach, którzy byli tam także potem, gdy miasto zamierało, patrząc na dziesiątki kolejnych trumien. O tym, jak po kilku godzinach od zapalenia pierwszej świeczki na Krakowskim Przedmieściu zapłonęły ich tam tysiące. O pogrzebach, które okryły żałobą tyle polskich miast. Nikt nie wie, co w nas zostanie z tych niezwykłych dni. Czy będziemy lepsi? Czy będziemy inni? Ale na pewno warto te dni pamiętać.



1 zł ze sprzedaży każdego egzemplarza książki zostanie przekazana na rzecz Fundacji 10 Kwietnia, wspierającej rodziny ofiar katastrofy w Smoleńsku www.fundacja10kwietnia.pl

AUTOR: Piotr Kraśko
TYTUŁ: Smoleńsk 10 kwietnia 2010
DATA PREMIERY: 10.06.2010
WYDAWCA: G+J Gruner + Jahr
ILOŚĆ STRON: 256
CENA: 29,90 zł

WSTĘP I FRAGMENT KSIĄŻKI 

Wstęp
Każdy z nas zapewne pamięta jakiś przejmujący obraz z dni po katastrofie: tysiące ludzi przed pałacem prezydenckim, biało-czerwone flagi, kondukty żałobne niemal codziennie jadące z Okęcia do centrum, tysiące zniczy palących się niemal w całej Polsce, łzy dzieci podchodzących do trumien rodziców wynoszonych przez żołnierzy na płytę lotniska, rudowłosą harcerkę z warkoczykami, która zemdlała ze zmęczenia po wielu godzinach pomagania ludziom na Krakowskim Przedmieściu, pogrzeb na Wawelu i 94 następne w wielkich i małych miastach.

Sam nie wiem czemu, ale obraz, który mam przed oczami, to ten, którego sensu nie odda żadne zdjęcie. Trzeba było zobaczyć, jak potężny, szary samolot wojskowy, wiozący trumny pary prezydenckiej, odlatując z Warszawy do Krakowa, „pomachał” powoli skrzydłami. Piękne pożegnanie. Bez słów, bez łez. Symboliczne pożegnanie także wszystkich, którzy zginęli w Smoleńsku, choć ich pogrzeby były dopiero przed nami. Od katastrofy minęło wtedy 8 dni, niezwykłych dni.

10.04.2010
Wozy strażackie. Stare, wielkie, zakurzone i ubłocone wozy strażackie. To dla mnie początek wszystkiego, co stało się 10 kwietnia. Przy tej drodze nie było krawężnika ani chodnika, tylko pas ubitej ziemi. I to po nim jechali strażacy, żeby przebić się przez korek, a ich wozy wzbijały tumany kurzu. Nie miałem wtedy pojęcia, dokąd jadą. Pomyślałem, że był jakiś wielki karambol. Ta droga nie prowadziła na lotnisko tylko do naszego hotelu. Wracaliśmy z centrum miasta. Gdy zobaczyłem sznur samochodów, przyśpieszyłem. „Jeśli są takie korki i coś się stało, lepiej wcześniej wyjechać do Katynia. A najlepiej od razu”.

W hotelu wszedłem do pokoju Alicji Daniluk-Jankowskiej, która tego dnia była wydawcą programu, właśnie do niej ktoś dzwonił:
– Coś się stało z samolotem, awaria.
Z góry przez okno zobaczyliśmy więcej. Wozy strażackie skręcały pod stację benzynową i płot z tyłu lotniska. Do pasa startowego był stąd kilometr, do głównej bramy następne dwa. Dlaczego przyjechała tu straż? Zobaczyliśmy limuzyny, które miały przewieźć delegację spod samolotu do Katynia. Też skręciły pod płot, po czym zawróciły w stronę centrum miasta. Pobiegliśmy do wyjścia. W ostatniej chwili ktoś jeszcze krzyknął, że przyszła depesza o ofiarach, mogą być ranni.

