Jolanta, tytułowa bohaterka Twojej ostatniej książki, mieszka z rodziną w bloku z wielkiej płyty. Ty też jesteś dziewczyną z blokowiska?

Oczywiście, że jestem „dziewczyną zsypu, trzepaka i prusaka”. Od zawsze marzyłam, by mieszkać w dworku położonym wśród lawendowych pól i mieć służących. Niestety, byłam uwięziona z rodzicami na 37 metrach kwadratowych, które wtedy wydawały się szczytem marzeń. Mieliśmy jeden przechodni, tzw. duży, pokój i ślepą kuchnię. 

O czym marzyłaś jako nastolatka?

Chciałam być artystką. Najlepiej piosenkarką rockową – chodzić w „powabnych” szatach i prowadzić fascynujące życie towarzyskie. Teraz, kiedy mam taką możliwość, zostaję jednak w domu. Ale myślę, że te wprawki pisarskie świadczą o tym, że gdzieś podświadomie brałam pod uwagę to, że mogłabym pisać.

Pisałaś, bo czułaś się samotna?

Jestem jedynaczką, więc musiałam szybko stworzyć swój mały świat, żeby nie oszaleć. Od zawsze cierpiałam z powodu samotności, ale dawało mi to też dużą frajdę. Nie chodziłam do przedszkola, zajmowała się mną mama, która wtedy nie pracowała. Większość czasu spędzałyśmy w Pałacu Młodzieży w Pałacu Kultury i Nauki, gdzie brałam udział w zajęciach z tańca i śpiewu. 

Nie miałaś koleżanek?

Zawsze wokół mnie ktoś się kręcił. Żartuję, że zajmuję się kolekcjonowaniem koleżanek. (śmiech) Każda z nich jest osobowością.

Myślałem, że byłaś typem chłopczycy, która gra z chłopakami w piłkę i wspina się po drzewach.

Oj nie! (śmiech) Raczej małej damy, która wszystkiego się panicznie boi. Świat tiulu i lalek Barbie jak najbardziej mi odpowiadał, ale jednocześnie fascynowały mnie awanturnice!

Nosiłaś różowe sukienki i kokardki? (śmiech)

No coś ty, byłam typową punkówą! W wieku 13 lat zrobiłam sobie irokeza na głowie i wbijałam w ciało pierwsze kolczyki. Wszyscy patrzyli na mnie jak na uciekinierkę z więzienia albo narkomankę. Trafiłam do Klubu Ludzi Artystycznie Niewyżytych, czyli Klanu, który prowadziła poetka dziecięca Danuta Wawiłow. To było miejsce, w którym spotykali się odmieńcy z całej Polski. Dobrze czułam się wśród ludzi z kolorowymi włosami czy dredami. Wtedy zaczęłam szyć sobie ubrania i nosić glany. Chciałam wyróżniać się z tłumu. Przeszłam też na wegetarianizm, co zresztą zostało mi do dziś. 

 

Co na to mama? 

Mama jest wrażliwą kobietą, która musiała wziąć na klatę nieprzystosowanie swojego dziecka. Robiła dobrą minę do złej gry przed sąsiadami i rodziną. Mówiła, że przynajmniej jestem „inteligentna”. (śmiech) Gorzej znosili to nauczyciele – moja polonistka uważała, że skończę ze straganem na stadionie i będę sprzedawać tanie podróbki. Raz nawet nie zdałam, bo zawsze było coś ważniejszego od szkoły: demonstracje, organizowanie koncertów etc. Dziś trochę mi przykro z tego powodu, bo tak naprawdę jestem mentalną kujonką. (śmiech) 

Zastanawiałaś się przeciwko czemu tak naprawdę się buntujesz?

Jestem pokojową buntowniczką. Nie należę do osób, które awanturują się na środku ulicy – chociaż zawsze chciałam mieć mentalność dresiary. To było i jest moje największe marzenie. Chodziło mi raczej o ekspresję siebie, również na zewnątrz. Wiedziałam, że chcę się wyróżniać, ale byłam zbyt młoda, aby pewnie kroczyć jedną ścieżką. 

Wychowywałaś się w szczęśliwej rodzinie? 

Mam superrodzinę! Spotykamy się kilka razy w tygodniu, często do siebie dzwonimy. Wszystkie święta, rocznice i urodziny spędzamy wspólnie. Jest rodzinny zestaw obowiązkowy: dwie babcie, dziadek, ciocia i wujek z siostrą cioteczną. Mama i jej partner. Spędzamy ze sobą dużo czasu, działamy jak mafia: wspólnie podejmujemy decyzje, biesiadujemy. Śmiejemy się, wszyscy mamy skłonności do wzruszeń, więc staramy się cały czas żartować, żeby mieć siłę na to wszystko.

Twój ojciec wyprowadził się z domu, kiedy miałaś 11 lat. Bardzo to przeżyłaś?

Myślę, że nadal to przeżywam. Tata był perkusistą, często podróżował, wyjeżdżał na koncerty na Zachód. Pewnego dnia uznał, że zostanie w Stanach na stałe i założy tam drugą rodzinę. To był dla mnie, małej dziewczynki, olbrzymi cios. Bo jak to? Mój ukochany tatuś będzie przytulał kogoś innego przed snem? Komuś innemu opowiadał bajki na dobranoc i kupował watę cukrową w wesołym miasteczku? Dopiero po latach spotkań z psychologami dałam sobie prawo,
żeby nie wszystko mieć w życiu poukładane. 

