GALA: Sylwia Chutnik to gospodyni domowa czy niegrzeczna dziewczynka?

SYLWIA CHUTNIK: Raczej gospodyni domowa. Kiedy się na mnie patrzy, można pomyśleć, że mam coś wspólnego z niegrzeczną dziewczynką. Tatuaże, fryzura i punkowy strój. Ale pozory mylą. Tak naprawdę jestem typem tchórza i ciapy. Nie chcę, żeby ktoś się o tym dowiedział, dlatego wybrałam taki styl. Często wydaje nam się, że trzeba być radykalną i niegrzeczną, żeby zostać ateistką, wegetarianką i żyć w nieformalnym związku. A to nieprawda. Jestem odważna, ale nie umiałabym nikogo skrzywdzić. Ci, którzy mnie znają, wiedzą, że w gruncie rzeczy pozostaję tradycyjna i wierna ideałom.

GALA:Czy Ty się czasem trochę nie kreujesz?

SYLWIA CHUTNIK: Na kogo?

GALA: Na niegrzeczną dziewczynkę.

SYLWIA CHUTNIK: Ludzie mają bardzo stereotypowe wyobrażenia kogoś niegrzecznego. Dla nich to jest osoba, która musi krzyczeć i przeklinać. Trochę taka Agnieszka Chylińska sprzed kilku lat. To największa radość, kiedy na ekranie pojawia się ktoś wyrazisty i od razu mamy okazję, żeby mu przypiąć łatkę. Myślę, że można chodzić na co dzień w garsonce, a przy tym mieć bardzo radykalne poglądy.

GALA: Byłaś zbuntowaną nastolatką?

SYLWIA CHUTNIK: Oczywiście! Nawet wcześniej niż inni. Dziwnie się ubierałam i robiłam sobie dużo kolczyków. Sporo też czytałam i to właśnie pierwsze lektury miały decydujący wpływ na mój charakter. Oczarowała mnie biografia Emeliny Pankhurst, brytyjskiej sufrażystki, która walczyła o prawa wyborcze kobiet. Wtedy zaczęłam słuchać punk rocka.

GALA: Jak reagowali na to Twoi rodzice?

SYLWIA CHUTNIK: Mama była dzielna, na początku potraktowała moje zachowanie jak młodzieńczy kaprys. Ale kiedy zauważyła, że jestem coraz bardziej konsekwentna w swoich poglądach i wyborach, zaczęła protestować. Pamiętam, że kiedy byłam w piątej klasie podstawówki, wprowadzono obowiązkowe zajęcia z religii. Miałam wtedy dwanaście lat i mimo że wcześniej chodziłam do kościoła, od razu zaprotestowałam. Strasznie się oburzyłam, kiedy poczułam, że ktoś mnie do czegoś zmusza.

GALA: Dorastałaś w domu, w którym królowały kobiety.

SYLWIA CHUTNIK: Kobiety są ważne w moim życiu. W naszej rodzinie istnieje taka loża: ja, mama i babcia. Często do siebie dzwonimy, omawiamy wszystkie sprawy i trudne decyzje. Mój chłopak tego nie rozumie. Dziwi się, że z każdą głupotą dzwonię do mamy, żeby się poradzić.

GALA: Jesteś niekonwencjonalną mamą. Twojemu synowi się to podoba? Jest z Ciebie dumny?

SYLWIA CHUTNIK: Chyba tak, choć nie jest wobec mnie bezkrytyczny. Raz usłyszę od niego jakąś pochwałę, kiedy indziej mówi: „Znów masz nowy tatuaż?” albo „Zobacz, wystaje ci koszula ze spodni, mogłabyś ją poprawić”. Bruno ma swoje zasady, które notorycznie przekraczam, ale on mi to wybacza. Staram się też mieć dobre kontakty z jego znajomymi. Kiedy przychodzę do szkoły, dzieci pytają mnie, czy mam prawdziwy kolorów włosów, czy przekłuwanie uszu mnie bolało albo dlaczego moja książka nazywa się „Dzidzia”. Dla nich ten tytuł ma pejoratywne zabarwienie.