Przy płocie i przy wozach strażackich było już pełno ludzi: strażacy, milicjanci, ci, którzy pracowali albo mieszkali obok. Nie było jednak żadnej z naszych ekip, żadnej z naszych kamer. Wszyscy byli już albo w Katyniu, albo przy filharmonii w Smoleńsku, gdzie miał być później prezydent. Zobaczyłem reporterów z innych stacji, ale wszyscy wiedzieli tyle samo:

– Samolot skrzydłem zawadził o drzewo.

Pewnie po wylądowaniu zjechał z pasa i w nie uderzył. Każdy z nas leciał kiedyś tym samolotem i zdarzały się różne lądowania, ale coś takiego? Z Warszawy dostałem SMS-a już nie o rannych, ale zabitych. Jeszcze bez żadnych liczb. Niemożliwe, komuś puściły nerwy i podaje niesprawdzone informacje. Po paru minutach przyjechał pierwszy z naszych samochodów. To Radek Sęp, wspaniały operator, z którym byliśmy razem w Gazie, Kijowie i dziesiątkach innych miejsc. Nic nie mówiąc do siebie, zaczynamy biec. Radkowi nie trzeba nic mówić, jest tak dobry, że moim zdaniem w ogóle nie potrzebuje reportera, żeby zrobić materiał. Obok jest też nasz producent Marek Czunkiewicz. Przed nami stoi zwarty kordon milicjantów, skutecznie powstrzymuje wszystkich, którzy chcą zobaczyć, co się stało. Gdybyśmy zatrzymali się i zaczęli przekonywać, by nas puścili, nic by z tego nie było. Marek jeszcze w biegu krzyknął:

– Ja się na nich rzucę, a wy biegnijcie dalej.

Nie bardzo wiedziałem, co miał na myśli, ale z Radkiem po prostu przyśpieszyliśmy. Marek rzeczywiście rzucił się na milicjantów. Skoczył, przewrócił chyba trzech, w tym, jak się potem okazało, dwóch pułkowników.

W różnych miejscach świata widziałem przepychanki reporterów z policją i sam w nich brałem udział, ale pierwszy raz byłem świadkiem czegoś takiego. Chyba nawet Marek nie spodziewał się tego po sobie, a już na pewno nie przewidzieli tego milicjanci. Jednak nie mieli żalu. Przyznawali potem, że na naszym miejscu zrobiliby to samo.

 

Ktoś jeszcze biegnąc obok, próbował złapać mnie za ramię, ale się wywrócił. Milicjanci szybko uzupełnili wyrwę, jakiej Marek dokonał w kordonie, i nikomu więcej nie udało się przejść. Byliśmy już kilkadziesiąt metrów dalej. Nie dało się biec bardzo szybko, bo zapadaliśmy się w błocie. Dopiero potem sobie uświadomiliśmy, że jeśli my wpadaliśmy w nie w biegu, to jak głęboko siła uderzenia musiała wbić w nie szczątki samolotu.

Gdy zobaczyli nas milicjanci, którzy byli przy samym wraku, rzucili się w naszą stronę. Zostaliśmy zatrzymani 100 metrów wcześniej. Dostałem SMS-a od kogoś z redakcji:

– Według naszego MSZ ekipy ratownicze próbują wydobywać pasażerów.

Krzyczeliśmy, że to polski samolot, tam są nasi ludzie, nasz prezydent, ale to nic nie dawało. Milicjanci obiecywali, że jak przyjdzie dowódca, to zdecyduje, czy można przepuścić nas dalej.

– To nasza tragedia, a wy chcecie pytać naczelnika o zgodę?! – krzyczała Basia Włodarczyk, nasza wieloletnia korespondentka w Moskwie, ze zdenerwowania tak głośno, że słyszeliśmy ją z bardzo daleka.

Co jakiś czas przebiegali obok oficerowie, ale wszyscy twierdzili, że to nie oni dowodzą. Przede wszystkim nie chcieli powiedzieć, co się stało. Jeden tylko odwrócił się i zupełnie spokojnie oznajmił:

– Roztrzaskał się, kompletnie się roztrzaskał.