Macie ze sobą kontakt?

Mam wrażenie, że nasze relacje układają się bardzo dobrze. Kochamy się! Kiedyś pisaliśmy do siebie listy, teraz rozmawiamy na Skypie. Nie widujemy się często, ale jeśli już – gadamy godzinami, bo jesteśmy do siebie bardzo podobni. Łączy nas podobne poczucie humoru, wrażliwość i poglądy. 

 

Swoją debiutancką książkę „Kieszonkowy atlas kobiet” wydałaś w wieku 30 lat. Czym się zajmowałaś, zanim zaczęłaś pisać? 

Po studiach na kulturoznawstwie zorientowałam się, że rynek pracy nie czeka na mnie z otwartymi ramionami. Dlatego uznałam, że sama wymyślę sobie zajęcie i założyłam Fundację MaMa, która pomaga kobietom. Nie przynosiła ona jednak wielkich zysków, więc musiałam sobie dorabiać. I mogły być to tylko zajęcia, które umożliwiają mi opiekę nad dzieckiem, bo w wieku 24 lat zostałam mamą. Na szczęście był przy mnie partner.

Jakie to były zajęcia?

Piercing, granie na imprezach, prace dorywcze, gdzie się dało. Trzeba było kombinować, wiele osób ma takie doświadczenia.

Kiedy pojawił się w Twojej głowie pomysł, żeby pisać?

Od zawsze coś tam pisałam. Mama powtarzała mi, że powinnam zahaczyć się w jakiejś gazecie i pisać dla nich felietony. Felietony? To był dla mnie wtedy totalny kosmos. Wzięłam udział w wakacyjnym konkursie literackim portalu feminoteka.pl. Uznałam, że najlepiej będzie mi opowiedzieć o tym, co znam, czyli o warszawskiej Ochocie, dzielnicy, w której mieszkam. Tak powstała „Czarna Mańka”, opowiadanie
o znanej na bazarze Banacha menelce. 

Mówisz już o sobie „pisarka”?

Kiedyś bardzo się tego wstydziłam. Pisarką jest Maria Dąbrowska, a nie ja – tak myślałam. Znam wiele osób, które mówią o sobie „pisarz”, „poeta”, mimo że nigdy nie wydali żadnej książki. Nie chciałam być z nimi kojarzona. 

Mieszkasz z narzeczonym i kilkunastoletnim synem. Lubisz pracować w domu pełnym ludzi?

Ostatnio uciekłam na dwa tygodnie do domu pracy twórczej w Oborach. Mieszkałam w pokoju, który zazwyczaj zajmuje Julia Hartwig. Było cudownie – pięknie, cicho, rano budziło mnie śniadanie, które podawano do łóżka. Mam jednak wrażenie, że przyzwyczaiłam się do pisania między praniem a zmywaniem naczyń. Potrzebuję rytmu, pośpiechu, bo wtedy nie roztkliwiam się nad egzystencjalnymi smuteczkami. Pracuję przy biurku pełnym dziwnych przedmiotów i ważnych dla mnie pamiątek. To jak totemy, które mają dodać mi sił. Lubię mieć plan na kartce i odhaczać zrealizowane zadania, w tym teksty.

Jak żyje się z feministką pod jednym dachem?

Nigdy nie schodzę z dyżuru, ale nie jestem osobą, która będzie wygłaszała exposé przy sprzątaniu podłogi – bez przesady! Daleko mi do neofitki wiecznie zbawiającej świat. Zresztą na to trochę już za późno w przypadku naszego związku… Myślę, że ratuje mnie to, że jestem niespotykanie spokojnym człowiekiem. 

Podczas kłótni nie rzucasz talerzami?

Nie, ale uważam, że ludzie powinni rzucać talerzami i się wściekać! Żałuję, że tego nie umiem.

Rozpieszczasz swojego syna?

Jestem matką-kwoką, która stoi mu nad głową. Bardzo chciałabym go rozpieszczać! Uważam, że rozpieszczanie jest czymś fantastycznym, ale przy jednoczesnym zachowaniu niezależności. To mój ideał. 

A co on lubi robić w wolnym czasie?

Jeżeli myślicie państwo, że dzieci ludzi kultury siedzą w filharmonii, to grubo się mylicie! Chodzę z nim do teatru, kina, każę mu czytać – jestem kulturalnym führerem. Jedni chodzą do kościoła i na pielgrzymki, inni na koncerty. Ale mój syn najbardziej lubi grać w gry. Niestety.

Warszawa często pojawia się w Twoich książkach – wyobrażasz sobie życie gdzie indziej?

Wyobrażam sobie, oczywiście. Ale po co miałabym żyć gdzie indziej? Dużo podróżuję, znam cudowne miejsca, do których chcę jeszcze wrócić. Jednak jestem istotą stadną, więc nie mogłabym obyć się bez mamy, partnera, rodziny, psa… A koleżanki? Co bym bez nich zrobiła?!