GALA: Czytałaś Brunonowi swoje książki?

SYLWIA CHUTNIK: Nie, no co ty! On nie wie, o czym są moje książki. Teraz zajmuje się pisaniem swojej powieści. Jest zdeterminowany i dąży do celu. Kiedyś zapytałam go, czy wie, czym się zajmuję. Miał duży problem z odpowiedzią. Stwierdził, że pracuję na komputerze i oprowadzam dzieci po Starówce.

GALA: No właśnie... Co Ty właściwie robisz?

SYLWIA CHUTNIK: Kiedy jestem w telewizji i trzeba przy „Sylwia Chutnik” podpisać, w jakim charakterze występuję, jest problem. Pisarka? Kulturoznawczyni? Prezeska Fundacji MaMa? Felietonistka? Sama nie wiem.

GALA: Udaje Ci się pogodzić obowiązki zawodowe z wychowaniem dziecka?

SYLWIA CHUTNIK: Na szczęście jestem przeciwieństwem Zofii Stryjeńskiej, malarki, która musiała ciągle dokonywać wyborów – czy robić pawilon w Paryżu, czy zostać ze swoimi dziećmi. Mam wrażenie, że mnie się udaje to wszystko godzić. Dużo pracuję, dlatego muszę dbać o to, by nie przekroczyć pewnej granicy – dzielę czas na ten, kiedy pracuję, i na ten, kiedy jestem z rodziną.

GALA: Co robiłaś, zanim zajęłaś się prowadzeniem Fundacji MaMa?

SYLWIA CHUTNIK: Od piętnastego roku życia działałam w ruchach feministycznych i anarchofeministycznych, współorganizowałam manify, uczestniczyłam w happeningach. Podczas jednego z nich biegałam w złotym staniku dookoła pomnika kardynała Stefana Wyszyńskiego. Skończyłam studia, urodziłam syna na przedostatnim roku kulturoznawstwa.

GALA: I nagle pomyślałaś – założę fundację.

SYLWIA CHUTNIK: Przez wiele lat działałam nieformalnie. Uznałam, że naturalnym rozwojem będzie nadanie temu, co robię, jakiejś formuły. Trafiłyśmy w zupełnie niezagospodarowaną przestrzeń. Zazwyczaj, mówiąc o macierzyństwie w Polsce, pokazywało się kobiety wychowujące dzieci jako grupę z problemami. My chciałyśmy też pokazać, że matki mają wspólną płaszczyznę, na podstawie której mogą budować koalicję. Szybko udało nam się wypełnić niszę. Problemem były jedynie fundusze – musiałyśmy zarabiać, by móc prowadzić fundację.

GALA: Gdzie pracowałaś?

 

SYLWIA CHUTNIK: Byłam szatniarką na giełdach, robiłam piercing, dredy, didżejowałam w klubach, pisałam. Ciągle szukałam nowych zajęć, łapałam się wszystkiego. Nie wiedziałam, co tak naprawdę chcę robić w życiu. Teraz obserwuję to u wielu kobiet, które nie mają czasu się zastanowić, kim chcą być w przyszłości. Wiem, że można się w takiej prozie życia zagubić i zapomnieć, że chciało się być księżniczką, podczas gdy rozdaje się ulotki w bramach.

GALA: I wtedy pojawił się pomysł na książkę „Kieszonkowy atlas kobiet”.