Przez drzewa widzieliśmy coś białego. Nie wiedzieliśmy jeszcze co. Byliśmy 100 metrów od miejsca katastrofy. Wciąż nie wierzyliśmy, że może być aż tyle ofiar. Myśleliśmy, że nawet jeśli samolot się rozbił, to większość ludzi się uratowała. Przecież to wielki samolot. Od lat narzekaliśmy, że to wstyd, by najważniejsi ludzie w państwie latali tak starą maszyną, ale chyba większość z nas czuła się w niej wyjątkowo bezpiecznie. Zawsze wierzyliśmy, że latają nią najlepsi piloci i gdy prezydent czy premier są na pokładzie, nic się nie może stać. Jeśli ten oficer miał rację, „rotrzaskał się” znaczy, że część jest zgnieciona, ale w kadłubie wciąż są ludzie przypięci pasami.

Przy szczątkach widzieliśmy wielu strażaków, milicjantów, ludzi z OMON-u, lecz nikogo w białych kitlach. Z boku stało pięć czy sześć karetek pogotowia, nikt jednak nie biegał z noszami. Wszystkie wozy ratownicze miały włączone sygnały, karetki nie. Dziwne. Nie szukają rannych. Zmroziło nas. Potem obaj mieliśmy podobne skojarzenia. Tak samo było 11 września po zamachu w Nowym Jorku. Lekarze i sanitariusze stali na Manhattanie przed szpitalami, czekając na rannych, ale ich nie było. Byli tylko ci, którzy zdążyli uciec i ciała tych, którzy zginęli.

Przepychając się z milicjantami, którzy trzymali nas za ręce i co jakiś czas zasłaniali Radkowi obiektyw kamery, przesunęliśmy się kilka metrów w bok. Wystarczyło. Zobaczyliśmy skrzydło. Urwane skrzydło, odwrócone, z kołami w górze. Radek zrobił zdjęcia, które potem widziałem w serwisach informacyjnych na całym świecie. Dopiero wtedy dotarło do nas, jak jest źle. Jeśli tak leży skrzydło, to nie była to awaria, ani wypadek nie zdarzył się po lądowaniu.

Zrozumieliśmy, że to „coś białego”, co widzieliśmy między drzewami, jest resztkami Tu-154. Z tego miejsca widzieliśmy też pas do lądowania. Od skrzydła nie był dalej niż 300–400 metrów. Tak mało zabrakło. Dosłownie sekundy i mogliby się uratować – tak myśleliśmy. Mgła nie była już tak gęsta, ale chmury wisiały tuż nad głową, wciąż były bardzo, bardzo nisko. Tragedia jednak zaczęła się 800 metrów dalej, po drugiej stronie szosy, gdy samolot ściął fragment wieży obserwacyjnej, jeszcze piloci próbowali go poderwać.

Chcieliśmy biec, ale nie było o tym mowy. Radek miał cały czas włączoną kamerę i filmował wszystko, co mógł. Zadzwonił telefon. To był Jacek Gasiński, teraz w Faktach TVN, kiedyś pracowaliśmy razem w Wiadomościach. Zanim zdążył cokolwiek powiedzieć, zacząłem mu bezładnie opowiadać, co się dzieje. Jacek chciał tylko zapytać, czy jesteśmy cali, bo obawiał się, że skoro mieliśmy być tego dnia w Katyniu, też byliśmy na pokładzie. Niezwykłym zbiegiem okoliczności tak nie było. Media niemal zawsze lecą. Tym razem zabrakło dla nas miejsca, bo zaproszono wielu członków delegacji. Redakcje wysłały więc swoich ludzi pociągiem, tak jak nas, albo samochodami. Niektórzy przylecieli Jakiem-40 godzinę wcześniej. Kiedy do Polski dotarły pierwsze informacje o wypadku samolotu, sądzono, że mowa właśnie o Jaku i zginęli dziennikarze. To, że mógł rozbić się potężny, prezydencki Tu-154 wydawało się po prostu nieprawdopodobne.