SYLWIA CHUTNIK: Na stronie fundacji Feminoteka, która jest największym portalem feministycznym w Polsce, znalazłam informację o konkursie literackim. Postanowiłam spróbować. Wydawało mi się, że pomimo że walczę o to, żeby kobiety były traktowane poważnie, ja sama jestem na takim etapie, że jedyne, o czym mogę opowiadać, to to, co dzieje się w pobliżu mojego bloku. Ta rzeczywistość wydała mi się najbliższa. Byłam wtedy zrozpaczona chronicznym brakiem kasy, rozczarowaniem sobą. Zasiadając do pisania książki, nie miałam jakiejś głębszej wizji, nie myślałam, że ktokolwiek zwróci na to uwagę. Kiedy pojawiły się pierwsze pozytywne komentarze, postanowiłam działać dalej. Pewnego dnia uznałam jednak, że to nie ma sensu i zajęłam się czymś innym. Moja koleżanka – Marta Dzido, pisarka – zadzwoniła do mnie i powiedziała, że chciałaby, żebym wysłała fragmenty książki do jednego z wydawnictw. Kiedy usłyszałam: „wydawnictwo”, od razu pojawił mi się w głowie wizerunek Zofii Nałkowskiej w wiklinowym fotelu (śmiech).

GALA: Po publikacji tej książki Twoje życie się odmieniło.

SYLWIA CHUTNIK: Na spotkanie autorskie zaprosiłam Paulinę Holtz, Ona dała książkę swojej mamie – Joannie Żółkowskiej, która stwierdziła, że trzeba zrobić z tego sztukę. To był dla mnie pierwszy pozytywny sygnał, bo na początku niewiele się działo wokół „Atlasu”. Owszem, pojawiły się recenzje, ale jakieś... dziwne, tak jakby krytycy nie bardzo wiedzieli, co z tą książką zrobić. Dopiero później książka zaczęła żyć swoim życiem. I to na pełnych obrotach.

GALA: Nie miałaś wrażenia, że nagle – z dnia na dzień – przestałaś być anonimowa?

SYLWIA CHUTNIK: Co ty, większość ludzi nie wie, kim ja jestem. Nie wystąpiłam w „Tańcu z gwiazdami”!

GALA: Ale są tacy ludzie, którzy Cię znają. To pomaga czy nie?

SYLWIA CHUTNIK: Niektórzy myślą, że jestem celebrytką, bo czasem występuję w telewizji, a moje książki leżą na półkach w księgarni. Ostatnio spotkałam się z koleżanką w tramwaju, która ze zdziwieniem stwierdziła: „Nie wiedziałam, że ty jeździsz tramwajami”. Uzbierałam na kartę miejską, to jeżdżę. Co w tym dziwnego? Często słyszę: „No tak, teraz to nie masz dla nas czasu...”. Szkoda, że nikt nie widzi, jak noszę dwie zgrzewki wody do fundacji, a później szoruję podłogi mopem. Ludzie oglądają się ze mną na ulicy, bo mam dziwny kolor włosów, nie dlatego, że wiedzą, kim jestem i co robię.

GALA: Czyli nie wytworzyła się żadna bariera między Tobą a osobami, które przychodzą do fundacji z prośbą o pomoc?

SYLWIA CHUTNIK: Mam nadzieję, że nie. Robię dokładnie to, co robiłam wcześniej, a czasem nawet więcej. Nie wiem, jak mogłabym wykorzystywać to, kim jestem. Poza tym ludzie mają w d... pisarzy.

GALA: W Twoim życiu, jak i w książkach dużą rolę odgrywają kobiety. Masz kobiece ideały?

SYLWIA CHUTNIK: Zawsze chciałam być Madonną. Pamiętam, jak ona śpiewała piosenkę „Express yourself”. I tam był taki fragment: „Pokaż siebie na sztandarze, nie bój się tego, kim jesteś!”. Potem robiło się nobliwie. Idolkami były dla mnie dziewczyny z zespołów rockowych. Miałam dwie ulubione bohaterki książkowe – Pippi Langstrumpf i Małą Mi. Wiem, że nie jestem taka fajna jak one, ale chciałabym być. Teraz podobają mi się odważne kobiety, które umieją się kreować. Uwielbiam Ditę von Teese, królową burleski. Podziwiam je za to, że nie wstydzą się swojego ciała. Dzisiaj kobiety trochę się zagubiły. Są rozdarte między tysiącami porad z kolorowych gazet a tym, co robiły ich babcie i matki. Mają problem z samookreśleniem się.

GALA: Wzorowałaś się na kimś?

SYLWIA CHUTNIK: Zawsze chciałam być punkiem! Uwielbiałam ich niedbałość i nonszalancję. Byłam zupełnym przeciwieństwem – schludna, dobrze wychowana. Tak jest do tej pory. To śmieszne, kiedy ktoś mnie zaprasza do jakiejś dyskusji i oczekuje, że skoro mam różowe włosy i ćwieki, to zacznę wojować. A ja siedzę cicho i słucham. Pamiętam, że kiedyś w gazecie „Bravo” było lovestory o punkówie, która zakochała się w poppersie. Ona przyszła w podartym swetrze, wygolona, a jego znajomi byli tak zdziwieni, że nie mogli wydusić z siebie słowa. Jeśli się na kimś wzorowałam, to na takich dziewczynach.

GALA: Teraz jesteś spokojniejsza?

SYLWIA CHUTNIK: Nie mogę być przecież niegrzeczną szesnastolatką, mając trzydzieści lat. Kiedy urodziłam dziecko, przestałam tak ostro imprezować. Nie chciałam zabierać Brunona na koncerty, a nie miałam pieniędzy na opiekunkę. Teraz, jak chcemy wyjść gdzieś razem z moim chłopakiem, to organizujemy kogoś, kto się zajmie naszym synem.

GALA: Urodziłaś się w Warszawie, piszesz o niej. Jesteś lokalną patriotką?

 

SYLWIA CHUTNIK: Mam mentalność dresiary. Uwielbiam Warszawę, ale pewnie taki sam stosunek miałabym do Białegostoku czy Krakowa, gdybym się tam urodziła. Warszawa jest trudna wizualnie i architektonicznie, ale też niełatwo się tutaj żyje. Warszawa to tor przeszkód dla tych, którzy chcą żyć poza schematami.

GALA: Twoja najnowsza książka opowiada o kobietach, które kształtowały historię tego miasta. Która z nich jest Ci najbliższa?

SYLWIA CHUTNIK: Myślę, że mam wiele wspólnych cech z każdą z nich. Praca nad „Warszawą kobiet” nauczyła mnie pokory. Nagle okazało się, że to, czym się zajmuję, przede mną robiło już wiele osób. Zrozumiałam, że nie mogę zadzierać nosa, tylko zająć się kontynuacją tego, czego innym nie udało się zrealizować. Czuję, że nie mogę dać ciała. Muszę walczyć o historię kobiet. Bliska wydała mi się Zofia Nałkowska, może przez połączenie pisania z działalnością społeczną, ale też Józefa Kodisowa z Ochoty – pierwsza kobietafilozofka, która mogła się utrzymać z pracy naukowej. Była silną osobowością, wiele pracowała, praktycznie do ostatnich chwil życia. Wzruszam się, kiedy na Powązkach widzę wyryty na grobie napis „Emancypantka”. Czy teraz ktoś zdecydowałby się na to, żeby pod nazwiskiem zmarłej napisać „Feministka”? Nie wydaje mi się.

GALA: Nad czym teraz pracujesz?

SYLWIA CHUTNIK: Piszę kolejną książkę – „Cwaniary”, opowiadającą o grupie dziewczyn ze Starego Mokotowa, które biją się o sprawiedliwość. To trochę komiksowe postaci, którymi zawsze chciałam być. Akcja osadzona jest we współczesności, ale one żyją w jakimś przedwojennym świecie. Mają swoje rodziny, a mimo to wieczorami walczą o sprawiedliwość. Tak jak ja.